Reklama

Proboszcz kielecczyzny - ofiara Majdanka

Podczas II wojny światowej wielu kapłanów poniosło śmierć z rąk okupanta. Modlimy się za nich w rocznicę ich śmierci, wspominamy we wrześniu, gdy mija 73. rocznica wybuchu II wojny światowej. Jeden z nich to ks. Walery Kozłowski (1903-1943) - kapłan diecezji kieleckiej, w którego życie brutalnie wkroczyła niemiecka okupacja. Był jednym z gorliwszych, choć dzisiaj mało znanych proboszczów lat 30/40 XX wieku - budowniczym parafii i pierwszego kościoła w Skorzeszycach, reformatorem życia duchowego parafii w Krzcięcicach, skąd gestapo zabrało go w drogę, z której nikt nie wracał. Wycieńczony więzieniem i przesłuchaniami zmarł 10 lipca 1943 r. w Majdanku, w 40. roku życia i 15. roku kapłaństwa

Niedziela kielecka 36/2012

„Obrał sobie stan kapłański i pracował dzielnie”

Takie słowa zapisał autor w kronice parafialnej Krzcięcic z czasów wojny (był to proboszcz katedralny z Katowic, ks. Karol Mathea, poproszony przez bp. Kaczmarka o pomoc po aresztowaniach księży w diecezji kieleckiej). Tę oprawną w skórę kronikę ks. Kozłowski - nowy proboszcz w Krzcięcicach osobiście założył i rozpoczął, traktując to jako „zadanie na czas wojny”.
Przyszły proboszcz w Skorzeszycach i Krzcięcicach urodził się 21 marca 1903 r. w Olesznie. Wychowywany był w wielkiej miłości przez mamę Stefanię (o relacjach matki i syna świadczy treść grypsów zachowanych w Archiwum Diecezjalnym w Kielcach), dorastał w zasadzie jako półsierota - ojciec Teofil zmarł, gdy Walery był malutki. Po ukończeniu szkoły powszechnej w Małogoszczu, najpierw wybrał Seminarium Nauczycielskie w Jędrzejowie, a dopiero „potem obrał sobie stan duchowny”.
Jako wikariusz pracował w Pińczowie (1928-31), w Miechowie (1931-32), w Cisowie (1932-34). W 1934 r. została erygowana nowa parafia Skorzeszyce, a zadanie utworzenia wspólnoty parafialnej i budowy kościoła powierzono właśnie ks. Waleremu Kozłowskiemu. „Nie lada praca czekała pierwszego naszego proboszcza. Z wyjątkiem malutkiej kapliczki i skrawka gruntu gromadzkiego nie zastał nic” - wspominali parafianie na łamach przedwojennej „Gazety Tygodniowej”.
W ciągu 4 lat udało mu się bardzo wiele: zbudować pierwszy kościół pw. św. Rozalii i ozdobić wnętrze rękami artysty z Warszawy - Z. Kowalskiego, wznieść „budynki plebańskie”, poszerzyć plac, ludzi „skonsolidować” (Archiwum Diecezjalne, XK - 46, a, b). „Zaledwie słońce wzeszło, a już chodził ten kapłan po wszystkich domach swojej parafii jak kwestarz, zbierał składki na budowę kościoła. Widać go było przy pracach na placu budowy i na rusztowaniach wysoko” - czytamy tamże. Był także cenionym kaznodzieją. Słaby fizycznie (wspominają to kroniki i archiwalia), „duchem i gorliwością był silny (...). Kapłan ten posiadał dar pięknej wymowy i był płomiennym kaznodzieją. Jego słowa rzucane z ambony były tak przekonywające, że trafiały do najbardziej zatwardziałych serc”. Przeprowadził wiele serii rekolekcji w diecezji. Został wicedziekanem dekanatu daleszyckiego.
Toteż gdy decyzją bp. Augustyna Łosińskiego miał przenieść się do Krzcięcic, w kościele w Skorzeszycach powstał „jeden ogromny szloch”, o czym donosiła „Gazeta Tygodniowa” z 22 maja 1938 r. „A w sam dzień odjazdu księdza proboszcza pomimo, że wypadł w dzień roboczy, parafianie na mszę św. zgromadzili się jak w największe święto (...). Najwięcej wzruszającą była chwila, gdy każdy ze łzami w oczach cisnął się do rąk ks. prob., dziękując za pracę i życząc zdrowia i błogosławieństwa Bożego (...) Banderia odprowadziła ks. prob. aż do granic parafii. Na ostatek jeden ze strażaków Antoni Sławeta w pięknych słowach pożegnał księdza. (…). Już odjechał w towarzystwie banderii strażaków, a myśmy jeszcze długo, długo stali na miejscu...”.
W Skorzeszycach wdzięczni parafianie ufundowali pierwszemu proboszczowi tablicę pamiątkową w nowym kościele, wznoszonym w latach 1985-1991.

Na probostwie w Krzcięcicach

Nowy proboszcz zanotował w kronice, że urzekły go piękne żebrowania sklepienia i piękno wielkiego ołtarza, zaciekawiło go miejsce i „praca w tak trudnych warunkach”, w które „dostał się końmi, z trudem, po błotnistej drodze” i „gdzie wszystko było w opłakanym stanie”, a „cmentarz przedstawiał się rozpaczliwie, był pastwiskiem, był publiczną prawie drogą”.
Jest rok 1938, nowy proboszcz zabiera się do pracy: remontuje plebanię, powołuje Radę Parafialną i Komitet Budowy Cmentarza, porządkuje kancelarię parafialną, sadzi drzewa owocowe w ogrodzie, szuka nowego organisty, poznaje życie w sąsiednich parafiach. W swoich kazaniach podnosi problem i potrzebę regularnego życia sakramentalnego i uczestnictwa w niedzielnych Mszach św. (przed jego przybyciem kościół nawet na sumie „świecił pustkami”). Wielu, zbyt wielu w parafii Krzcięcice hołdowało zasadzie zaledwie pięciokrotnego dorocznego uczestnictwa w Eucharystii (a wtedy, tzn. np. w Wielki Piątek, odpust, Zaduszki czy na Rezurekcji - „była wielka ciżba w kościele”). Proboszcz wprowadził więc nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca, ale efekty - uczestnictwo parafian, nie były zadowalające. Znacznie wzrosła za to liczba intencji.

We wdzięcznej pamięci

Maria Kopeć z domu Michalska, starsza pani mieszkająca całe życie w parafii Krzcięcice (dzisiaj z rodziną we wsi Zagórze), to jedna z tych osób, która do dzisiaj zamawia Mszę św. za spokój duszy dawnego proboszcza, nauczyciela religii i - jak mówi - „swojego dobrodzieja”, który w czasach wojennej biedy zatroszczył się o edukację wiejskiego dziecka. - Raz spotkał mnie na łące i pyta, czy chodzę do szkoły? - Dał mi wtedy na zeszyty. A po Mszy św. w kościele zatrzymał mnie i mówi, żebym wzięła spis książek do szkoły od kierownika z Deszna. Za trzy dni miałam wszystkie książki, i tak przez trzy lata - książki, zeszyty - pani Maria ze łzami w oczach wspomina dobroć księdza. - Pasałam gęsi i usnęłam za żytem, a on tamtędy biegał na cmentarz (wtedy Ksiądz Proboszcz grodził nasz cmentarz parafialny). Zbudził mnie i powiada: - Nie śpij, bo się zaziębisz - i dał mi cukierków. Jakiż to wtedy był rarytas! Grałyśmy z koleżankami w kamyczki przy tym grodzonym kościele, zawsze przystanął, zapytał i choć kilka tych cukiereczków nam dał - wspomina pani Maria. Cmentarza ks. Kozłowski już nie zdążył w całości ogrodzić, gdyż gestapo zabrało go do Majdanka. Ogrodzenie musiało być robione solidnie, bo po części zachowało się po dziś dzień. - Uczciwy i dobry był człowiek (…), wciąż widzę, jak go Niemcy z innymi tą furą zabrali i widzę siebie - jak biegnę za tą furą, z płaczem - mówi wzruszona pani Maria.
W zaświadczeniu nadesłanym do parafii Krzcięcice z Majdanka, napisano m.in.: „Ks. Kozłowski Walery, syn Teofila i Stefanii, ur. 21.III.1903 w Olesznie, był więźniem obozu koncentracyjnego na Majdanku. W dokumentach brak daty przybycia do obozu. Od 15.II.1943 r. otrzymywał paczki. Zmarł w obozie 10.VII.1943”.
Wdzięczni parafianie ufundowali swojemu proboszczowi pamiątkowy pomnik, stojący przy parafialnym kościele obok krzyża misyjnego.

Reklama

Więzień

Aresztantów z Krzcięcic, w tym proboszcza, gestapo zabrało do Jędrzejowa, następnie do więzienia w Radomiu, a w początkach 1943 r. - ksiądz trafił do obozu koncentracyjnego w Majdanku. W listach i przesyłanych grypsach uskarżał się na wciąż słabnące zdrowie, przyjaciele i rodzina starali się więc dostarczać mu paczki żywnościowe i witaminy. Większość z tych paczek nie dochodziła do adresata. Szczególną wymowę mają grypsy adresowane do matki - więzień, nie chcąc jej niepokoić, oszczędza szczegółów, zapewnia o dobrym samopoczuciu. W grypsie opatrzonym nr 6 (w Archiwum Diecezjalnym w Kielcach jest ich 10), ks. Kozłowski pisze: „Kochana Matuś! Nie wiem, czy te kartki Ciebie zastaną, czy nie. Współczuję, że Matuś miałaś przejście z napadnięciem, ale Boża łaska nad Tobą, że tak łagodnie to przeszło. Ja jestem zdrowy, codziennie poprawiam się dzięki paczkom, tak że obecnie prawie wyglądam tak, jak wyjechałem z domu”. W grypsie nr 2 żali się i pociesza: „Matuś kochana! Jesteś tak blisko mnie, a jednak daleko, że nie mogę ucałować Twoich kochanych rąk. Wiem, żeś spracowana, a przy tym zmęczona zmartwieniem o mnie, ale nie rozpaczaj, modlitwa niech będzie dla ciebie balsamem (...)”.
Tymczasem w obozie trapiło więźnia wiele chorób: tyfus plamisty, czerwonka, gruźlica gardła, która stała się bezpośrednią przyczyną śmierci.
Ks. Kozłowski przeczuwając bliski koniec, spisał testament oraz specjalne słowa pożegnania, skierowane do bp. Czesława Kaczmarka i Kurii, a także do matki. Listy te przekazał za pośrednictwem jednego z zaufanych robotników (o nazwisku Wenediktow) z prośbą, aby zdeponować testament u serdecznego przyjaciela Edwarda Zawadzkiego w Świdniku k. Lublina (później zamieszkałego w Warszawie). Zmarł na ręku współwięźnia i przyjaciela Antoniego Bryńskiego - w jego relacji „przytomnie, z Maryją na ustach”. Gdy wiadomość dotarła do przyjaciół w Lublinie, w kościele św. Agnieszki zostało odprawione żałobne nabożeństwo, podobnie - w kościele w Krzcięcicach.
Edward Zawadzki pośmiertnie oddal przyjacielowi niejedną przysługę: zawiadomił matkę księdza, zapoznał ją z treścią grypsów i testamentu, zorganizował jej życie, a potem spisał znane mu informacje o Proboszczu Skorzeszyc i Krzcięcic, zabezpieczył listy i grypsy i całość posegregowanych materiałów przekazał do Archiwum Diecezjalnego w Kielcach.
Od początku niemieckiej okupacji istniał jasny plan walki z Kościołem, realizowany konsekwentnie i planowo. Areną śmierci stały się obozy koncentracyjne. W samym Dachau zginęło 2.794 kapłanów i zakonników z 231 narodowości, spośród których 1.773 to Polacy. Spośród 1.034 duchownych, którzy tam zginęli, 868 jest narodowości polskiej.
13 czerwca 1999 Jan Paweł II beatyfikował 108 Ofiar Faszyzmu, którzy w większości, bo aż 76 ze 108 błogosławionych - zostali zamordowani w obozach koncentracyjnych: 46 w Dachau, 14 w Auschwitz, kilku w Sachsenhausen i Stutthof. Dla diecezji kieleckiej najbardziej znamienity spośród nich to bł. ks. Józef Pawłowski. Wśród tych, którzy dzielili podobny los, jest ks. Walery Kozłowski.

* * *

MARIAN MUCHA wychował się i dotąd żyje niemal po sąsiedzku kościoła parafialnego św. Prokopa w Krzcięcicach. Urodził się w 1929 r., w czasach ks. Kozłowskiego był młodym, rezolutnym chłopakiem. - Pamiętam Księdza, pamiętam czas, jak nastał do Krzcięcic. Sprowadził się ze swoją matką i babką. Krewki był, ale bardzo pracowity - dużo chciał zrobić przy kościele, a to cmentarz grodził, a to drugą monstrancję dokupił (na 400-lecie kościoła, przyp. red.) - opowiada M. Mucha. Jego zdaniem, aresztowanie księdza wiąże się bezpośrednio z denuncjacją pewnej uciekinierki pochodzącej ze Stanisławowa, która była „konfidentką i kochanką miejscowego kapo”. Gdy przymusowo powołany przez niemieckiego okupanta komitet wiejski w Krzcięcicach miał wskazać osoby na roboty do Niemiec - wybrano, co oczywiste, tę właśnie niepopularną parę, która będąc w poprawnych stosunkach z gestapo - „zdała Niemcom cały komitet, w tym księdza proboszcza”. - Zabrali wtedy ks. Kozłowskiego, mojego ojca Stanisława Muchę, sołtysa Koniecznego, restauratora Kurka i nauczycielkę p. Chorowiczową. Ona jedna, jako znająca niemiecki i czasami służąca za tłumaczkę - przeżyła i wróciła do Krzcięcic. Dzisiaj po ponad 70 latach nikt już we wsi nie pamięta, czy wszystkie te aresztowane wówczas osoby pomagały partyzantom, czy były w ruchu oporu. - To także mogła być przyczyna zabrania ich przez gestapo - uważają mieszkańcy. Sprawa okoliczności aresztowania ks. Kozłowskiego wciąż czeka na solidną historyczną kwerendę.

W następnym numerze sylwetka Danieli Kaweckiej z Franciszkańskiego Zakonu Świeckich

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zabobony grzech czy głupota?

2020-06-30 10:09

Niedziela Ogólnopolska 27/2020, str. 10-13

[ TEMATY ]

zabobon

Adobe Stock

Wydawać by się mogło, że z codziennego języka znika słowo „zabobony”. Nie jest ono w powszechnym użyciu, a młodsze pokolenie być może nawet nie wie, co w ogóle oznacza. A może marginalizowanie nazwy, kiedyś powszechnej, tym bardziej wskazuje na zagrożenia kryjące się za tym, co ona za sobą niesie? Czym zatem są zabobony?

Wielu katolików, chociaż nie tylko, wciąż porusza się między zabobonem a wiarą czy też między wiarą a zabobonem. Zabobon w ciągu dziejów zawsze „krążył” gdzieś w pobliżu wiary. Wiara rozumna, nieustannie „szukająca zrozumienia”, wręcz żyjąca w symbiozie z rozumnością, nie dopuszcza wszakże do siebie zabobonów.

Zabobony stanowią wykwit wiary niedojrzałej, powierzchownej, prymitywnej. Właściwie więcej mają wspólnego z niewiarą. Pędzą one „własne życie” w społeczeństwach zlaicyzowanych, w których w sferze obrzędowości można odnaleźć pozostałości wiary religijnej i w które zabobony najchętniej się wdzierają. Wiara w zabobony ostatecznie uderza w wiarę istoty słabej, którą jest człowiek powołany do powierzenia swojego losu Istocie Silnej – Bogu.

Sfera zabobonów, wraz z marginalizacją religii, globalizacją sekularyzmu – być może – będzie się powiększała. Będą one przybierały różne wyrazy i upostaciowienia, często zawoalowane. Jako takie nie mogą być obojętne dla myśli, analizy, oceny podejmowanej przez różne nauki, w tym teologię i antropologię.

Odwrócenie religii

Systemy filozoficzne, inspirujące do działań mających na celu rugowanie religii z życia codziennego, pozostawiły człowieka samemu sobie. Agitatorzy i funkcjonariusze tych systemów przekonywali „masy”, że kiedy odejdzie w niepamięć największy zabobon – religia, ludzkość wyzwoli się z tego wszystkiego, co jest fikcją, porzuci „ufantastycznione odbicie realnego świata” (tak religię definiowano w leksykonach wydawanych w PRL) na rzecz materializmu. Człowiek osamotniony, bez możliwości uzyskania odpowiedzi na pytanie o sens życia, cierpienia i śmierci, zaczął szukać namiastek religii. Przeznaczony do wyzwolenia się z zabobonów zwrócił się ku ideologiom pseudoreligijnym, systemom magicznym, które są zawsze „odwróceniem religii”. O ile religia stanowi życiowy stosunek człowieka do Boga, to zabobony czy w ogóle magia wskazują na wolę panowania człowieka nad transcendencją.

Zastanawiający jest fakt, że wiara w zabobony staje się coraz bardziej powszechna wszędzie tam, gdzie nastąpiło religijne wyjałowienie. Człowiek odrzucający religię, odwracający się od wiary swoich przodków, od tradycji religijnej, która kształtowała rdzeń jego rodziny, skłania się ku irracjonalnym praktykom, mającym mu zapewnić komfort życia. Traktując zabobony jako elementy regulujące egzystencjalne procesy, wydarzenia, staje się ich niewolnikiem. Przyjmuje niektóre praktyki wypływające wyłącznie z wyobraźni, fantazji jako wiarygodne. „Miesza” w ten sposób, a nawet „miksuje” fikcję z rzeczywistością. Nieistniejący świat traktuje jako realny, a to, co faktyczne, naoczne – jako nieistniejące. Wraca w ten sposób do praczasów, kiedy to mitologia wraz ze wszelkimi stworami, istotami nadnaturalnymi, czynami legendarnych postaci była osnową życia plemion celebrujących swoją jedyność i wielkość. Od „wiary szukającej zrozumienia” przechodzi do bezrozumnych wierzeń, które nie potrzebują żadnych interpretacji, wyjaśnień.

Zabobony, „robiąc wrażenie” mocno związanych z konkretami życia, w końcu zapędzają tego, kto się im poddaje, w świat fikcji, w bajeczne i baśniowe scenerie. Ten, kto świadomie, dobrowolnie, bez jakiejkolwiek zewnętrznej presji porzuca rzeczywistość na rzecz fantasmagorii (złudzeń, iluzji, fantastyczności), za swoją decyzję ponosi odpowiedzialność moralną. Wybierany przez człowieka grzech wiary w zabobony odrywa go od tego, co jest realne. Człowiek zagubiony w grzechu, a nawet traktujący go jako swoją pożywkę, ucieka od siebie samego. W końcu grzech generuje zagubienie, bezsens, rozpacz. Wybór zabobonów jako regulatorów myślenia i postępowania czyni taką właśnie pustkę. Na dłuższą metę nie można się nimi kierować, jeśli jest się bowiem zagubionym wśród rzeczy widzialnych, dochodzi się w końcu do zagubienia duchowego, niedostrzegania „rzeczy duchowych”.

Dekalog drogowskazem w życiu

O ile życiowy stosunek człowieka do Boga kształtuje jego sumienie, serce, rozum, to relacja człowieka z fikcją coraz bardziej pogrąża go w lęku, strachu. Paraliżuje jego wolność. Ubezwłasnowolnia go. Odtąd nie on kieruje swoim losem, ale to, co fikcyjne, wprowadza go w totalną dezorientację. Wierzący w Boga kieruje się w swoim życiu bojaźnią Bożą, czyli odwagą podejmowania odpowiedzialnych wyborów moralnych, zgodnie z Dekalogiem oraz nauką Jezusa z Kazania na Górze. Bóg nieustannie wzywa człowieka do odwagi i męstwa. Konieczne są one do tego, by bezkompromisowo demaskować to wszystko, co czyni go zniewolonym.

Pierwsze przykazanie Boże, wyryte na pierwszej tablicy Dekalogu, jest imperatywem, którego przestrzeganie nigdy nie doprowadzi do tego, by przedmioty, rzeczy, wyobraźnia zapanowały nad ludzkim rozumem. „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną” (por.: Wj 20, 3; Pwt 5, 7) to wezwanie do rozsądku, niepozwalające na oddawanie czci boskiej temu, co na cześć tę żadną miarą nie zasługuje. Nie można poddać się władaniu tego, co nie istnieje. Grzech bałwochwalstwa, uległości idolom wypływa ostatecznie z pychy człowieka. Nie jest mu potrzebny Bóg prawdziwy, prawdziwe są bowiem zabobony, których przestrzeganie ma gwarantować szczęście – nie kiedyś, w przyszłości, ale już teraz, w tej chwili, natychmiast.

Stworzony przez Boga człowiek został obdarzony rozumem. To przede wszystkim dzięki Niemu stanowi on „obraz i podobieństwo Boga” (por. Rdz 1, 26-27). Dzięki odpowiedzialnemu używaniu rozumu, refleksji, analizowaniu swoich myśli, pragnień, czynów najbardziej upodabnia się do Stwórcy. Rozum pozwala człowiekowi ustrzec się przed złem, przed pokusami czy wręcz atakami złego ducha. Rozum osłabiony przez wiarę w zabobony natomiast nie jest w stanie się obronić przed destrukcyjnym oddziaływaniem zła.

Wiara w zabobony wyłącza krytyczne myślenie. W takiej sytuacji to nie człowiek kieruje swoim losem, ufnie otwarty na wolę Bożą i zrządzenia Bożej Opatrzności, lecz ślepy los prowadzi człowieka donikąd. Kierujący się zabobonami ujawnia jednocześnie brak zaufania wobec Boga. W tym wyraża się istota grzechu ludzi poddanych zabobonom. Nie można żadną miarą połączyć wiary w Boga z wiarą w gusła, wróżby, przepowiednie, wytwory wyobraźni.

Człowiek świadomie wybierający głupotę ponosi za tenże wybór odpowiedzialność. Głupotę rozumiemy tu nie jako określenie jakiejś niepełnosprawności intelektualnej, lecz jako apoteozę fikcji, tego, co nie ma żadnego wpływu na bieg życia, co przeczy Boskiej trosce o człowieka i świat.

Otchłań nieporozumienia

Czy i jakie są granice między wiarą w Boga a wiarą w przesądy? Czy istnieje linia demarkacyjna oddzielająca te dwie postawy? Na pewno wiara w zabobony, przesądy oznacza detronizację Boga jako Pana życia, tego wszystkiego, co o nim stanowi i w czym się ono wyraża. Między jedną wiarą a drugą istnieje otchłań nieporozumienia. Wierzący w Boga pozostaje z Nim w relacjach właściwych dla osób. Ich szczytem jest miłość – jako bezwarunkowe, bezgraniczne oddanie się drugiej stronie, tu: stworzenia – Stwórcy. Między miłością do Boga a poddaniem się przesądom zionie przepaść. Człowiek wierzący w zabobony zaczyna się upodabniać – z własnej woli – do rzeczy, którą można manipulować, przestawiać z jednego miejsca na drugie. Poddając swoją wolę przesądom, staje się ich niewolnikiem.

Jak to jest możliwe, że wielu chrześcijan, mimo deklaracji wiary w Boga, na przekór wyznawanej oraz praktykowanej wierze, poddaje się zabobonom? Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że deklarowana przez nich wiara nie została wyzwolona ze złogów nieufności, zwątpienia, bezmyślności. Jest wiarą płytką, powierzchowną, niepogłębianą, bez zakorzenienia „do końca” w Ewangelii.

Człowiek, który nie realizuje w codzienności przykazania miłości Boga i bliźniego, który się nie modli (nie tylko tradycyjnym pacierzem porannym i wieczornym, ale każdą chwilą dnia), który nie karmi się łaską sakramentów, nie czyta i nie rozważa codziennie (a nie tylko „od wielkiego dzwonu”) Pisma Świętego, który twórczo nie przeżywa swojego cierpienia – w gruncie rzeczy odchodzi od wiary w Boga.

Kierujący się zabobonami wątpią w moc Boga oraz w Jego pomoc i opiekę. Do poddania się im przyczyniają się brak nadziei pokładanej w Bogu i poszukiwanie jej w przesądach czy zaklęciach. Według teologii katolickiej, zabobony są w sprzeczności z racjonalnym myśleniem oraz w ogóle z wiarą chrześcijańską. Wskazują na trudności w poznawaniu rzeczywistości.

„Złe oko”

Według statystycznych sondaży, ponad połowa dorosłych Polaków ma się przyznawać do wiary w przesądy. Trzymanie kciuków ma przynieść jeśli nie szczęście, to na pewno powodzenie temu, za którego kciuki te się trzyma. Trzynasty dzień miesiąca musi być pechowy, a bezwzględnie taki jest trzynasty dzień wypadający w piątek. Niektórzy ludzie nie chcą mieszkać na trzynastym piętrze wieżowców (zdarzają się skrajne, usankcjonowane administracyjnie przypadki, kiedy po dwunastym piętrze następuje piętro czternaste). Wielu nie chce się witać przez próg, byłaby to bowiem niechybna zapowiedź nieporozumienia czy niezgody między pozdrawiającymi się. Można spotkać rodziców czy dziadków, którzy zawiązują czerwoną wstążeczkę w łóżeczku czy w wózku dziecka, na wysokości jego głowy, by w ten sposób „złe oko” go nie sięgło i nie sprowadziło na nie choroby, nieszczęścia.

Wierzący w zabobony coraz bardziej pogrąża się w strachu, trwodze. Boi się „złych oczu” czy „złego oka”, które może spowodować szkody dosłownie wszędzie. Mieszkający na wsi nie mogą człowieka o takich „oczach” wprowadzać do obory, może bowiem sprowadzić chorobę bydła czy innych zwierząt. Nie może on pojawić się na podwórzu domostwa między ptactwem domowym – mógłby porazić kury złym spojrzeniem i niechybnie spowodować śmiertelną walkę między nimi. Nie można się chwalić kwiatami przed człowiekiem o „złym oku” czy w ogóle wprowadzać go do ogrodu, gdyż od jego spojrzenia kwiaty zwiędną.

Zmarły nie może „oczekiwać” na swój pogrzeb przez niedzielę, musi być koniecznie pochowany chociażby w sobotę wieczorem – inaczej ktoś inny w rodzinie szybko umrze. Wierzący w zabobony nie podniesie kwiatu, który wypadł z wieńca czy z wiązanki w czasie procesji w kondukcie pogrzebowym w drodze na cmentarz bądź już na cmentarzu. Gdyby się schylił po tenże kwiat, z pewnością ktoś z jego bliskich albo i on sam rychło by umarli. Podobnie niektórzy gdy widzą, że jodła lub świerk wyrastają ponad dach jednorodzinnego domu, niezwłocznie wspinają się niemal na szczyt drzewa, by ściąć jego stożek wzrostu. Gdyby tego nie zrobili, oznaczałoby to śmierć gospodarza.

Wierzący w zabobony stawia bądź zawiesza w korytarzu swojego domu portret Żyda, chociaż nic a nic nie wie o żydach i judaizmie. Chce po prostu być bogaty. Panicznie boi się czarnego kota, który przebiega drogę przed jego autem. Niektórzy się nawet zatrzymują, by inny pojazd przekroczył linię przejścia kota z jednej strony jezdni na drugą. Nie chcą dla siebie nieszczęścia, ale los drugiego człowieka już ich nie interesuje. Kot z tego przesądu ma panować nad przyszłością człowieka, ma być przyczyną sprawczą takiego czy innego nieszczęśliwego zdarzenia. Wiara w jeden zabobon rodzi wiarę w kolejny. W ten sposób powstaje łańcuch powiązanych ze sobą ogniw głupoty.

Istnieją niemal niezliczone praktyki zabobonne, związane z określonymi świętami (Wielkanocą czy Bożym Narodzeniem), wspomnieniami świętych (np. Andrzeja), ceremoniami i obrzędami, które są określane przez antropologię i etnologię jako „ryty przejścia” (narodziny, zawarcie małżeństwa, pogrzeb), zwyczaje obrzędowości agrarnej. Wiele z tych praktyk zostało odziedziczonych po wcześniejszych pokoleniach. Zabobony przechodziły i wciąż przechodzą, jak na taśmie transmisyjnej, od jednego pokolenia do drugiego, wśród zarówno tych, którzy deklarują wiarę w Boga, jak i niewierzących. Najczęściej osoby te nie podejmują krytycznej refleksji nad tymi praktykami, chociaż nie krępują się o nich mówić innym, w tym duszpasterzom.

Katolik wierzący w zabobony sercem swoim jest przy nich, a nie przy Bogu. Nie chce poznać do końca prawdy o sobie, ona bowiem domagałaby się bezkompromisowego nawrócenia, całkowitego zaufania Bogu, miłosierdziu Bożemu. Stwierdzenie to powinno być zachętą do podjęcia przez duszpasterzy i teologów katechezy mającej na celu wyzwolenie katechizowanych (od dzieci poczynając, na starcach kończąc) z fikcji zabobonów na rzecz prawdy wiary w Boga.

Katechizm Kościoła Katolickiego:
„Nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną!”
2110. Pierwsze przykazanie zabrania oddawania czci innym bogom poza Jedynym Panem, który objawił siebie swojemu ludowi. Zakazuje zabobonu i bezbożności. Zabobon to pewnego rodzaju wynaturzony przerost religijności; bezbożność jest wadą sprzeciwiającą się, przez brak, cnocie religijności.
Zabobon
2111. Zabobon jest wypaczeniem postawy religijnej oraz praktyk, jakie ona nakłada. Może on także dotyczyć kultu, który oddajemy prawdziwemu Bogu, na przykład, gdy przypisuje się jakieś magiczne znaczenie pewnym praktykom, nawet uprawnionym lub koniecznym. Popaść w zabobon – oznacza wiązać skuteczność modlitw lub znaków sakramentalnych jedynie z ich wymiarem materialnym, z pominięciem dyspozycji wewnętrznych, jakich one wymagają.

Eugeniusz Sakowicz
kierownik Katedry Religiologii i Ekumenizmu w Instytucie Nauk Teologicznych na Wydziale Teologicznym UKSW oraz członek Komitetu Nauk Teologicznych PAN.

CZYTAJ DALEJ

Sudan: apostazja nie będzie już karana śmiercią

2020-07-12 18:49

Adobe Stock

Apostazja nie będzie już karana śmiercią w Sudanie. Chrześcijanie będą mogli pić kupować i sprzedawać alkohol – ogłosiły to tymczasowe władze tego w większości muzułmańskiego państwa we wschodniej Afryce. Zostało też całkowicie zakazane obrzezanie kobiet.

Oznacza to odchodzenie od islamskiego prawa szariatu, obowiązującego tam od 1983 roku. Władze zdecydowały się na te rewolucyjne zmiany, by dokonać demokratyzacji, wymaganej przez międzynarodowe instytucje finansowe jako warunek udzielenia Sudanowi pomocy, której ten kraj potrzebuje.

Od tej pory nikt już nie będzie mógł zostać skazany na śmierć za wyrzeczenie się wiary islamskiej. Najgłośniejszym w ostatnim czasie był przypadek lekarki, 27-letniej Mariam Yehya Ibrahim Ishag, którą w maju 2014 roku skazano z oskarżenia o apostazję. Jej matka była chrześcijanką i w tej wierze wychowała córkę. Jednak jej ojciec, nieobecny od dziecka w jej życiu, był muzułmaninem, dlatego także ona w świetle islamskiego prawa była uważana za muzułmanką. Ponieważ wyszła za mąż za chrześcijanina, została uznana za apostatkę.

Choć była w ósmym miesiącu ciąży, Ishag została aresztowana, skazana i miała być powieszona. Po międzynarodowych protestach, w czerwcu 2014 r. uwolniono ją, jednak już następnego dnia została ponownie aresztowana na lotnisku w Chartumie, gdy chciała wyjechać z kraju. Po 48 godzinach została ostatecznie zwolniona. Po kilku tygodniach, dzięki staraniom m.in. dyplomacji włoskiej, mogła wyjechać z mężem i dziećmi do Rzymu, gdzie spotkała się z papieżem Franciszkiem, a następnie wyemigrowała do USA.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję