Reklama

Co to znaczy: dom?

Zjawiają się przede wszystkim jesienią. Zlatują jak ptaki, by wymościć gniazda przed wykluciem się piskląt. Porzucone przez nieodpowiedzialnych partnerów. Czasem kierowane przez ośrodki pomocy. Innym razem wprost z ulicy. Brzemienne lub już z dzieckiem, czy nawet z kilkorgiem dzieci

Niedziela Ogólnopolska 45/2010, str. 34-35

Mateusz Wyrwich

Zabiedzone. Wystraszone. Nieufne. Bez domu, pracy, pieniędzy. Nierzadko po wyrokach. Trafiają do świeckich bądź kościelnych domów samotnych matek. Ale przychodzą głównie te, które zachowały jeszcze odrobinę nadziei i wiary, że uda im się zmienić swoje życie. Wybierają najczęściej domy samotnych matek znajdujące się pod skrzydłami Kościoła, bo jak podkreślają, tu chcą znaleźć wartości, których nie miały w domu. O domach samotnych matek zazwyczaj dowiadywały się na porodówce. Niekiedy pod kościołem, gdzie żebrały. Od księdza czy zakonnicy. Deklarują, że chcą rozpocząć nowe życie. Nauczyć się tego, co to miłość, odpowiedzialność. Najczęściej są podopiecznymi domów dziecka. Później często wychowankami młodzieżowych ośrodków wychowawczych. Przed ciążą miały swoich partnerów, którzy jakby się zmówili i po urodzeniu dziecka zniknęli.

Mogłem urodzić się pod mostem

Reklama

Mama Jasia w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku przyjechała do pracy w warszawskiej hucie. Na podlaskiej wsi było ich pięcioro. Ona - najstarsza, więc rodzice mniej lub bardziej dosłownie zachęcali ją do szukania pracy poza wsią. W Warszawie zamieszkała w socjalistycznym hotelu robotniczym. Pracowała na trzy zmiany i dzień zacierał jej się z nocą. Jako dziewczyna bez rodziny pracowała niekiedy po szesnaście godzin na dobę, bo zawsze kogoś brakowało na zmianie. Później czasu i ochoty starczało już tylko na dancingi. Na jednym z nich poznała starszego od niej o dziesięć lat mężczyznę. Był przystojny i miał elegancki samochód. Stawiał dobre kolacje i zagraniczne drinki. Szybko zaproponował jej nową, dobrze płatną pracę. Okazało się, że był sutenerem... Zmuszana biciem, przez kilka lat pracowała jako prostytutka na warszawskiej Pradze. Załamał się jej dotychczasowy świat wartości. Nie dostawała pieniędzy. Niszczyła organizm wódką i papierosami. Kiedy zaszła w ciążę, przestała być „opłacalna”. Wyrzucona na początku „wolności” Polski, tułała się po mieszkaniach koleżanek prostytutek. Wstydziła się wrócić na wieś. Nie wiedziała, co robić, ale jednego była pewna: ciąża wyzwoliła ją z brudu, w którym tkwiła. Pewnego przedpołudnia, kiedy już od kilku dni nie jadła, bojąc się o dziecko, poszła do kościoła. Ksiądz wysłuchał jej opowieści. Zaufał. Dał adres i pieniądze na obiad oraz na bilet do Domu Samotnej Matki Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta w podwarszawskich Laskach. Stamtąd na kilka tygodni trafiła do szpitala. Znów wróciła do Lasek i w pół roku później, w czerwcu 1989 r., w pobliskim szpitalu Bielańskim urodziła swego pierworodnego - Jasia.
Jaś jest rówieśnikiem III Rzeczypospolitej. Od roku studiuje psychologię, aby w przyszłości pomóc sobie i jemu podobnym. Mieszka w akademiku. Nigdy nie miał domu. I nie marzy o nim, bo nie wie, co to znaczy. Boi się nawet mówić o własnym mieszkaniu. Powiada z gorzkim uśmiechem, że jest to jego największa skaza. Po chwili dodaje: - Tak naprawdę jednak to jestem o wiele bardziej „porąbany”. Boję się założyć rodzinę, bo nigdy jej nie miałem. Uciekam też od dziewczyn, bo kobieta nie kojarzy mi się z niczym dobrym. A mężczyzn po trzydziestce unikam. Podobno mój ojciec miał tyle lat, kiedy skrzywdził mamę - wyjaśnia Jaś. - Od jakiegoś czasu chodzę z tym do psychologa i ten zapewnia, że choć będzie ciężko, to jakoś mnie wyprowadzi z tej „choroby”. Jednak wygrałem los na loterii. Mama urodziła mnie w szpitalu, a nie na ulicy. Pod mostem.
Los matki Jasia jednak nie zakończył się szczęśliwie. Znów poznała starszego pana i choć nie był sutenerem, miał ładne mieszkanie i dużo dobrych chęci, by opiekować się Jasiem, to rychło okazało się, że jest alkoholikiem. Kiedy Jaś miał pięć lat i mówił już do starszego pana „tata”, ciepło rodzinne skończyło się. Pijani rodzice, wracając z nocnej potańcówki, zginęli pod kołami pociągu kilkaset metrów od domu. Jaś trafił do domu dziecka. Stamtąd do domu specjalnej troski, bo był dzieckiem nadpobudliwym. Dopiero w szkole specjalnej znalazł znakomitego nauczyciela, który podobnych jak on wyprowadzał na dobrą drogę. Odblokował Jasiową przeszłość. W ciągu dwóch lat chłopak zrobił całe gimnazjum. Później bez kłopotu zdał egzaminy do liceum. Maturę zdał z wynikiem bardzo dobrym.

Tu nie ma aniołów

Pedagog z kilkudziesięcioletnim stażem - pani Iwona Wiśniewska-Rudak jest od dwudziestu lat kierowniczką Domu Samotnej Matki Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta w Laskach. Opowiada, że dziś przekrój kobiet i dziewcząt, które znajdują się pod jej opieką, jest inny niż u początków tego domu sprzed blisko ćwierćwiecza. - Rzadko dziś trafiają dziewczyny ze wsi czy małych miasteczek, które jeszcze dwadzieścia lat temu były inkryminowane za urodzenie dziecka poza małżeństwem i musiały u nas szukać schronienia - mówi pedagog. - Dziś takie dziewczyny są akceptowane podobnie jak w dużych miastach. W naszym domu najwięcej jest samotnych matek, które przeszły przez domy dziecka. Sporo jest również tych z patologicznych rodzin, gdzie ojciec i matka czas spędzali głównie na piciu, a one nie miały żadnego wsparcia nawet w dalszej rodzinie. Bo i tam wszyscy pili. Są to bardzo zaniedbane dziewczyny, z dojrzałością emocjonalną dzieci, które pakują się w trudne sytuacje życiowe. Znajdują sobie nieodpowiedzialnych partnerów i rodzą kolejne dzieci. Bo nikt ich po prostu nie nauczył żadnego systemu wartości. Nigdy też nie były kochane. Nigdy nie były akceptowane. Nie mają też wykształcenia, więc trudno im o pracę.
Dziewczęta, trafiając do domu samotnej matki, na ogół nie mają dowodu osobistego. Nie są ubezpieczone, często chore, przenoszą schorzenia na płód. Mimo to bez koniecznych wizyt u ginekologa. Bez karty ciąży. A jeśli mają już dzieci, to często bez metryki. Pomocą w załatwieniu tych podstawowych spraw zajmuje się pracownik socjalny DSM, który też nawiązuje kontakt z ośrodkami pomocy społecznej, żeby dziewczęta mogły dostać tzw. becikowe czy jakąś zapomogę od miasta. Nierzadko zadaniem pracownika socjalnego jest też pomoc w ustaleniu ojcostwa, by móc wystąpić o alimenty. W końcowej fazie „zagospodarowywania” dziewcząt dom składa wniosek o lokal socjalny dla nich. - One nie są aniołami - przyznaje Iwona Wiśniewska-Rudak. - Są bardzo trudne w kontaktach. Bardzo zaniedbane psychicznie. Musimy więc nad nimi pracować, bo nie jesteśmy przytułkiem, ale domem samotnej matki. Chcemy, żeby urodziły i godnie wychowały dzieci. Również, aby je ochrzciły. Pomaga nam, oczywiście, miejscowy proboszcz, wspierają siostry zakonne ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Również dr Święcicki z Zakładu dla Niewidomych w Laskach, prowadzonego przez siostry. Ale niezwykle ważna jest też pomoc mieszkańców Lasek czy pobliskich miejscowości, którzy przynoszą ubranka dla dzieci czy czasem coś nam naprawią. Jak ostatnio sąsiad z naprzeciwka - bramę.

Aby dzieci się z niego nie śmiały

Jedynaczka Berenika ma dwadzieścia jeden lat i blisko jedenaście lat pobytu w domu dziecka bądź w podobnych placówkach. Od kilku miesięcy mieszka w domu samotnej matki. Pytana o jej największe marzenie, do dziś mówi: - Marzyłam, by tata kiedyś przyszedł do domu trzeźwy. Ale nigdy się nie doczekałam.
Chora psychicznie matka zaniedbywała jedynaczkę. Do dziś jej największym bólem jest wspomnienie o wyśmiewaniu się z niej w szkole. Kiedy poszła do pierwszej klasy szkoły podstawowej, muzycznej, w wytartych dresach, dzieci odsuwały się od niej. - Dzisiaj im się nie dziwię, skoro chłopcy przychodzili w garniturkach i muszkach, a dziewczynki w najlepszych spódniczkach. Ale wtedy bolało. I chyba boli do dziś - mówi z niepewnością.
Rówieśnicy wyśmiewali ją i w innych szkołach. Bo przychodziła niewyspana. Z podkrążonymi oczami. W powyciąganych rajstopach i w nie do końca czystym sweterku. Dziś synek Bereniki, Tomek, ma już ponad trzy miesiące. Ojciec dziecka siedzi w warszawskim więzieniu. Zostało mu z wyroku niecałe dwa lata. Zachowuje się dobrze w zakładzie karnym. Ma pracę. Dostaje przepustki. Widuje się z Bereniką i synkiem. Oboje jeszcze niedawno zażywali narkotyki i pili alkohol. Ale przyrzekli sobie, że będą dobrą rodziną. Berenika nie ukrywa, że niesprawna nóżka synka to efekt ich eksperymentów z narkotykami. Podczas rozmowy jednak ani razu nie pojawia się słowo „miłość”. Życiorys dwudziestolatki to raczej opowieść do kolejnego tomu „Straconych złudzeń” Balzaka. Mimo to Berenika nie załamuje się. Czeka na swojego chłopaka i próbuje opisywać, jak będzie wyglądało ich życie. Wreszcie podkreśla z naciskiem: - Przede wszystkim chciałabym nauczyć synka, co zrobić, żeby nie śmiały się z niego dzieci.
- Nie jest proste usamodzielnianie się tych dziewcząt w społeczeństwie. Bo choć rządy mówią o potrzebie usamodzielniania się samotnych matek, to nie robią nic, by stwarzać im możliwości prawne - podkreśla kierowniczka DSM Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta. - Mimo wszystko jakoś te dziewczyny dają sobie radę. Owszem, nie najlepiej jest z tymi, które pochodzą z rodzin patologicznych. Powiem w skrócie: Te, jeśli utrzymują z nami kontakty, to wcale nierzadko piszą z zakładów karnych. Jednak przez dwadzieścia lat, kiedy tu jestem kierowniczką, przez dom przeszły setki dziewcząt. I wiele z nich to budujące przykłady matek, żon. Szczególnie te, które żyją według chrześcijańskiego systemu wartości. A „wydarzenie” z nieślubnym dzieckiem było epizodem w ich życiu. Wiele z nich skończyło studia. Wiele wyszło za mąż za innego mężczyznę niż ojciec dziecka. Z niektórymi jestem nawet zaprzyjaźniona. Są wspaniałe.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Życie cudem jest...

2021-06-15 11:59

Niedziela Ogólnopolska 25/2021, str. 3

[ TEMATY ]

aborcja

Karol Porwich/Niedziela

Ks. Jarosław Grabowski

Ks. Jarosław Grabowski

Każda aborcja ma twarz konkretnej osoby – niewinnej, bezbronnej, samotnej, zdanej na łaskę lub niełaskę rodziców.

Czy istnieje jakaś istotna różnica między człowiekiem, który jeszcze się nie narodził, a tym, który już ogląda świat? Nie ma, prawda? Nie ma znaczenia fakt, czy ma on chwilę swych urodzin jeszcze przed, czy już za sobą. Jasność sytuacji psują bezsensowne dyskusje na temat: kiedy człowiek zaczyna istnieć? Wszyscy doskonale wiedzą, że w chwili poczęcia – jest to fakt niepodważalny z biologicznego i medycznego punktu widzenia. „Wszyscy ludzie są istotami ludzkimi od momentu poczęcia. Suma indywidualnych cech charakterystycznych dla każdego człowieka, jak kolor włosów, oczu czy predyspozycje, jest zdeterminowana w tym właśnie momencie” – stwierdził dr Jérôme Lejeune, ceniony francuski genetyk. Inny wybitny naukowiec –dr Jérôme Gasser, embriolog z Akademii Medycznej w stanie Luizjana, mówi wprost: „Istota ludzka nigdy nie jest bezładną masą protoplazmy lub komórek”. Współczesna embriologia nie pozostawia wątpliwości co do tego, że ludzki embrion stanowi odrębną jednostkę należącą do gatunku homo sapiens. Jednakże ustalenia embriologii jedynie przemawiają za postawą absolutnego uszanowania poczętej istoty ludzkiej, ale nie są impulsem do przyjęcia takiej postawy.

CZYTAJ DALEJ

Kocham kapłaństwo

2021-06-08 12:34

Niedziela warszawska 24/2021, str. I

[ TEMATY ]

kapłaństwo

Archiwum KSJB

Ks. Jakub Bartczak

Ks. Jakub Bartczak

O koncercie na Bielanach, radości płynącej z wiary i ewangelizowaniu przez muzykę z ks. Jakubem Bartczakiem rozmawia Łukasz Krzysztofka.

Łukasz Krzysztofka: Doczekaliśmy się w końcu Księdza w Warszawie. Co usłyszymy 20 czerwca w „Dobrym Miejscu” na Dewajtis?

Ks. Jakub Bartczak: Bardzo się cieszę, że będę mógł wystąpić w Warszawie. Będzie o budowaniu relacji międzyludzkich w kontekście powrotu do normalności po pandemii. Wykonam utwory z mojej najnowszej płyty Siemodle, którą nagrałem kilka miesięcy temu. Zabrzmi też to, co jako ksiądz przez wszystkie lata nagrywałem. Będzie ewangelizacyjnie i z uwielbieniem, aby móc poczuć radość ze wspólnego bycia ze sobą.

CZYTAJ DALEJ

Papież przyjmie władze Światowej Federacji Luterańskiej w rocznicę Konfesji Augsburskiej

2021-06-17 18:34

[ TEMATY ]

luteranie

papież Franciszek

PAP

Papież przyjmie władze Światowej Federacji Luterańskiej 25 czerwca – w rocznicę ogłoszenia Konfesji Augsburskiej (luterańskiego wyznania wiary) z 1530 roku. Oprócz spotkania z Franciszkiem, delegacja ŚFL, która odwiedzi Watykan w dniach 24-25 czerwca odbędzie rozmowy w Papieskiej Radzie ds. Popierania Jedności Chrześcijan. Jednym z celów wizyty jest zacieśnienie współpracy z Caritas Internationalis, rozpoczętej podpisaniem wspólnej deklaracji intencji w 2016 roku.

W skład delegacji wejdą: przewodniczący ŚFL abp Panti Filibus Musa, sekretarz generalny ks. Martin Junge oraz członkowie Rady ŚFL reprezentujący siedem regionów, na które podzielona jest światowa wspólnota luterańska. Ks. Junge wygłosi wykład na dominikańskim Uniwersytecie św. Tomasza z Akwinu (Angelicum), na którym istnieje Instytut Studiów Ekumenicznych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję