Reklama

Pokolenie Kolumbów

W 1939 r. byli młodymi, kilkunastoletnimi ludźmi uczniami, studentami, czeladnikami. Każdy z nich miał własne plany na przyszłość. Wojna w jednej chwili odebrała im marzenia. Pozostała pełna brutalności teraźniejszość, z którą musieli się zmierzyć. Cztery lata później jako powstańcy Warszawy bili się o Polskę. Dziś już tylko nieliczni mieszkają na Dolnym Śląsku i Wrocławiu

Niedziela wrocławska 36/2012

* * *

MARIA URBANIEC-DOWNAROWICZ - w 1939 r. 12-letnia uczennica jednej z warszawskich szkół, w Powstaniu Warszawskim w batalionie „Zośka”

- Zaczyna się wojna. Co wtedy robiliście?

- W wakacje tego roku pojechaliśmy do ojca, który pracował w polskiej placówce dyplomatycznej na Węgrzech. Do Warszawy wróciliśmy w ostatniej chwili, 29 sierpnia.

- Skąd taki pomysł? Nie lepiej było pozostać na miejscu.

- Rodzice uważali, że w kraju będzie najbezpieczniej. Kilka dni później jako rodzina pracowników Ministerstwa Spraw Zagranicznych zostaliśmy ewakuowani do Lwowa. Przebywała tam siostra mojej matki, Władysława Piechowska, znana przedwojenna aktywistka WSK, a w czasie okupacji, aż do aresztowania przez NKWD, zaangażowana konspiratorka. To ona razem z Marią Wittek, Elżbietą „Zo” Zawacką sformowały we Lwowie oddział „babskiego wojska”. Ciotkę mama spotkała przypadkiem, na ulicy, kiedy koczowaliśmy na lwowskim dworcu, na którym sowieci wyświetlali propagandowe filmy. Ciocia pomogła nam urządzić się we Lwowie. Do Warszawy wróciliśmy przez zieloną granicę na Wielkanoc 1940 r. (…)

- Ojciec wrócił z wami?

- Został na Węgrzech. Nie chciał wracać do domu. Uważał, że ma obowiązek walczyć za Polskę w wojsku. Nie udało mu się jednak przekroczyć nielegalnie granicy, został internowany i siedział w więzieniu w Budapeszcie, skąd zdołał uciec. Uciekł także z aresztu w Jugosławii, z której przedostał się do Turcji. Kontakt z nim był sporadyczny. Przyszło kilka listów, otrzymaliśmy parę dolarów, a potem nastała cisza. Na przełomie 1942 i 1943 r. z Turcji otrzymywaliśmy paczki m.in. z rodzynkami i rajstopami. Po wojnie dowiedziałam się, że ojciec jako zwykły pracownik zaczepił się w polskim konsulacie. Bezskutecznie czynił starania, aby dostać się do polskiej armii, ale ponieważ był legionistą, nie chciano go przyjąć. W końcu trafił do Bejrutu, gdzie został redaktorem pisma „Polak w Libanie” oraz działał społecznie. W Libanie zastała go informacja o śmierci mamy. Ojciec zmarł na zawał serca w 1949 r.

- A mama?

- Miała szerokie kontakty w środowiskach niepodległościowych jeszcze przed okupacją. Do jej przyjaciół należeli m.in. Franciszek Niepokólczycki i Janusz Albrecht, o których wiadomo było, że do końca będą walczyć o Polskę. Natychmiast włączyła się w konspirację. Została łączniczką pułkownika Kułagowskiego „Rabina”, dowódcy Śródmieścia ZWZ AK. Przez nasze mieszkanie przewinęło się mnóstwo ludzi z podziemia, przechowywał się u nas m.in. Karol Trojanowski „Radwan”, o którym po wojnie przeczytałam, że poszedł na współpracę z Niemcami. Po wsypie mama została aresztowana.

- Aresztowano ją przy pani?

- Przy mnie i przy najstarszym bracie Andrzeju, który był pomocnikiem mamy. Obaj moi bracia, Andrzej i Maciej, w czasie okupacji uczyli się w Warszawie w tajnej szkole podchorążych w oddziale kadeckim. Andrzeja przed aresztowaniem uchroniły papiery ze szpitala, że jest chory na gruźlicę. Faktycznie, pomagając mamie w utrzymaniu rodziny jako inkasent energii elektrycznej, musiał się gdzieś zarazić. Na szczęście gestapowcy szerokim łukiem omijali pokój, w którym leżał na tapczanie, a w którym przechowywana była broń. Podczas rewizji nie było z nami Maćka. Przed domem zatrzymał go dozorca. Z początku nie było też mamy, ale nie chcąc zostawić nas samych, weszła do środka. Pamiętam, że w trakcie przesłuchania do drzwi zapukał kolega. Otworzyłam i szepnęłam do niego: „Zbyszek, na litość boską, idź stąd!”. Musiałam wyglądać okropnie, bo zaraz odszedł. Na pytanie rewidujących dom Niemców kto to był, odpowiedziałam, że żebrak.

- Nie wciągnęli go do środka?

- Zajęci byli oglądaniem planszy, którą bracia wykorzystywali do zabawy w gry wojenne. W śledztwie uznali ją za poważny dowód. Mamę widziałam wówczas po raz ostatni. Patrzyłam na nią z balkonu naszego mieszkania. (…)

- Gdzie mama trafiła?

- Zawieźli ją na Pawiak. Dostaliśmy stamtąd gryps, który przechowuję do dzisiaj. Aresztowanie nastąpiło w przeddzień moich imienin, 14 sierpnia 1942 r. W październiku mama znalazła się w Auschwitz. Była numerem 24481.

- Mieliście z nią kontakt?

- Tylko listowny. W naszej kamienicy sąsiadka, znająca dobrze niemiecki, tłumaczyła te dwadzieścia słów, które można było jednorazowo napisać. Cała korespondencja adresowana była na mnie, bo mama bardzo się bała o chłopców. Wolno też było wysyłać codziennie niewielką paczuszkę, ale tylko z poczty głównej. Kolejki były ogromne, ale staliśmy w nich jeszcze pół roku po śmierci mamy. Mama zmarła w lutym 1943 r. Przyczyną, jak nas poinformowano, był tyfus. (…)

* * *

MARCIN DOBRZYŃSKI - we wrześniu 1939 r. 14-letni harcerz, w Powstaniu Warszawskim w samodzielnym plutonie „Grochów 694”

Reklama

- Zacznijmy naszą rozmowę od okupacji w 1939 r…

- Wcześniej był 1 września, jednym z najtragiczniejszych dni w moim życiu. To, co się wtedy wydarzyło, rzutowało na całe moje późniejsze życie i choć minęło tyle lat, ciągle do niego wracam. Od samego rana ludzie byli bardzo nerwowi, gorączkowali się, biegali, naklejali na szyby paski, mama z hal Mirowskich przywiozła duże zakupy powtarzając, że będzie wojna. Tego dnia ok. godz. 16.00, pamiętam tę godzinę, bo ojciec wrócił akurat z pracy, na nasz dom spadły pierwsze bomby. Samoloty nadleciały od strony fortu Bema. Obserwowałem je z okna na drugim piętrze klatki schodowej naszego bloku.

- Leciały w waszym kierunku?

- Zmierzały wyraźnie na nas. Po chwili usłyszeliśmy świst i zaraz potem rozpoczęły się wybuchy. Wyrzuciło mnie na trawnik. Kiedy się ocknąłem, zobaczyłem ojca leżącego obok mnie, mamy i siostry nie widziałem. Nigdzie nie było też ciotki, która mieszkała z nami. Pozbierałem się jakoś, ojciec także i zaczęliśmy rozglądać się wokół. Bomba trafiła w sam środek bloku. Praktycznie cały budynek został zniszczony. Zabiła kilkadziesiąt osób.

- A bliscy?

- Po trzech godzinach wydostaliśmy spod gruzów ciężko ranną mamę. Miała wiele ran, złamań ale i wielkie szczęście, bo wokół niej jakimś cudem powstała niewielka przestrzeń, dzięki której miała czym oddychać i wołać o pomoc. Mojej siedmioletniej siostry i cioci nie odnaleźliśmy od razu. Dopiero 3 września służby wydostały ciała. Widziałem zwłoki… pogniecione od gruzów twarze, połamane kończyny... Ciągle pocieszam się, że na pewno nie męczyły się zbyt długo. Ojciec zaś, który podczas bombardowania ogłuchł, już do końca życia miał problemy ze słuchem.

- Straciliście siostrę, ciotkę, w gruz obrócił się wasz dobytek. Co się z wami działo w kolejne dni?

- Mama trafiła do szpitala, gdzie przed kapitulacją zdążyli ją jeszcze podleczyć. Siostrę i ciocię pochowaliśmy na Bródnie. Szliśmy za karawanem przez atakowane przez samoloty dzielnice Warszawy. Zanim dotarliśmy na miejsce, były cztery naloty.

- A gdzie zamieszkaliście po utracie mieszkania?

- Administracja tych, którzy potracili domy, kierowała do prywatnych osób mieszkających samotnie albo mających wolne pokoje. Moja rodzina trafiła do bloku na naszym osiedlu, do pana o nazwisku Salwa. Kilka miesięcy później na naszych oczach zabrało go gestapo i zginął w Auschwitz. (…)

* * *

JAROSŁAW GRABIŃSKI - w 1939 r. 14-letni kadet w szkole wojskowej we Lwowie, w Powstaniu Warszawskim w pułku „Baszta”

- Początek września 1939 r. Gdzie pan wtedy był?

- 7 września 1939 r. niemieckie samoloty zbombardowały Komorów i koszary szkoły podchorążych piechoty, w których jako lwowski kadet, przebywałem na urlopie. Mój ojciec, major, dowodził jedną z podchorążackich kompanii szkoleniowych w tych koszarach. Przed wybuchem wojny dostał przydział mobilizacyjny do Wilna. Ja zostałem na miejscu, bo kiedy miałem wracać do Lwowa, przyszedł telegram, abym wstrzymał swój wyjazd. Tego dnia miejscowi dowódcy zarządzili ewakuację wojskowych rodzin. Część osób podobno wyjechała autobusem, a my na wschód pojechaliśmy konną podwodą. Podziurawiony kulami portret mojej siostry to jedyna pamiątka, którą mi stamtąd pozostała. (…)

- Kto jechał na podwodzie?

- Jechała moja matka, ja i żona porucznika z Przasnysza ze swoim małym dzieckiem.

- Jechaliście w konwoju?

- Tak, początkowo była w nim cała szkoła, ale później ludzie się rozjeżdżali.

- Konwój był atakowany?

- Nie, jechaliśmy przeważnie nocami.

- Co mieliście ze sobą?

- To, co w ciągu dosłownie dwóch, trzech godzin od bombardowania można było wziąć. Spakowaliśmy worek marynarski, dwie walizki i malutki neseserek. I to wszystko. Potem już po ciemku wywozili nas na drogę. (…)

- Wróćmy do waszego pobytu w Terespolu. W jaki sposób trafiliście do Warszawy?

- Z chwilą, gdy mama zobaczyła wiec w Terespolu, natychmiast wynajęła furmankę i pojechaliśmy z powrotem.

- Dlaczego, czym się kierowała?

- Sądzę, że miała pewne wyobrażenie na temat sowietów. W wojnie dwudziestego roku brał udział jej mąż, wcześniej brat zginął w rewolucji. Po drugiej stronie granicy mieliśmy też ciotkę, która wyszła za mąż za lejbgwardzistę, oficera carskiego. Została z nim w Leningradzie, to znaczy w Piotrogrodzie, a potem w Leningradzie. Któregoś roku dostała pozwolenie i przyjechała w odwiedziny do Polski. Podobno matka ją widziała. Obraz nędzy i rozpaczy, więc wyposażyli ją we wszystko, kupili futro, odżywili trochę i pojechała z powrotem, bo zostawiła na wschodzie dzieci. Naturalnie na granicy wszystko jej zabrali i nie wiem, czy czasem nie wylądowała w obozie. W każdym razie mama wiedziała czym to pachnie. (…)

Powyższe fragmenty rozmów pochodzą z książki „Wrocławscy Powstańcy Warszawy”, autorstwa Krzysztofa Kunerta, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Ossolineum w 2011 r.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Amerykański teolog: „nasiona błędu” nosi nie Sobór, lecz błędne jego interpretacje

2020-08-07 18:34

[ TEMATY ]

Sobór Watykański II

teologia

teolog

Wikipedia

Sobór Watykański II

„Duch Święty nie może być niezgodny z samym sobą” – przypomina amerykański teolog z katolickiego Uniwersytetu Notre Dame w stanie Indiana John Cavadini, tłumacząc, dlaczego wiarę wyrażaną i wyjaśnianą przez sobory powszechne – często prowokujące w Kościele spory i konflikty – chroni Trzecia Osoba Boska. Specjalizujący się w intelektualnej historii chrześcijaństwa teolog, którego w 2009 roku do pracy w Międzynarodowej Komisji Teologicznej Kościoła powołał Benedykt XVI, zwrócił uwagę, że „wypowiedzi soboru powszechnego, które błędnie zinterpretowano, mogą być niezgodne z poprzednim nauczaniem Kościoła”.

Naukowiec zaznaczył, że dokumenty kościelne czasami wymagają doprecyzowania, ale konstatacja ta nie jest tożsama ze założeniem podzielanym przez niektórych współczesnych krytyków, że sobór powszechny może nauczać lub zawierać błędy dotyczące wiary katolickiej.

Teolog z Notre Dame w ten sposób odniósł się do zarzutów publicznie stawianych przez takie postaci jak były nuncjusz apostolski w Stanach Zjednoczonych abp Carlo Viganò, który uznał, że podczas Soboru Watykańskiego II „wrogie siły” doprowadziły do „abdykacji Kościoła katolickiego” poprzez „niesamowite oszustwo”. „Błędy okresu posoborowego zostały zawarte jak w pigułce w dokumentach soborowych” – stwierdził hierarcha, oskarżając Sobór, a nie tylko jego skutki, o powielanie jawnego błędu.

Według abp Viganò, Sobór Watykański II katalizował ogromną, ale niewidoczną schizmę w Kościele, zapoczątkowując fałszywy Kościół, funkcjonujący obok prawdziwego Kościoła. W zeszłym miesiącu grupa katolików, w tym księża, osobistości medialne i niektórzy uczeni, podpisali list chwalący zaangażowanie byłego nuncjusza w sprawę, wskazując, że należy przedyskutować kwestię, czy można pogodzić Sobór Watykański II z Tradycją. „Ciągłość Soboru Watykańskiego II z Tradycją jest hipotezą, którą należy sprawdzić i przedyskutować, a nie traktować jako niepodważalną rzeczywistość” – podkreślono w oświadczeniu.

W odpowiedzi na zarzuty abp. Viganò, Cavadini przyznaje, że przychylnie odnosi się do zaniepokojenia katolików, „dotyczącego oczywistego zamieszania w dzisiejszym Kościele, osłabienia wiary eucharystycznej, banalizacji liturgii, mającej być dziedzictwem Soboru itp.”. „Czy jednak słuszne jest obwinianie Soboru, odrzucenie go jako pełnego błędów? Czy nie oznaczałoby to, że Duch Święty pozwolił Kościołowi popaść w ogromny błąd, dopuszczając, by pięciu papieży nauczało go entuzjastycznie przez ponad 50 lat?” – pyta Cavadini.

Zaznaczył, że wydaje się rzeczą podejrzaną, iż abp Viganò nie dostrzega nawet jednej dobrej rzeczy, będącej owocem Soboru Watykańskiego II. Przyznał, że soborowe reformy doprowadziły, szczególnie w USA do zbanalizowania liturgii, wypełnienia jej hymnami bez walorów estetycznych, zawierających błędy doktrynalne, zwłaszcza dotyczące Eucharystii. Zwrócił uwagę z drugiej strony, że sam przeżył w krajach afrykańskich wiele pięknych liturgii, które były owocem Soboru Watykańskiego II.

Teolog pochwalił również powszechne wezwanie do świętości zawarte w „Lumen gentium”, dokumencie Soboru Watykańskiego II. W tej Konstytucji dogmatycznej o Kościele przypomniano, że świętość, czyli bliskość z Bogiem, jest nie tylko domeną kapłanów i zakonników, ale wszystkich ludzi. „To jest coś, co wydawało mi się tak wzniosłe, kiedy po raz pierwszy przeczytałem go w wieku 19 lat, że pragnienie, by żyć zgodnie z tą wizją jest dziś wciąż równie mocne” – podkreśla teolog. Zaznaczył, iż w aspekcie wielu ważnych wypowiedzi teologicznych lub duszpasterskich Soboru, twierdzenie, że soborowe dokumenty noszą „nasiona” błędu teologicznego nie wytrzymuje krytyki.

„Czy Sobór Watykański II jest złym ziarnem? Czy też ziarno, o które tu chodzi, jest raczej efektem wykoślawianego wyboru teologów, by rozwinąć jeden wątek nauczania soborowego kosztem innych? Nie wspominając już o pasterzach, którzy tak priorytetowo traktują prawdziwe dobro, aby chrześcijańskie nauczanie było dostępne i zrozumiałe dla współczesnych ludzi, że bagatelizują jego wyjątkowość traktując jako żenująco przestarzałe?”
– pyta i apeluje, by katolicy, a zwłaszcza przywódcy kościelni, poważnie przeczytali dokumenty Soboru Watykańskiego II i postarali się włączyć je w swoje rozumienie Kościoła.

W komentarzach dla agencji CNA amerykański teolog zauważa, że także inne sobory w historii Kościoła były błędnie interpretowane i wzbudzały kontrowersje. Po niektórych, takich jak Sobór Chalcedoński (451 r.), kontrowersje trwały nawet przez długie wieki.

Wskazał także na przykład Soboru Nicejskiego z 325 roku, gdzie w toku dyskusji o Trójcy Świętej oświadczono, że Syn jest współistotny (homoousios) Ojcu. Cavadini przypomniał, że użytemu słowu sprzeciwiali się wówczas biskupi i teologowie, którzy zrównali wypowiedź soborową z sabelianizmem – potępioną przez Kościół herezją z III wieku. Dopiero po odróżnieniu hipostaz (osób) od ousia (substancji, istoty) dwuznaczności w tej sprawie ostatecznie wyjaśniono.

„Ale - warto podkreślić - nie był to błąd w samym nauczaniu, stanowczo nie! Jednak sam akt orzekania tworzy nową sytuację, która często wymaga dalszej interpretacji” – wyjaśnia teolog i tłumaczy, że użyte w Nicei „homoousios” było w tamtym czasie „skażonym słowem”.

„Czy nasi krytycy Soboru Watykańskiego II nie krzyczeliby w proteście, że to był błąd? Oni po prostu nie pamiętają, że nawet ten najsłynniejszy z soborów był na tyle odważny, że ryzykował użycie skażonego słowa w nowym znaczeniu, z nowym zamiarem” – stwierdza teolog i akcentuje, że w sprawach wiary „sobór powszechny jest chroniony od błędu”.

„To nie znaczy, że wszystko zostało wyrażone tak dobrze, jak mogło było być, ponieważ Duch Święty nie gwarantuje tego. To oznacza po prostu, że Kościół, w swoim autorytatywnym nauczaniu jest zachowany od jawnie błędnych deklaracji” – powtórzył Cavadini.

W historii Kościoła rzymskokatolickiego było 21 synodów powszechnych, nazywanych soborami: od Soboru Nicejskiego I (325 r.) po Sobór Watykański II (1962-1965).

CZYTAJ DALEJ

Rozpoczęły się warsztaty dla księży „od władzy do posługi”

2020-08-08 10:36

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

ks. Paweł Kłys

Czternastu księży diecezjalnych i zakonnych pracujących jako proboszczowie, wikariusze i wykładowcy akademiccy oraz arcybiskup Grzegorz Ryś biorą udział w warsztatach dla księżych nt przywództwa w Kościele. To pierwszy tego typu warsztat zorganizowany przez Archidiecezję Łódzką we współpracy z wykładowcami Uniwersytetu Łódzkiego.

- Są to warsztaty w duchu Pana Boga, stąd nie wolno nam ich traktować tylko narzędziowo – tzn. mam ideę jak prowadzić diecezję i potrzebuję księży, by w niej wiedzieli jak mają postępować – to nie jest ewangelia. – zauważa arcybiskup Grzegorz Ryś. - Kościół jest ciałem – mówi ewangelia – i każdy ma swoje określone funkcje. Ja sam się chcę uczyć tego, jak w pełni odkrywać, rozeznawać i realizować właściwe sobie funkcje zadania, z których mnie nikt nie zwolni. To dotyczy także każdego innego członka Kościoła – od księży poczynając - by odnajdywali swoje miejsce, i by potrafili konsekwentnie pomagać tym, którzy są obok we wspólnocie Kościoła. Aby potrafili dzielić się z innymi współodpowiedzialnością za Kościół – cieszyć się aktywnością, wspierać ich w działaniach, i formować ich w tych działaniach. – podkreśla metropolita łódzki.Homilia Arcybiskupa Grzegorza Rysia

Dwudniowe warsztaty odbywające się w domu rekolekcyjnym Wspólnoty Ogniska Miłości w Olszy k. Rogowa prowadzi dwoje wykładowców Uniwersytetu Łódzkiego: dr Maria Czajkowska - Adiunkt w Katedrze Zarządzania na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego. Członek Senatu UŁ oraz dr Maciej Malarski - Starszy Wykładowca w Katedrze Zarządzania na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego.

- W dzisiejszym świecie zmienia się paradygmat przywódcy. Z przywództwa, które kiedyś było hierarchiczne związane z insygniami władzy, ku przywództwu służebnemu. Temu będą służyć te warsztaty. – podkreśla dr Maria Czajkowska. - Chcemy spróbować przekazać jakie kompetencje powinien mieć współczesny przywódca, jak ważne jest to w Kościele, jak ważne jest to w budowaniu wspólnoty, która jest w parafiach. Chcemy, aby wiarygodność i transparentność była na pierwszym miejscu, by przywództwo było służbą, a nie było związane z zaszczytami. – dodaje.

- Każdy z nas poturbuje zmiany w swoim życiu i potrzebuje powrotu do swoich korzeni, lub odkrycia ich, czy też potwierdzenia swojej misji. Na naszych warsztatach chcemy pokazać pewne narzędzia, którymi możemy się posługiwać w tej zmianie, ale wszystko jest ugruntowane w tym, kim jesteśmy? Co powinniśmy robić? Czym jest nasza misja? A wszystko to, powinniśmy odnosić do kontekstu naszej wiary. – tłumaczy dr Maciej Malarski - prowadzący warsztaty.

Uczestnicy warsztatów wezmą udział w sześciu sesjach, w czasie których obok wykładów, będą miały miejsce także zagadnienia praktyczne.

Jak zauważaj jeden z uczestników warsztatów - obraz społeczeństwa i parafii się zmienia. Trzeba nam doskonalić się w tym, by skutecznie trafiać do ludzi, pozyskiwać ich i angażować co raz więcej osób świeckich do pracy przy prowadzeniu parafii. Tak zrodził się pomysł, by wziąć udział w tych warsztatach. – tłumaczy ks. kan. Gabriel Kołodziej – dziekan dekanatu aleksandrowskiego.

Podczas dzisiejszej liturgii - rozpoczynającej pierwsze w historii warsztaty dla księży - metropolita łódzki wskazał na to, że - Jezus zapraszając apostołów mówi do nich – zależy mi na was! W waszym pójściu za mną chodzi o to, kim wy się staniecie! Jezusowi nie idzie o siebie samego, ale o ich samych, to na nich Jemu zależy. Pójście za Nim – będzie owocować w ich życiu. To nie będzie relacja tylko w jedną stronę. On zaprasza ich do takiej relacji, w której oni będą wzrastać. To odnajdywanie siebie, odnajdywanie swojego życia, to jest celem Jezusowego przywództwa! Tu widać te dwa modele przewodzenia ludziom: potestas i ministerium – władza i posługa. – mówił abp Ryś.

Jak podkreślają organizatorzy, pierwsza edycja warsztatów dla księży nie będzie ostatnią, ale w latach następnych będą organizowane kolejne, by formować duchownych chcących dzielić się swoją odpowiedzialnością za Kościół ze swoimi wiernymi.Warsztaty w Olszy

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję