Reklama

Olimpiada ocaleńców

Olimpiada osób niepełnosprawnych intelektualnie pokazała, że ułomność zawodników nie odbiera im chęci do życia i prawdziwego szczęścia. Mimo to Europa coraz częściej odbiera im prawo do życia

Były prawdziwe emocje, sportowa rywalizacja, podium i fanfary. Nie brakowało kibiców, radości i szczęścia. Każdy z zawodników dał z siebie wszystko, aby pokonać swoich rywali, ale przede wszystkim przezwyciężyć własne słabości. - Dlatego też w tych zawodach wszyscy mogą czuć się zwycięzcami - podkreślają organizatorzy Europejskich Letnich Igrzysk Olimpiad Specjalnych w Warszawie. W czasie zawodów lekkoatletycznych widać było, jak łzy szczęścia i wzruszenia płynęły zarówno po policzkach zawodników stojących na podium, jak i z oczu wzruszonych matek, ojców i wychowawców. - Taka olimpiada jest dla nich wielką nobilitacją. Daje im poczucie normalności i szczęścia - uważa ks. Stanisław Jurczuk, duszpasterz niepełnosprawnych archidiecezji warszawskiej.

Ostatnia taka olimpiada?

Takie igrzyska sportowe, jakich świadkami byliśmy w Warszawie, za kilkadziesiąt lat mogą odejść w niepamięć. I to nie dlatego, że wyleczymy wszystkich upośledzonych intelektualnie z ich niepełnosprawności, ale po prostu ich w Europie nie będzie. A tym „cudownym lekarstwem” i osiągnięciem wysokorozwiniętej Europy jest aborcja, a nawet eutanazja. - Jestem poruszona i zaniepokojona łatwością pozbycia się płodu, jeśli wykryje się u niego zespół Downa. Jeden zastrzyk i po kłopocie. Byle był do 24. tygodnia ciąży - pisze na swoim blogu zaniepokojona Polka, która od kilku lat mieszka w Pradze. - Nie widziałam w Czechach ani jednego młodego człowieka z zespołem Downa! Teraz wiem dlaczego...
Los dzieci z tą wadą genetyczną jest zatrważający. Obrońcy życia mówią, że to „holokaust” w białych rękawiczkach. Na Wyspach Brytyjskich już ponad 90 proc. matek decyduje się na aborcje, jeżeli w fazie prenatalnej wykryto podejrzenie zespołu Downa. Jeszcze bardziej tragiczne statystyki odnotowano w katolickiej Hiszpanii, gdzie aż 96 proc. dzieci z tą chorobą zastaje zabitych przed urodzeniem. W USA, Niemczech, Belgii i Holandii szansę na przeżycie okresu prenatalnego ma mniej niż co dziesiąte takie dziecko. Niestety, aborcja upośledzonych dzieci stała się już jednym z zaleceń lekarskich. - Matki, które zdecydowały się urodzić dziecko mimo wyników testów prenatalnych, otwarcie przyznają, że nie spotkały się z aprobatą lekarzy. Szpitale takich dzieci nie chcą widzieć - uważa dr Brian Gary Skotko z kliniki pediatrycznej w Bostonie.
Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w Australii, gdzie w 2008 r. senat opublikował raport, w którym wyjaśnia, że lepiej dokonać aborcji dziecka, które może być niepełnosprawne, niż miałoby się urodzić. W trosce o portfele australijskich podatników zachęca się do aborcji eugenicznej nawet w trzecim trymestrze ciąży, czyli wówczas, gdy dziecko jest już zdolne do przeżycia poza łonem matki. Trudno uwierzyć, że do takich oszczędności dochodzi w kraju, gdzie materialny poziom życia należy do najwyższych na świecie. - Test prenatalny przekształca się w licencję na zabijanie. Chorych i upośledzonych dzieci można się łatwo pozbyć, a nieudane egzemplarze zastąpić lepszym modelem - tak komentuje współczesną eugenikę aborcyjną znany katolicki publicysta Tomasz Terlikowski. Współczesne tendencje eugeniczne precyzyjnie opisuje w książce pt. „Nowa kultura życia - Apologia bioetyki katolickiej”.

Eugenika po polsku

Niestety, do podobnego procederu, choć na mniejszą skalę, dochodzi również w Polsce. Nasze prawo bowiem również pozwala na aborcyjną eugenikę. - Na szczęście jeszcze nie zauważyłem, aby na świat przychodziło znacząco mniej dzieci z zespołem Dawna - mówi ks. Stanisław Jurczuk, który od wielu lat jest duszpasterzem i wychowawcą dzieci niepełnosprawnych intelektualnie. Według statystyk Ministerstwa Zdrowia za rok 2008 (nowszych jeszcze nie opublikowano), w Polsce dokonano 499 legalnych aborcji, w tym 467 w wyniku badań prenatalnych, czyli aborcji eugenicznych. Przyczynę tego można upatrywać w rozpowszechniającej się dostępności badań prenatalnych oraz lepszej jakości aparatury USG. W efekcie ilość aborcji eugenicznych z 82 w 2002 r. wzrosła do blisko pół tysiąca.
Polska ustawa antyaborcyjna chroni jedynie dzieci zdrowe i tylko te, które zostały poczęte zgodnie z prawem. Chorzy i upośledzeni od samego początku są skazani na obywatelstwo drugiej kategorii i najlepiej, gdyby nie pojawili się wśród żywych. Aborcja jest więc coraz powszechniejszym „lekarstwem”, dzięki któremu świat zostanie „wyleczony” m.in. z zespołu Downa i innych niepełnosprawności, a sugestie tego typu „leczenia” niestety padają z ust również polskich lekarzy.
Na własnej skórze doświadczyła tego m.in. Anna Sobolewska, którą po urodzeniu córki Celiny otwarcie pytano: Dlaczego pani nie zrobiła sobie testów? W ten sposób lekarz wyrażał swoje zdumienie, że tak wykształcona kobieta nie przebadała się i nie zapobiegła „problemowi”. - Nie zrobiłam badań genetycznych, bo wiedziałam, że w moim wieku dziecko mogłoby mieć zespół Downa lub inną wadę. Nie chcieliśmy, ja i mój mąż, przeżywać konieczności wyboru - wspomina Sobolewska.
Nie należy jednak generalizować i wszystkich lekarzy wrzucać do jednego worka. Są bowiem także pozytywne przykłady. - Tuż po narodzinach zawołała mnie ordynator oddziału prof. Bibianna Mossakowska. Powiedziała: To nieprawda, że wasza córka jest gorsza od innych, ja zrobiłam wszystko, żeby żyła. Dlatego też sama przeprowadziłam tę bardzo trudną operację. Nie pozwoliłam jej dotknąć niedoświadczonym rękom, bo wiem, że jeśli ona by umarła, stracilibyście w życiu bardzo wiele - tak wspomina pierwsze chwile życia swojej córki Andrzej Suchcicki.
W tym przypadku wraz z zespołem Downa wystąpiło wiele innych ciężkich schorzeń. Kilka lat później Suchcicki razem z żoną Ewą i kilkunastoma innymi osobami założył Stowarzyszenie „Bardziej Kochani”. I teraz pomagają rodzicom, którym urodziły się dzieci z zespołem Downa.

Reklama

Kolejny krok - eutanazja

Na zachodzie Europy sytuacja upośledzonych dzieci jest makabryczna, a lekarze w swym „eugenicznym miłosierdziu” często idą o krok dalej, proponując eutanazję. Podobnie jak w wielu innych obyczajowo-etycznych nowościach, prym w tej dziedzinie wiedzie Holandia. Jeżeli jakiemuś choremu dziecku udało się tam schować przed gęstym sitem badań prenatalnych, to jak pojawi się na świecie, witają je zwolennicy eutanazji. „Społeczeństwo uważa, że powinno się uwolnić od słabych i bezużytecznych jednostek. Dlatego też pediatrzy i specjaliści chirurgii dziecięcej od lat dokonują eutanazji noworodków i to nie zawsze w porozumieniu z rodzicami (...) Postępuje się tak zarówno z nowonarodzonymi dziećmi wykazującymi np. cechy zespołu Downa, jak i z niemowlętami cierpiącymi na uszkodzenia spowodowane urazem okołoporodowym” - pisze dr hab. Ryszard Fenigsen, który przez ponad 20 lat był lekarzem w holenderskich szpitalach.
Myliłby się ten, kto by pomyślał, że te „bezużyteczne” dzieci poddawane są bezbolesnej i tzw. humanitarnej eutanazji. Metody są nadzwyczaj drastyczne. „Do zejścia śmiertelnego doprowadza się przez pozbawienie noworodka płynów, pokarmu i zaniechanie prostych zabiegów lekarskich” - pisze Fenigsen w książce pt. „Eutanazja - Śmierć z wyboru?”. Efekt jest taki, że bezbronne dzieci umierają z głodu i pragnienia w straszliwych męczarniach.
Podobnie szokująca historia wstrząsnęła opinią publiczną u naszych zachodnich sąsiadów. Wydarzyło się to 6 lipca 1997 r., gdy niemieckie małżeństwo postanowiło zabić swojego nienarodzonego syna, ponieważ wykryto u niego zespół Downa. Wyrok wykonywali „lekarze” z Oldenburga, którzy będącej w 25. tygodniu ciąży matce podali środek wywołujący skurcze porodowe. Chłopiec jednak przeżył swoją aborcję. Lekarze nie wiedząc, co w tej sytuacji robić - zostawili go bez opieki na leżance, by umarł. Jednak mały Tim, po dziesięciu godzinach walki o swoje przetrwanie, ciągle żył. W końcu jedna z pielęgniarek zlitowała się i zaopiekowała noworodkiem. Chłopiec szybko znalazł kochającą rodzinę adopcyjną.

Ale to już było...

Gdy holenderscy rodzice nie chcą upośledzonego dziecka, które dla nich i dla społeczeństwa byłoby zbyt dużym obciążeniem, od razu ujawniają się głosy aprobaty, zrozumienia i paraetycznej argumentacji. Najwybitniejsze autorytety z dziedziny etyki i medycyny z Królewskiego Towarzystwa Popierania Medycyny w Holandii mówią, że przeprowadzenie eutanazji niepełnosprawnego dziecka jest wskazane, bo „wartość życia ludzkiego zależy od tego, jaką wartość inni ludzie życiu temu przypisują”. Prawdopodobnie nie zdają sobie sprawy, że powtarzają niemal w dosłownym brzmieniu zasadę proklamowaną w 1935 r. przez dyrektora zdrowia publicznego w rządzie III Rzeszy, które było podstawowym założeniem hitlerowskiej higieny rasowej.
Europejska cywilizacja po raz kolejny zanurza się więc w kulturze śmierci, dzięki czemu medycyna znów obraca się przeciwko życiu. W ten sposób próbuje się odrzucić niemal cały dotychczasowy dorobek klasycznej filozofii człowieka i etyki. Wystarczy przypomnieć sobie, jak głęboko humanistyczna była znana przysięga lekarska, która powstała prawie 2,5 tys. lat temu. „Nikomu nie podam śmiertelnego środka, także nawet gdy będę o to proszony, i nikomu nie będę przy tym doradzał. Nie podam również żadnej kobiecie środka do spędzenia płodu” - tak brzmi trzeci punkt tzw. Przysięgi Hipokratesa, która leży u podstaw europejskiej etyki lekarskiej.
Zwolennicy współczesnej eugeniki, oprócz argumentu ekonomicznego, używają także chwytającego za serce pseudomiłosierdzia. Mówią, że przecież człowiek upośledzony intelektualnie będzie sam nieszczęśliwy i unieszczęśliwi swoich najbliższych. - To stek bzdur! Nie znam bardziej szczęśliwych ludzi od moich podopiecznych - podkreśla ks. Stanisław Jurczuk. Jego zdaniem, osoby niepełnosprawne intelektualnie są potrzebne i mają do odegrania ważną rolę społeczną. - Osoba z zespołem Downa jest człowiekiem w czystej postaci: szczera, kochająca, bezinteresowna. Codziennie pokazują mi swój lepszy świat. Mam nadzieję, że dzięki temu sam staję się trochę lepszy - wyznaje duszpasterz osób niepełnosprawnych.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Włochy: zmarł Emanuele Ferrario – założyciel Radia Maria

2020-07-11 19:02

[ TEMATY ]

śmierć

Włochy

youtube.com

W wieku 90 lat zmarł w Rzymie 8 lipca Emanuele Ferrario – założyciel (30 lat temu) Radia Maria we Włoszech, z którego następnie rozwinęła się ogólnoświatowa sieć rozgłośni katolickich o tej samej nazwie. Chociaż był dobrze prosperującym przedsiębiorcą w branży mleczarskiej, zawsze marzył o tym, aby działać na rzecz apostolstwa misyjnego o jakimś szczególnym profilu.

Punktem zwrotnym w jego życiu osobistym i zawodowym była choroba nowotworowa jego żony. Gdy dowiedział się o tym, złożył ślubowanie, że jeśli ona wyzdrowieje, to on będzie nieustannie pracował na rzecz "jakiegoś projektu ewangelizacyjnego". Tak też się stało – jego małżonka odzyskała zdrowie a on "postawił wszystko na Marię". W ten sposób rozpoczął się projekt "Radio Maria", którego twórca zaufał bez zastrzeżeń Panu i z obietnicą daną Matce Bożej w sercu bez strachu oddał się temu dziełu – napisano we wspomnieniu o zmarłym na stronie włoskiego Radia Maria.

Don Emanuele współpracował z tą rozgłośnią aż do 85. roku życia, gdy stan zdrowia już mu na to nie pozwalał. Oznacza to, że był z nią związany całe pierwsze ćwierćwiecze jej istnienia. Kierownictwo Radia podkreśliło, że założyciel marzył o tym, aby ten "katolicki głos w twoim domu" dotarł do 80 krajów i to jego pragnienie stało się rzeczywistością.

Dziś w wielu krajach Radio Maria jest właśnie takim "jedynym głosem wiary, który ożywia wiernych, z których wielu doświadcza prześladowań religijnych lub wojny" – przypomnieli obecni współpracownicy tego dzieła. Podkreślili, że pod tym względem na szczególną uwagę zasługuje działalność tej rozgłośni w krajach byłego Związku Sowieckiego i jego dawnych satelitów. W Ameryce pierwszym krajem, w którym powstało Radio Maria, było Peru, a w Afryce – Burkina Faso.

Wszystkie te stacje nadają programy wyłącznie katolickie, zgodnie z nauczaniem Kościoła, nie zamieszczają reklam i utrzymują się wyłącznie z datków i darowizn.

CZYTAJ DALEJ

Brazylia wspomina wizytę Jana Pawła II

2020-07-12 15:55

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

Archiwum prywatne Valentiny Alazraki

Valentina Alazraki

Brazylijczycy wspominają pierwszą pielgrzymkę Jana Pawła II do ich kraju, która miała miejsce 40 lat temu. Z powodu trwającej pandemii rocznica obchodzona jest głównie w internecie. Papież Polak wracał do tego największego katolickiego kraju na świecie jeszcze trzy razy.

W trakcie pierwszej wizyty apostolskiej Papież św. Jan Paweł II między innymi konsekrował bazylikę Matki Bożej w Aparecidzie, beatyfikował jezuitę hiszpańskiego José de Anchietę, założyciela miasta São Paulo, aktualnie największego miasta Ameryki Południowej. Uczestniczył też w kongresie eucharystycznym w Fortalezie, w stanie Ceará.

W Kurytybie spotkał się z przedstawicielami Polonii brazylijskiej na stadionie Couto Pereira. W spotkaniu uczestniczyło 70 tysięcy osób. Rozpoczynając swoje przemówienie papież stwierdził z serdecznym naciskiem: „Do tego spotkania mieliście prawo wy, tutaj obecni i ci wszyscy, których reprezentujecie; miałem prawo do tego spotkania także ja, jako syn tej ziemi nad Wisłą, z którą wszyscy jesteśmy złączeni więzami krwi, w różnych stopniach pochodzenia. Do tego spotkania miała prawo także ta ziemia, nasza Ojczyzna”!

Bardzo głęboko w sercach Brazylijczyków pozostały słowa papieża wypowiedziane w trakcie pierwszej pielgrzymki: „Niech Bóg błogosławi waszą Brazylię. Niech Bóg błogosławi i was wszystkich Brazylijczyków, pokojem i postępem, spokojną zgodą w zrozumieniu i braterstwie. Pod matczynym spojrzeniem i opieką Matki Bożej z Aparecidy, Patronki Brazylii”.

Podczas pierwszej pielgrzymki (w dniach 30 czerwca - 11 lipca 1980 roku) z Janem Pawłem II spotkało się 12 milionów osób.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję