Reklama

Niedziela Wrocławska

Świadectwo po 2 latach od wybuchu wojny: Jutra może nie być

Śni mi się, że wróciłam do domu, na Ukrainę, tam, gdzie mieszkają rodzice. Bawię się z dziećmi i leci jakaś rakieta. Chcę uciekać, ale nie daję rady, zostaję więc w mieszkaniu, przytulam dzieci i ta rakieta wybucha. I budzę się, patrząc, gdzie jestem. Sprawdzam – jest dywan, ściana, kanapa, nie ma krwi. Jestem w Polsce. Podnoszę koc i sprawdzam, czy z dziećmi wszystko w porządku – mówi Iwanka z Kijowa.

[ TEMATY ]

świadectwo

Ukraina

Karol Porwich/Niedziela

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Mijają dwa lata od wybuchu wojny za naszą wschodnią granicą. Zdążyliśmy się już trochę do tego przyzwyczaić, czas przytłumił naszą czujność i wrażliwość; A dramaty konkretnych ludzi nadal takie same. Umawiam się na spotkanie z Iwanką z Kijowa, młodą kobietą, mamą dwóch chłopców.

Dwa lata temu zbudził mnie wybuch

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

– Dwa lata temu 24 lutego o 5 rano zbudził mnie wybuch i strzelanina. Było tak głośno, że najpierw pomyślałam, że to sylwestrowe fajerwerki. Ale był to inny dźwięk. Wcześniej wiedzieliśmy, że na granicy jest dużo wojska, że może być wojna, ale nie dowierzaliśmy, że Rosja może napaść na Ukrainę. Pracowałam w przedszkolu w Kijowie, gdzie w schronie kompletowaliśmy jedzenie, leki, kocyki, poduszki, wodę. Nikt jednak do końca nie wierzył, że wojna wybuchnie – opowiada Iwanka.

Gdy obudziły ją wystrzały, od razu spojrzała na telefon, by sprawdzić, co się dzieje. Nie znalazła żadnej informacji tylko sms-a od koleżanki, która od 5 lat mieszka w Polsce. – Wysłała go o 2 w nocy i pisała, że powinnam zabrać rzeczy, pieniądze, dokumenty i mieć plan ucieczki przed wojną. Od razu zapytałam męża, co się dzieje. A on mi odpowiedział: Wojna! Nie wiedziałam, co robić; dzieci były u moich rodziców. Zadzwoniłam do mamy i poprosiłam, by nie wysyłała ich do szkoły. I płakałam. Byłam zszokowana – przypomina tragiczne momenty Iwanka.

Karol Porwich/Niedziela

Strach wisiał w powietrzu

W pośpiechu zebrali rzeczy i o godz. 15 wyjechali z Kijowa. – Było strasznie, chciałam zabrać jakieś pieniądze, ale były długie kolejki do bankomatów i ciągle słychać było strzały. Konta zostały zablokowane. Wszędzie widziałam ludzi pakujących się do samochodów. Pewnie wszyscy mieli w głowach jedno pytanie: Co dalej? Przejmująca była cisza ze strony zwierząt, nie było słychać psa, ani kota, jakby wyczuwały grozę tego, co się działo. Ten strach czuć było w powietrzu – mówi Iwanka przerywanym głosem.

Reklama

– Pojechaliśmy do rodziców, jechaliśmy w ogromnym korku, bo dużo samochodów wyjeżdżało z Kijowa. Na stacjach nie było paliwa. Patrzyłam tylko w niebo, czy nie widać rakiet. U rodziców zatrzymaliśmy się dwa tygodnie. To mała wioska położona 100 km od Kijowa. Obok wioski jest takie miasto, ważne strategicznie, bo tam jest duża tama. Gdyby trafiła tam rakieta, cała okolica zostałaby zalana. A na niebie nad wioską ciągle latały samoloty, rosyjskie i nasze, ciągle była strzelanina. To wszystko było słychać i nie było wiadomo, czy któryś z tych samolotów nie spadnie na nasz dom. Tata i mąż od razu poszli chronić miasto – mówi Iwanka.

Dzieciom wytłumaczyła, że jest wojna. Chłopcy bardzo się bali. Gdy szli spać, to zawsze kompletnie ubrani, by w razie potrzeby szybko wstać i uciekać do lasu. W wiosce nie było bowiem schronów. W nocy nie można było włączać światła w domu i korzystać z telefonu, żeby Rosjanie nie mogli namierzyć tych, którzy tam żyli. Zabrano również wszystkie znaki drogowe, by nie pomagały najeźdźcy.

Nie było już torów

– Kiedy Rosjanie doszli do Zaporoża, a tam jest elektrownia jądrowa, baliśmy się, że dojdzie do wybuchu. Wtedy powiedziałam rodzicom, że muszę uciekać, bo bardzo się boję o dzieci. Nie o siebie, ale o dzieci. Tato i mąż nie mogli opuścić Ukrainy a mama nie chciała zostawić taty samego. Jest taka trasa prowadząca do polskiej granicy, ale była ona bardzo niebezpieczna, Rosjanie strzelali tam do cywilnych samochodów, więc postanowiliśmy z mężem, że będziemy szukać pociągu. 6 marca pojechaliśmy szukać dworca kolejowego, z którego moglibyśmy wyruszyć. W internecie nie było takich informacji, by nie naprowadzać Rosjan. Pojechaliśmy do jednego miasta, ale tam już nie było torów kolejowych, zniszczyła je rakieta. Pojechaliśmy do innego, tam również tory były zniszczone. Do Kijowa nie chciałam jechać, bo tam było bardzo dużo ludzi i bardzo niebezpiecznie. Raz rakieta uderzyła obok dworca pełnego ludzi – mówi Iwanka drżącym głosem.

Reklama

Pojechali do małego miasta Smila i czekali na pociąg. Była to właściwie kolejka z drewnianymi ławkami, uczęszczająca na małych odległościach. Dużo ludzi do niej wsiadło, ponieważ odjeżdżała do Lwowa. Niektórzy 3 dni czekali na ten pociąg.

Życie spakowane do plecaka

– Szybko pobiegliśmy z mężem i dziećmi, ja miałam tylko plecak, dzieci plecaki, w których było jedzenie i ubranie na zmianę. Wzięłam tylko swojego laptopa, bo tam było całe moje życie. Wzięłam też zdjęcie rodziców. W pociągu było już dużo ludzi, ale wcisnęłam tam dzieci. Musiałam krzyczeć, że jestem ich matką i też wepchnięto mnie do środka. Młodszego 5-letniego syna udało się posadzić na kolanach jednej z kobiet, a 7-letni Igor jechał ze mną, na stojąco 15 godzin. Dzieci nie zdążyły się już pożegnać z ojcem, ani przytulić. Nie wiedziałam, co będzie dalej, gdzie pojedziemy. W pamięci pozostało, jak mąż stał przy oknie pociągu. Wyciągnęłam rękę do szyby, on przyłożył swoją z drugiej strony, nie było czasu, by się pożegnać. To był ostatni raz, kiedy go widziałam. 8 marca minie dwa lata – przerywa opowieść Iwanka.

Nie powiedziała dzieciom, że jadą do Polski, bo one nie chciały opuszczać Ukrainy. Igor przed wyjazdem mocno przytulił się do babci i krzyczał, że nie chce jechać. Siłą trzeba go było zabrać do samochodu. Powiedziała im, że jadą do jej koleżanki. – Kiedy były alarmy, musieliśmy w tym pociągu łapać się za głowy i schylać. Myślałam wtedy tylko o jednym: jedno moje dziecko jest tu ze mną a drugie tam na kolanach innej kobiety; Jak ja znajdę moje dzieci, jeśli w pociąg uderzy rakieta i wszyscy będziemy rozproszeni. Tylko o tym myślałam. Jechaliśmy tak 15 godzin. Na kurtkach dzieci napisałam numery telefonów w razie najgorszego, jeżeli zginę. Nie dawałam dzieciom jedzenia, bo nie można było korzystać z toalet, tam również jechali ludzie. Nie byłam głodna, nie pamiętam czy dzieci były głodne. Chciałam tylko dużo pić, bo w stresie człowiek traci wodę. Miałam suche usta, skórę. Przyjechaliśmy do Lwowa o 9 rano – opowiada Iwanka.

Reklama

Tam znalazła pociąg odjeżdżający do Polski. – Zapytali mnie, dokąd chcę jechać, odpowiedziałam, że dokądkolwiek, byle dalej od wojny. Poszliśmy do pociągu, w którym już można było usiąść. To był 4-osobowy przedział wagonu, ale jechało w nim 15 osób. Dzieci siedziały wysoko, choć Igor bardzo płakał, że nie chce jechać pociągiem. Miał traumę po tej 15-godzinnej jeździe na stojąco. Zresztą później jeszcze przez rok nie chciał jeździć. Bardzo bał się też tramwajów, przystanków, uciekał. Dojechaliśmy do granicy. Później pojechaliśmy na granicę z Polską. Wtedy dostaliśmy dużo pomocy – jedzenie, picie, zabawki dla dzieci. Był lekarz, pytali, czy nie potrzebujemy pomocy – opowiada Iwanka.

Ale to nie koniec walki o przeżycie. – Kiedy pierwszy raz słuchałam rozmowy strażników na granicy, nic nie rozumiałam. Wtedy pomyślałam: Co ja będę tutaj robić, w obcym kraju, z dwójką dzieci, nic nie rozumiejąc? Ale wtedy ważne było tylko przekroczenie granicy. Później przyjechaliśmy do jakiegoś miasta, którego nazwy nie pamiętam. Było nas tysiąc osób w pociągu, a kiedy wysiedliśmy, zobaczyliśmy dużo kamer, telewizji, wszyscy nas o coś pytali. A ja płakałam, cały czas płakałam. Nie mogłam uwierzyć w to, co się działo. Był też taki punkt pomocy z jedzeniem, zabawkami dla dzieci, kosmetykami. Chciałam tylko dzieci nakarmić. Jakaś kobieta włożyła mi kanapki do kieszeni, później bardzo się przydały. I znowu jechaliśmy dalej. A Igor znowu zaczął płakać, bo nie chciał jechać pociągiem. Dojechaliśmy do Katowic a stamtąd już do Wrocławia – opowiada Iwanka.

Reklama

Karol Porwich/Niedziela

Nie wiadomo, kto komu pomaga

We Wrocławiu zatrzymała się u koleżanki, gdzie mieszkała 5 dni. Powstała wówczas strona internetowa, na której wpisywane były rodziny z Ukrainy potrzebujące pomocy i zgłaszały się polskie rodziny, chętne do przyjęcia uchodźców pod swój dach. – Zgłosiłam się na tej stronie, z zaznaczeniem, że nie mówię po polsku. I tak trafiłam do rodziny, u której mieszkaliśmy do lipca. Kiedy przyjechałam do nich, to było trochę jak w filmie. Oni mieszkali w 2-piętrowym domu. Dostałam pokój i zaoferowali nam wszystko, czego potrzebowaliśmy. Mieli troje małych dzieci, więc mieszkało nas tam ośmioro. Komunikowaliśmy się przez tłumacza w telefonie, później zaczęłam się uczyć polskiego – mówi Iwanka i podkreśla, że rodzina, u której mieszkała, bardzo dużo jej pomogła. – Gdy przyjechaliśmy, nie miałam ubrania, ani pieniędzy, bo nasze banki zablokowały konta. Ta rodzina kupiła więc moim dzieciom wszystko, czego potrzebowały do szkoły. Wydawało mi się to bardzo drogie – kolorowy papier, plecak, pióro – bo przeliczałam to na chrywny. A Pani kupowała wszystko za swoje pieniądze i nic nie mówiła – podkreśla Iwanka i dodaje: – Jestem im bardzo wdzięczna, bo potrzeba wielkiej odwagi, by przyjąć obcą kobietę z dziećmi. Przecież ludzie są bardzo różni. Kiedy pytałam, dlaczego mi pomagają, słyszałam, że jeszcze nie wiadomo, kto komu pomaga. A kiedy płakałam i dziękowałam, odpowiadali: „Iwanka, my mamy możliwość, a jeśli mamy, to musimy pomóc”.

– Jeszcze jedno bardzo mnie uderzyło w tym wspólnym zamieszkiwaniu. Przyjechałam do nich w sobotę po obiedzie. A następnego dnia ta rodzina wybierała się do kościoła i nie mogli pójść razem, bo ktoś musiał zostać z najmłodszym dzieckiem. Zaproponowałam, że mogę z nim zostać a oni zostawili mi trójkę dzieci pod opieką. Przyjechałam dzień wcześniej z innego kraju, nie znali mnie, a od razu okazali mi takie zaufanie. To było dla mnie bardzo ważne – opowiada Ukrainka.

Reklama

Innym dowodem zaufania był wyjazd rodziny na Święta Wielkanocne i pozostawienie domu pod opieką Iwanki. – Prosili tylko, by trawę czasem podlewać. I to też było dla mnie bardzo ważne, bo znowu okazali mi takie duże zaufanie. Ale tak naprawdę było mi strasznie, zamykałam drzwi, zasłaniałam rolety. Mieszkaliśmy w jednym pokoju, ale baliśmy się sami w tym domu. Bałam się, że jak wybuchnie wojna, to znowu będę sama w takim dużym mieszkaniu i nie będę wiedziała, co robić – mówi Iwanka.

Poranne naleśniki

Z czasem w rodzinie powstały nawet pewne zwyczaje. – Ich 6-letnia córka w każdą sobotę wstawała wcześnie rano i smażyłyśmy razem naleśniki. Mała była zmęczona, bo lubiła długo spać, ale była taka szczęśliwa, gdy robiłyśmy razem ciasto a później wlewałyśmy je na patelnię. Kiedy czasem dzwonię do tej rodziny, to dziewczynka zawsze pyta, kiedy przyjadę, byśmy mogły znowu razem zrobić naleśniki – uśmiecha się moja rozmówczyni i opowiada: – Później zaproponowałam, że będę przygotowywać ukraińskie potrawy, co spotkało się z zainteresowaniem. Oni robili zakupy a ja gotowałam i smakowało im to – co było dla mnie bardzo miłe. Chciałam coś pomóc, więc sprzątałam też dom. Przy domu był taki mały ogródek, który trzeba było przekopać łopatą. A była tam bardzo twarda ziemia. Pewnego dnia przeczytałam jakąś złą wiadomość o Ukrainie i musiałam wyładować swoje emocje, więc od razu cały ten ogródek przekopałam. Wszyscy byli zdziwieni, że tak szybko się to stało. Ale wystarczyło przeczytać wieści z Ukrainy – mówi ze smutnym uśmiechem Iwanka. Rodzina, u której mieszkała, pomogła jej też w znalezieniu pracy.

Dziękuję, że mnie uratowałaś

Reklama

– Bardzo dużo pomocy dostałam w Polsce, sama nie wiem, jak to się stało, bo nie wszystkie moje koleżanki tak miały. Byłam z dziećmi na koloniach w Wałbrzychu. To były kolonie dla dzieci z Ukrainy wraz z matkami. Było tam dużo psychologów, odbywały się warsztaty. Ale w pewnym momencie był alarm, nie wiem, dlaczego. Moje dzieci zaczęły od razu krzyczeć, że wojna i chciały uciekać. Ja też wpadłam w panikę, ale zaczęłam się dyscyplinować wewnętrznie, zaczęłam spokojnie oddychać – opowiada Iwanka.

Przeżycia wojny nie pozostały bez śladu i do dziś utrudniają normalne funkcjonowanie. – Była jeszcze taka sytuacja na Placu Grunwaldzkim, gdzie byłam z dziećmi. Padał deszcz, dużo ludzi schroniło się pod dach, podjeżdżały tramwaje, autobusy, było zamieszanie i Igor zaczął krzyczeć: „Mama, wojna! Rosja już tutaj jest, wszyscy uciekają!”. Musiałam mu długo tłumaczyć, że pada, że wszyscy szukają schronienia przed deszczem. Czasami też podczas jazdy tramwajem, kiedy pojawia się taki charakterystyczny dźwięk, Igor łapie się za głowę i schyla. Ja długo miałam podobny odruch – opowiada Iwanka.

Równie trudnym był pierwszy Sylwester i fajerwerki. Dzieci płakały i krzyczały, ponieważ przypominało im to wybuchy na Ukrainie. – Starałam się im pomóc, ale sama byłam w depresji, więc było mi bardzo trudno. Igor rysował zawsze wojnę. On w zasadzie nie płakał, tylko krzyczał, ja więcej płakałam. Teraz korzystamy z poradni psychologicznej. Kiedy zakończyliśmy tam terapię, pani z poradni po pracy z Igorem również płakała. Mówiła, że przeżył niewyobrażalnie dużo – mówi Iwanka.

Pokazuje nagrania dzieci ze strachem w oczach, czy nerwowymi tikami i mówi: – Mam również nagrania z młodszym synem. Kiedy wybuchła wojna, i on pyta, dlaczego jest wojna, dlaczego ja płaczę, dlaczego płacze Katia. I pyta: „A ja tak samo zginę?”. Teraz mówi do mnie: „Mamo, dziękuję, że mnie uratowałaś”.

Reklama

Karol Porwich/Niedziela

Nie zrozumie, kto tego nie przeżył

– Kiedyś w nocy rozmawialiśmy i dzieci mnie pytały czy na Ukrainie jest noc i czy żołnierze poszli spać. I zaczęły się martwić, kto w tym czasie chroni Ukrainę, kiedy oni śpią. Nikt tego nie zrozumie, kto tego nie przeżył. A tymczasem na fb toczą się dyskusje i zarzuty, że przyjechaliśmy po pieniądze na dzieci. Ja zawsze mówię, że Ci, którzy przyjechali przed wybuchem wojny, mogli się uczyć języka, mieli swoje rzeczy, pieniądze. To była ich decyzja. A ja przyjechałam bez niczego i tak naprawdę wcale tego nie chciałam. A teraz tak samo pracuję, odprowadzam podatki. Czasami mam dwie, trzy prace, bo przy jednej trudno mi opłacić mieszkanie, które wynajmuję, szkołę, leki – mówi Iwanka.

Podkreśla, że sama nigdy nie miała sytuacji, by ktoś kazał jej wracać na Ukrainę. Zawsze miała pomoc – na SORze, półkoloniach, w szkole. I zawsze jej mówiono, że dostanie pomoc, gdy będzie jej potrzebować.

Gdy pracowała w „Promyku słońca” jako psycholog, pomagała dzieciom, które przyjechały po wojnie. – Nasłuchałam się tam wielu historii od matek i dzieci. Było takie dziecko, piękny chłopiec, który ciągle powtarzał jedno pytanie: „Gdzie ja jestem? Gdzie ja jestem?”. Nie wiedziałam, o co chodzi. Dopiero matka opowiedziała mi ich historię. Przebywali w wielu schronach, coraz to w innym mieście. Tak samo w Polsce, najpierw jedno miasto, później kolejne. I dziecko ciągle nie wiedziało, gdzie jest – mówi ze smutkiem Iwanka.

Karol Porwich/Niedziela

Jak najdalej od Rosji

Pierwsze dni po przyjeździe do Polski to nieustanne choroby: angina, grypa, zatoki, rotawirusy, zapalenia ucha itp. Organizm w ten sposób odreagowywał stres i przystosowywał się do nowej sytuacji. – A kiedy dziecko chore, to trzeba jechać na SOR i nie wiadomo jak to zrobić. Albo np. ja byłam chora z 40-stopniową gorączką a trzeba było zrobić zakupy, wykupić leki, to trudno było temu podołać. Dzwoniłam do mamy i mówiłam, że chcę już umrzeć, zasnąć i nie zbudzić się. Zniknąć, ale żeby nikomu nie było źle – opowiada Iwanka. Cierpiała nie tylko z powodu depresji, ale i ataków paniki, które ją zupełnie paraliżowały. – Szłam i zaczynało mi się kręcić w głowie, po czym nie mogłam podnieść ręki ani nogi, byłam taka sparaliżowana. Przyjeżdżała karetka, zabierała mnie do szpitala. Innym razem zemdlałam, przyjechała karetka, po badaniu okazało się, że wszystko jest w porządku, ale taki stan paraliżu się pojawiał. Bałam się też ludzi na mieście. Pojawiał się lęk, że może ta osoba wspiera Rosję i teraz się dowie, że jestem z Ukrainy i będzie chciała mnie skrzywdzić – opowiada Iwanka.

Reklama

Teraz jest lepiej, ale kiedy słucha wiadomości, strach nadal się pojawia. Najgorsze było pierwsze pół roku, kiedy Putin groził i zabraniał pomagać Ukraińcom. – Bałam się, że uciekłam tutaj i tutaj zginę, bo on straszył bombami. I pamiętam, że kiedy pierwszą tę wiadomość przeczytałam i jechałam do koleżanki, która uciekła z Kijowa, dostałam ataku paniki. Zbudziłam się, gdy ona już mnie szarpała i przywracała do życia. Chciałam nawet wyjechać do Kanady, by być jak najdalej od Rosji, ale widziałam jak trudna była dla nas ta adaptacja w Polsce, więc nie chciałam kolejnej traumy. Poza tym ciągle miałam nadzieję, że w czerwcu już wrócimy do domu – opowiada Iwanka.

– Było nam trudno, bo wszyscy mieliśmy traumę. Młodszy syn jakoś sobie radził, ale Igorowi było ciężko: krzyczał, płakał, nie mógł ze mną normalnie rozmawiać; czasem mówił, że jestem najgorszą matką, bo zabrałam go z Ukrainy. Gdy ktoś z rodziny, u której mieszkaliśmy, mówił do Igora po polsku, on zawsze odpowiadał po rosyjsku: „Ja nie panimaju”. Nie dlatego, że nie rozumiał. On po prostu nie chciał rozmawiać po polsku, nie chciał iść do polskiej szkoły. Rozumiałam go, bo czułam to samo. Starałam się uczyć języka polskiego, ale nic nie rozumiałam. Nie mogłam sobie tego przyswoić, bo nie rozumiałam, dlaczego muszę to robić. Miałam przecież swoje życie, swoje plany i wszystko było dobrze, a tu naraz wszystko zostało wywrócone do góry nogami. A ja nie chciałam tego nowego. Kiedy mieszkaliśmy tam w domu, niedaleko było pole, wychodziłam z dziećmi i one tam krzyczały, bo potrzebowały to wszystko z siebie wyrzucić – opowiada Iwanka.

Reklama

Największym zaskoczeniem po przyjeździe do Wrocławia było to, że toczyło się tutaj normalne życie. – Wszyscy rozmawiają, idą do pracy, uzgadniają plany, działają restauracje. Byłam zła, bo nie rozumiałam, jak to możliwe: tam trwa wojna, zginęło wielu moich bliskich, a tutaj normalne życie. Jak można robić imprezy urodzinowe, iść do restauracji, tańczyć? Teraz po 2 latach rozumiem, że to normalna sytuacja, ale wtedy było to trudne do zaakceptowania – wspomina.

Drugie zaskoczenie we Wrocławiu to samoloty na niebie, bo na Ukrainie już ich nie było.

Nie ma temu końca...

– Zawsze oglądałam wiadomości dotyczące Ukrainy, myślałam, co się dzieje z rodzicami, mężem. Jak to jest w innych miastach. Myślałam, że wyjadę może na miesiąc, dwa, może pół roku i będę wracać do domu i wszystko będzie ok. Ale nie! Ojciec zawsze mi mówił: trzeba zaczekać, jeszcze trochę, jeszcze miesiąc. Może latem przyjedziesz, może jesienią; zimą nie, bo zima jest straszna. A temu nie ma końca…. – zamyśla się Iwanka.

Poszła do pracy, by to nie bolało. Przechodziła różne szkolenia, warsztaty, zawsze coś robiła, by nie myśleć. Uczyła się języka na kursach, szkoleniach i sama przy tłumaczeniu zadań dzieciom. Wstawała o 4.30, by wszystkiemu podołać, chodziła spać o 12-2 w nocy. Było trudno, cały czas płakała. Okazało się, że cierpi na depresję. Pół roku brała antydepresanty i był to najtrudniejszy czas w jej życiu. – Nigdy nie myślałam, że depresja może z człowiekiem robić takie rzeczy. Ale teraz myślę co dalej. Postanowiłam, że zostanę tutaj na stałe. Do domu wrócić nie mogę, dlatego, że jeszcze trwa wojna. Nie mam gdzie wrócić. Rodzice mieszkają na wsi, ale tam nie ma dla mnie pracy. A trzeba pracować. W Kijowie wynajmowałam mieszkanie, ale z pracą jest bardzo trudno. I nie rozumiem jak można tam mieszkać i pracować, kiedy słyszy się ciągle alarmy, strzelanie, rakiety. Mnie wystarczyło dwa tygodnie tej wojny – mówi Iwanka.

Reklama

Zaznacza, że często myślała o powrocie, szczególnie gdy było trudno, gdy np. Igor krzyczał, że chce wracać. – Raz powiedziałam, że wrócimy, ale on wtedy mi powiedział: „Nie, mamo, na Ukrainę nie pojadę, bo na Ukrainie zginę”. I on teraz boi się tam jechać. Wcześniej zginął na wojnie mój kolega, później następny i kolejny. Ok. dziesięciu tych, których dobrze znałam, ich już nie ma, a oni wszyscy w moim wieku – 30-36 lat. W 2014 r., gdy zaczęła się ta wojna, zginął mój bliski kuzyn, miał 22 lata. Na Ukrainie wszyscy opłakują kogoś z bliskich, każdy kogoś stracił na tej wojnie. Później przyszła przecież Bucza i Irpień, te wszystkie obrazy mam w głowie. Boję się o dzieci, o to, że ci zbrodniarze z Rosji będą to robić z moimi dziećmi – płacze Iwanka.

Podkreśla, że drugi powód jest taki, że nawet jeśli wojna się skończy i Rosjanie wrócą do siebie, to pokoju tam nie będzie. – Za 2-3 lata zacznie się to samo. I trzeci powód – integracja tutaj była bardzo trudna, dzieci musiały się nauczyć polskiego, teraz już piszą i rozmawiają po polsku. I znowu mamy wracać do domu i zaczynać od zera? Można by było, gdyby tam było wszystko w porządku, ale po wojnie nie będzie. Pani dyrektor mojego przedszkola pisała ostatnio, że w jednym z przedszkoli w piaskownicy dziecko znalazło niewybuch, który je okaleczył. I to długo jeszcze tak będzie. Dlatego na razie nie chcę wracać. Dzieciom jeszcze o tym nie mówiłam, one nadal marzą, że wrócą do domu. Najpierw do babci, dziadka, ojca. Nie wiem, jak im powiedzieć, że tutaj zostaniemy. Nie wiem też, kiedy zobaczę rodziców, męża – zamyśla się Iwanka.

Reklama

Zniszczone relacje

8 marca miną dwa lata, jak dzieci ostatni raz widziały swojego tatę. – Teraz sytuacja jest bardzo trudna, bo on najpierw bardzo mnie wspierał, mówił, że jestem dzielna, że bardzo się cieszy, że podjęłam taką decyzję. To był pierwszy etap. A psychologia mówi o pięciu takich poziomach, kiedy jest jakiś stres, czy strata. Przyszedł drugi etap i mój mąż zaczął mówić, że jestem najgorsza, że ukradłam jego dzieci, że trzeba wracać, bo mimo że trwa wojna, to wiele ludzi zostało. Później przyszedł kolejny etap, kiedy mąż stwierdził, że on jest sam i ja sama. Nie dzwonił, nie pomagał, nie pisał. Nie był ciekawy, co się z nami dzieje. Teraz dzwoni do dzieci, rozmawiają, ale nie wiem, co będzie dalej. Ale ja nie myślę o układaniu sobie życia, bo to nie jest to, co teraz mnie martwi i zajmuje głowę. Ja chcę, żeby na Ukrainie wszystko było dobrze i żeby dzieciom było dobrze. Chciałabym też być zdrowa, bo ode mnie zależy życie moich dzieci. Bo jeśli mnie zabraknie, kto im pomoże? – pyta Iwanka.

Wszędzie widziałam Kijów

Podkreśla, że z czasem człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja. – Nawet ja kiedy teraz oglądam nagrania czy czytam, nie mam takich emocji jak wcześniej. Może to z powodu leków a może już się przyzwyczaiłam. Mój mąż mieszka teraz w Kijowie w takiej okolicy, gdzie wokół odbywają się ostrzały. Ostatnio usłyszał, że coś tam lata, były to drony. I wyszedł na balkon je zobaczyć. On jest do tego w jakiś sposób przyzwyczajony, ale sytuacja mogła być taka, że musiałabym zapukać do drzwi swoich synów i powiedzieć im, że ich ojciec zginął. I tylko dlatego, że był ciekawy, co to jest. Ale u nich jest już pewne przyzwyczajenie. Przysyła mi np. nagrania, gdy jedzie samochodem do pracy, włączył kamerkę i widać na niebie walkę rakiet – rosyjskich i naszych. On jest przyzwyczajony i ja to rozumiem, bo gdyby oni żyli w takim stresie jak na początku wojny, nie daliby rady. Tak samo tutaj, my musieliśmy się oswoić z nową sytuacją – mówi Iwanka.

Reklama

Na pytanie, jak jest w Polsce, odpowiada: – Trudno mi powiedzieć, bo ja tutaj wszędzie widziałam Kijów, Lwów. Samo miasto jest piękne, dużo parków, drzew, placów zabaw, aquapark. Gdy byłam tutaj w pierwsze lato, ja tego zupełnie nie widziałam, pracowałam po 12 godzin. Dzieci korzystały z różnych atrakcji, warsztatów, wycieczek. To było drogo, ale płaciłam, by one nie myślały o wojnie. Ja natomiast nigdzie nie byłam, nic nie widziałam, dla mnie to wszystko było nieciekawe. Odpowiadałam, że miasto jest ładne, ale zawsze chciałam pojechać do domu. Nawet gdy widziałam drzewo, to widziałam jego podobieństwo do drzewa w Kijowie. Jest takie ukraińskie słowo, które oznacza tęsknotę, tęskni czyli „sumuje”; ale jest jeszcze takie słówko: „tucha”, to też tęsknota, ale taka którą odczuwa wilk, kiedy wyje do księżyca – zamyśla się Iwanka.

Jeden sen

Opowiada sen, który śni jej się co noc od przyjazdu do Polski. – Śni mi się, że wróciłam do domu, na Ukrainę, tam, gdzie mieszkają rodzice. Bawię się z dziećmi i leci jakaś rakieta. Chcę uciekać, ale nie daję rady, zostaję więc w mieszkaniu, przytulam dzieci i ta rakieta wybucha. I budzę się, patrząc, gdzie jestem. Sprawdzam – jest dywan, ściana, kanapa, nie ma krwi. Jestem w Polsce. Podnoszę koc i sprawdzam, czy z dziećmi wszystko w porządku – mówi Iwanka i dodaje: – Wszyscy z Ukrainy, którzy teraz mówią o dzieciach, mówią o strachu. One albo coś widziały, albo kogoś straciły. Martwię się, by ta wojna nie poszła dalej.

Dziewczyna podkreśla, że jej przeżycia nie należą do najgorszych. Przy słuchaniu przeżyć kobiet, które uciekły z Mariupola, włosy jeżą się na głowie. – Koleżanka, z którą rozmawiałam, mówiła, że udało jej się uciec z tego miasta, ale nie mogła zabrać swojej babci, bo rosyjscy żołnierze nie pozwolili. Postawili warunek, że albo teraz jedzie z dzieckiem, albo zostaje. I ona musiała zostawić swoją babcię, która na pewno tam zmarła – zamyśla się Iwanka i zmienia temat: – Kupiłam dzieciom świnki morskie jako formę terapii. Mój syn ciągle pytał, co zrobimy, kiedy Rosja napadnie na Polskę, co będziemy wtedy robić, gdzie uciekać, jak to będzie. Nie wiem, ale mam taką zasadę, że żyję tu i teraz. Bardzo lubię świece, ale to drogie rzeczy, więc zawsze zapalałam je tylko na specjalne okazje. Teraz robię to częściej, a dzieci pytają, czy będzie jakaś uroczystość. A ja po prostu wiem, że jutra może nie być.

2024-02-24 05:00

Ocena: +11 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Najważniejsza robota w życiu

Niedziela Ogólnopolska 11/2021, str. 50-51

[ TEMATY ]

muzyka

świadectwo

świadectwo wiary

Arkadiusz Zbozień „Arkadio”

Jak wspólnie wzrastać w świętości i zwyciężać w życiowych bojach? Jak przezwyciężać małżeńskie kryzysy? Rozmawiamy o tym z „Arkadio”.

Damian Krawczykowski: Rodzina to temat, który często pojawia się w Twojej twórczości. „To właśnie z niej człowiek może czerpać siłę” – słyszymy w Twoim utworze pt. Rodzina. Czym ona jest dla Ciebie? Nadal czerpiesz z niej siłę?

CZYTAJ DALEJ

Zakaz działalności dla wspólnoty "Domy Modlitwy św. Jana Pawła II" i "Królestwo Dwóch Serc Jezusa i Maryi"

2024-04-11 13:02

[ TEMATY ]

komunikat

Red.

Bp Marian Rojek, ordynariusz diecezji zamojsko - lubaczowskiej zakazał działalności wspólnot „Domy Modlitwy św. Jana Pawła II” oraz „Królestwo Dwóch Serc Jezusa i Maryi” na terenie tej diecezji. Jak czytamy w dokumencie opublikowanym na stronie diecezji, treści promowane przez te wspólnoty należy uznać za błędne i niezgodne z Urzędem Nauczycielskim Kościoła, a rzekome objawienia inicjatorki i liderki duchowej ruchów są teologicznie niepoprawne i nie mają aprobaty Kościoła.

Publikujemy treść dokumentu:

CZYTAJ DALEJ

Kraków: 10 maja rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Heleny Kmieć

2024-04-15 13:06

[ TEMATY ]

Helena Kmieć

Fundacja im. Heleny Kmieć

Świecka misjonarka Helena Kmieć została zamordowana w Boliwii

Świecka misjonarka Helena Kmieć została zamordowana w Boliwii

W piątek 10 maja o godz. 10.00 w Kaplicy pałacu Arcybiskupów Krakowskich odbędzie się pierwsza sesja trybunału w procesie beatyfikacyjnym Heleny Kmieć, który tym samym zostanie oficjalnie rozpoczęty. Podczas tego wydarzenia zostanie zaprzysiężony trybunał, który będzie przesłuchiwał świadków i zbierał inne dowody wymagane do przeprowadzenia rzetelnie postępowania. Od tego momentu Helena Kmieć będzie nazywana Służebnicą Bożą.

Choć samo rozpoczęcie procesu nie oznacza, że zakończy się on beatyfikacją, to jest to ważny etap na długiej drodze do ogłoszenia przez Kościół młodej misjonarki błogosławioną. Był on poprzedzony powołaniem postulatora, ks. dr. Pawła Wróbla SDS, który przy współpracy z wieloma osobami przygotował niezbędną dokumentację, zebrał świadectwa oraz różnego rodzaju materiały.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję