Reklama

„Solidarność” - pasja życia

- „Solidarność” jest ta sama, ale nie taka sama. Dziś powinna dawać pracownikom możliwość zaspokojenia potrzeby wspólnotowości, ale powinna pamiętać także o fundamentach, na których wyrosła. Pomocniczość, solidaryzm, tradycja i wierność katolickiej nauce społecznej - z tego nie możemy zrezygnować - przekonuje przewodniczący NSZZ „Solidarność” Regionu Świętokrzyskiego od 1990 r. Waldemar Bartosz

Niedziela kielecka 51/2011

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Urodził się w Snochowicach k. Łopuszna 17 stycznia 1954 r. w rodzinie nauczycielskiej. Ojciec był dyrektorem szkoły w Józefince, mama była księgową w Gminnej Radzie Narodowej. Razem z rodzicami i siostrą mieszkał w budynku szkoły w Snochowicach, na piętrze. - To było moje pierwsze uspołecznienie - wspomina. Po szkole podstawowej wybrał Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Kielcach. Biorąc pod uwagę czasy komuny, szkołę zakwalifikował jako „nonkonformistyczną”. Dopuszczalne były nawet u chłopaków długie włosy. Kadrę tworzyli ludzie z szerokimi horyzontami, po części przedwojenni nauczyciele.

Na przekór komunie

Reklama

- Byliśmy chyba dojrzałą młodzieżą. Prowadziliśmy mnóstwo dyskusji światopoglądowych. Podstawą do nich była dobra książka filozoficzna, teologiczna czy historyczna. Na topie było czytanie katolickich czasopism. Nie z przymusu, to nas frapowało, było na przekór socjalistycznej ideologii, a ja już wtedy nienawidziłem czerwonego - przyznaje. Wtedy na złość chodziło się na religię. Podczas jakiejś uroczystości państwowej dyrektor oznajmił, że zbyt wielu uczniów chodzi na religię. Po tej mowie Waldek z kolegami postanowił wysłać dyrektorowi paczkę z odpowiednią literaturą typu: „Więź” i „Chrześcijanin w Świecie”. Waldek i kilkoro uczniów z klasy wybrali po maturze Katolicki Uniwersytet Lubelski - uczelnię niezależną, wolną od indoktrynacji, elitarną, gdzie studiowało kilka tysięcy młodzieży.
Z potrzeby poznawczej - mówi - studiował jednocześnie teologię, filozofię i psychologię - z ostatniego kierunku zdecydował się zrobić dyplom. - Środowisko było znakomite. Tworzyli je profesorowie oraz studenci, niektórzy wyrzuceni po marcu 1968 r. Wtedy nie było wyścigu szczurów, naturalną rzeczą były swobodne studia, trwające nawet dziesięć lat. Pod względem intelektualnym był to znakomity czas. Pociągał nas teatr. Na premiery jeździliśmy po całym kraju. Studiował w towarzystwie późniejszych działaczy „Solidarności”, m.in.: Bogdana Borusewicza, Mariana Piłki, Janusza Krupskiego - zmarłego w katastrofie smoleńskiej.
W czerwcu 1976 r. na własne oczy zobaczył, jak wygląda „dialog” partii z robotnikami. Przyjechał razem z kolegami z KUL do Radomia na drugi dzień po spacyfikowaniu strajku. - Trzeba było tutaj być, tutaj ludzie bili się o wolność - tłumaczy. To był ważny moment, który zadecydował o moim zaangażowaniu w działalność Komitetu Obrony Robotników. Na uczelni razem z innymi zaczął zbierać pieniądze na pomoc opozycyjnemu podziemiu, przewoził literaturę z drugiego obiegu. W stolicy zetknął się m.in. z wspierającym opozycję z ks. Janem Zieją. Od Jacka Kuronia odbierał ulotki i komunikaty KOR zawierające nazwiska represjonowanych. - Rejestrowano wszystkich skrzywdzonych przez władzę, ludzie mogli mieć przekonanie, że ktoś o nich wie i pamięta. Przepisywali je na maszynie, potem zawozili je do Kielc. Część osób bała się przyjmować ulotki, wrzucali je wtedy bezpośrednio do skrzynek. Był świadomy ryzyka. Pierwszy raz został zatrzymany w Warszawie. Właśnie odebrał z kolegą komunikaty od Kuronia, miał udać się na Sady Żoliborskie. Zatrzymał ich zwyczajny stójkowy. Byli obserwowani dużo wcześniej. Studentów zabrano na pocztę, aby spisać zeznania. - Uratował mnie pewien fakt, byłem nałogowym palaczem. Zapytałem milicjanta, czy mogę zgasić papierosa. Na zewnątrz stał kosz, a obok duża skrzynka pocztowa, wszystkie komunikaty wrzuciłem do niej. Wróciłem bardzo zadowolony, mogłem być przeszukiwany.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Chcieliśmy być drożdżami

Studia ukończył w 1978 r. Razem z kolegami postanowili, że będą pracować w małych miejscowościach, na prowincji. Czuliśmy, że musimy być w tych środowiskach drożdżami - wyjaśnia. Wybrał Jędrzejów ze względu na dobrą komunikację. - Nikogo tutaj nie znałem, ale taka była moja misja. Szybko zaklimatyzowałem się i poznałem znakomitych ludzi. Brakowało mi jedynie biblioteki. Pracował jako psycholog w poradni wychowawczej, potem został również biegłym sądowym. Cały czas utrzymywał kontakty z Lublinem, gdzie jeździł na studia doktoranckie. Przewoził stąd kwartalnik „Zapis”, Biuletyn KOR, ulotki. Był świadkiem wielkiego strajku w Lublinie.
- Współtworzył „Solidarność” w regionie we wrześniu 1980 r., był przewodniczącym Terenowej Komisji Związkowej w Jędrzejowie, szybko awansował w związku. - Awans to duże słowo, to była harówa - mówi. W VI/VII 1981 r. - delegat na I WZD Regionu Świętokrzyskiego; w lipcu 1981 r. wszedł do Prezydium Regionu w Kielcach i został delegatem na I KZD.

Stan wojenny

Reklama

W Kielcach powstał Uniwersytet Związkowy TWP. Pierwszy zjazd odbył się 11 grudnia 1981 r. W niedzielę do Ośrodka Wierna w Bocheńcu pod Małogoszczą zjechało się kilkudziesięciu działaczy związkowych oraz wykładowcy. - Późnym wieczorem 12 grudnia o godz. 23 przed budynek zajechały wozy z milicjantami i ZOMO, zgarnęli nas wszystkich. Byliśmy zatrzymani, ale nie wiedzieliśmy, jaki jest nasz status. Gdzieś nas wiozą, ale gdzie? O tym, że jestem internowany, dowiedziałem się dużo później. Przetrzymywano nas w Ośrodku Odosobnienia na Piaskach w Kielcach. Potem trafiłem do więzienia w Rzeszowie-Załężu, następnie do Łupkowa w Bieszczadach, by stamtąd znowu powrócić do Rzeszowa. Będąc na Piaskach, został zwolniony na krótko dzięki interwencji kościelnej (Episkopat apelował do władz o zwolnienie działaczy zaangażowanych przy Kościele). To był gest pozorny, ponieważ kilka dni później władze znowu go zaaresztowały po ingresie bp. Mieczysława Jaworskiego. - Nieprzebrane tłumy ludzi, nad nami powiewał sztandar „Solidarności”, atmosfera święta wolności… Z budynku PZU obserwowali nas już esbecy i robili zdjęcia… Ostatecznie wyszedł na wolność w październiku 1982 r. Jeszcze raz został skazany na 3 miesiące aresztu w Pińczowie z zamianą na karę grzywny w 1985 r. za wspieranie uczniowskiego strajku w obronie krzyży w szkole we Włoszczowie.

„Interna”

Reklama

W miejscach internowania trwała regularna nauka, wykłady z różnych dziedzin dawali najlepsi profesorowie, były szkolenia i nauka języków obcych. Za pomocą igły i farbki internowani przygotowywali listy, broszury, pamiątkowe dyplomy. To wszystko podtrzymało na duchu. - W pierwszej celi, na Piaskach, były piętrowe łóżka. Siedziałem razem z robotnikiem Stanisławem Pawłowskim. - Waldek, ja żadnej książki w życiu nie przeczytałem - powiedział do mnie. Wyciągnąłem mu z biblioteki „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, zarykiwał się ze śmiechu, ciągle mi chciał opowiadać jakiś fragment.
Dziewięć dni grupa internowanych głodowała w akcie protestu przeciw stanowi wojennemu. - Wydawało mi się, że można nie jeść, po kilku dniach czułem się lekko, miałem bardzo świeży umysł, choć na dłuższą metę jest to szkodliwe - mówi. Dyplom uczestnika strajku zrobiony przez kolegów powrócił do niego całkiem niedawno, przechowywany gdzieś w mieszkaniach znajomych.
Niektórzy tworzyli małe rękodzieła. W Obozie na Piaskach na Boże Ciało jeden z więźniów wykonał monstrancję z puszek po konserwach. Przeszła ona w czterech ołtarzach po więziennych celach. Potem, przemycona przez jednego z księży, trafiła do Jana Pawła II do Watykanu wraz z listem, który napisał Waldemar Bartosz. „Ojcze Święty, niespełna pół roku od naszego internowania przyszło nam po raz pierwszy poza wolnością obchodzić święto Bożego Ciała - obecności Chrystusa Pana w świecie ludzkiego trudu, cierpienia i miłości. Pracą rąk naszych wykonaną monstrancję, w której umieszczona Hostia dokonała konsekracji czterech więziennych ołtarzy, ofiarujemy Tobie, Ojcze Święty”. Pamiątki z „interny” do dziś krążą po znajomych, niedawno otrzymał jeszcze cztery kwity z więzienia. Z rocznicą stanu wojennego wracają także wspomnienia. Obchody rocznicowe, w które pod egidą świętokrzyskiej „Solidarności” zaangażowało się kilkanaście instytucji kulturalnych i naukowych w regionie, mają bogatą oprawę. - To nie jest chwalebna rocznica, robimy to w służbie pamięci - tłumaczy.

W TP KUL

Reklama

19 października 1984 r. wziął ślub z Elżbietą, uroczystości odbyły się w Warszawie. Następnego dnia dotarła do nich wstrząsająca wiadomość - ks. Jerzy Popiełuszko został uprowadzony. - Udaliśmy się na Żoliborz, gdzie stały już tłumy ludzi. 30 października 1984 r. zmasakrowane ciało ks. Jerzego wyłowiono z Zalewu Wiślanego we Włocławku. Władza znowu chciała zatomizować społeczeństwo, zastraszyć nas, spowodować, by nikt nie wychylał się. Wiedzieliśmy, że trzeba coś z tym robić.
Działania „Solidarności” zmierzające do integrowania społeczeństwa szły w różnych kierunkach. W Kielcach Waldemar Bartosz razem ze znajomymi zorganizował teatr. - Graliśmy jedną sztukę - „Przed sklepem jubilera” Karola Wojtyły, najczęściej w Domu Księży Emerytów i w kościele św. Józefa Robotnika. Ja grałem rolę Adama. Na przedstawienia przychodziły setki osób - opowiada.
Działacze poszukiwali możliwości legalnej płaszczyzny do działania. Pod auspicjami Towarzystwa Przyjaciół KUL, istniejącego od 1932 r. w Lublinie, zarejestrowali w Jędrzejowie Stowarzyszenie TP KUL. - Władza nie mogła się do niczego przyczepić, była to legalna organizacja. Stowarzyszenie organizowało otwarte wykłady z różnych dziedzin. Przyjeżdżali m.in.: prof. Ewa Jabłońska-Deptuła, historyk Czesław Deptuła, mecenas Jerzy Stępień, ks. prof. Daniel Olszewski i inni. Wykłady odbywały się w salkach katechetycznych, a przychodziło na nie od kilkudziesięciu do kilkuset osób. Ponadto były corocznie spotkania opłatkowe i wielkanocne. W ramach TP KUL funkcjonowała Biblioteka „Solidarności”. Waldemar Bartosz z działaczami utrzymywali regularne kontakty z Lublinem, skąd przywozili literaturę z drugiego obiegu. Wszystkie te działania, składające się na budowanie społeczeństwa obywatelskiego, zaowocowały w 1989 r., kiedy to TP KUL przekształcił się w 100 procentach w Komitet Obywatelski „Solidarności”.
- Doświadczenia spotkanych ludzi, przyjaźnie, wspólnota „Solidarności” - to wszystko mnie kształtowało, tym właśnie jestem - mówi.

„Solidarność” na kryzys

To tytuł broszury po jednej z konferencji w 2009 r. Dziś ten kryzys już jest w pełni zarysowany i trzeba reagować. W zmieniającej się dynamicznie rzeczywistości ekonomicznej, w sytuacji, gdzie setki ludzi traci pracę, Waldemar Bartosz widzi ogromną potrzebę wspólnotowości u pracowników. - W ustroju wolnorynkowym jest niebezpieczeństwo spychania ludzi na margines. „Solidarność” zarówno na poziomie ogólnokrajowym, jak i zakładowym musi nieść pomoc pracownikom. Obecnie w świętokrzyskiej „Solidarności” zarejestrowanych jest 20 tys. pracowników. Od 1990 r. przeszkoliła tysiące ludzi poszukujących pracy. Prowadzi Świętokrzyski Klub Pracy, gdzie pracownicy związkowcy mogą uzyskać poradę prawną, wsparcie i pomoc. - Człowiek bezrobotny po roku bez pracy staje się inny, wycofany, niepewny swoich umiejętności i kompetencji. Musi ktoś być z nim - tłumaczy przewodniczący. - Reprezentujemy pracownika w sądzie. Prowadzimy setki spraw, ludzi pokrzywdzonych przez pracodawców, dochodzących swoich praw. Dbamy o dobrą współpracę z pracodawcami, dzięki czemu codziennie na naszym portalu pojawiają się setki ofert pracy. Korzystanie z funduszy europejskich pozwala nam na prowadzenie innowacyjnych projektów społecznym. Obecnie realizowane są dwa - pierwszy z nich dotyczy ekonomii społecznej, drugi budowania postaw prospołecznych.
Z najnowszych badań (choćby prof. Czaplińskiego) wynika, że w tej kwestii do zrobienia jest bardzo wiele. - Jesteśmy na początku drogi. Trzeba zdawać sobie sprawę, że Polska jest na samym końcu w Europie (nawet po Bułgarii) pod względem liczby organizacji pozarządowych. W ostatnich latach odnotowuje się coraz większy regres w powstawaniu organizacji i stowarzyszeń oraz spadek liczby wolontariuszy. O tym Waldemar Bartosz stara się mówić do uczestników Chrześcijańskich Tygodni Społecznych organizowanych w Gdańsku i innych miastach. Jest ich współorganizatorem.
„Solidarność” ma przekraczać własne granice. - Kiedyś pomagano nam, dziś my musimy pomóc innym. Byliśmy u harcerzy polskich na Ukrainie. My mówimy o kryzysie u siebie, ale tam jest tragedia, ogromna drożyzna, potrzebne jest absolutnie wszystko - ubranka dla dzieci, książki, czasopisma. Jeszcze w grudniu ma powstać w Kielcach Wspólnota Polska, która będzie niosła wsparcie Polonii na Ukrainie - opowiada. Rano, w drodze na autobus, omadla na różańcu wszystkie te projekty, sprawy osobiste i społeczne.

* * *

Pasje? - Pierwsza i pasja życia to „Solidarność” - mówi. Doświadczenie zdobywał także jako poseł dwóch kadencji. W latach 1991-93 był posłem na Sejm z listy „Solidarności”, członkiem Sejmowej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych, w latach 1994-99 przedstawicielem „S” w Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, a w 1997 r. współzałożycielem RS AWS; wiceprezes Stowarzyszenia Region Jędrzejowski. 1997-2001 poseł na Sejm z listy RS AWS, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Ochrony Konkurencji i Konsumenta (Encyklopedia „Solidarności”).
Największą wartością jest niezmiennie rodzina. Żona Elżbieta pracuje w szkole jako historyk. Wspólnie cieszą się z sukcesów dzieci. Syn Paweł jest studentem medycyny na UJ w Krakowie, córka Ola - na trzecim roku prawa na UJ. - Dbałość o rodzinę to jest radość, satysfakcja i zobowiązanie - mówi. W wolnej chwili, choć nie jest ich zbyt dużo, lubi pracę w przydomowym ogrodzie. Uwielbia czytać. Jest bibliofilem, przez lata zgromadził pokaźną bibliotekę. Najczęściej sięga po literaturę historyczną, filozoficzną i teologiczną. Jest autorem licznych publikacji w piśmie ZR „Biuletyn Związkowy”, „Tygodniku Solidarność” i „Tygodniku Solidarność Świętokrzyska”.

W następnym numerze sylwetka Kazimierza Mądzika, dyrektora Zespołu Szkół Informatycznych w Kielcach, prezesa Fundacji „Nadzieja Rodzinie”, działacza katolickich stowarzyszeń sportowych, pasjonata kolarstwa

2011-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dlaczego cierpią i umierają ci, co zaufali Bogu?

2026-03-19 13:48

[ TEMATY ]

rozważania

O. prof. Zdzisław Kijas

pixabay.com

Wiara uczy, że Bóg zawsze nas wysłuchuje: jednak nie zawsze spełnia nasze prośby, ale swoje obietnice. Bywa, że nie wiemy, o co prosić. Nie mając pełnej wiedzy – która przychodzi z czasem – modlimy się, ale nasze prośby są połowiczne, zawężone do momentu ich wypowiadania. Bóg tymczasem widzi szerzej, widzi nasze wczoraj, nasze dziś i wie, jakie będzie nasze jutro.

Był pewien chory, Łazarz z Betanii, ze wsi Marii i jej siostry, Marty. Maria zaś była tą, która namaściła Pana olejkiem i włosami swoimi otarła Jego nogi. Jej to brat, Łazarz, chorował. Siostry zatem posłały do Niego wiadomość: «Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz». Jezus, usłyszawszy to, rzekł: «Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą». A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza. Gdy posłyszał o jego chorobie, pozostał przez dwa dni tam, gdzie przebywał. Dopiero potem powiedział do swoich uczniów: «Chodźmy znów do Judei». Rzekli do Niego uczniowie: «Rabbi, dopiero co Żydzi usiłowali Cię ukamienować i znów tam idziesz?» Jezus im odpowiedział: «Czyż dzień nie liczy dwunastu godzin? Jeśli ktoś chodzi za dnia, nie potyka się, ponieważ widzi światło tego świata. Jeżeli jednak ktoś chodzi w nocy, potknie się, ponieważ brak mu światła». To powiedział, a następnie rzekł do nich: «Łazarz, przyjaciel nasz, zasnął, lecz idę go obudzić». Uczniowie rzekli do Niego: «Panie, jeżeli zasnął, to wyzdrowieje». Jezus jednak mówił o jego śmierci, a im się wydawało, że mówi o zwyczajnym śnie. Wtedy Jezus powiedział im otwarcie: «Łazarz umarł, ale raduję się, że Mnie tam nie było, ze względu na was, abyście uwierzyli. Lecz chodźmy do niego». A Tomasz, zwany Didymos, rzekł do współuczniów: «Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć». Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już od czterech dni spoczywającego w grobie. A Betania była oddalona od Jerozolimy około piętnastu stadiów. I wielu Żydów przybyło przedtem do Marty i Marii, aby je pocieszyć po utracie brata. Kiedy więc Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta więc rzekła do Jezusa: «Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga». Rzekł do niej Jezus: «Brat twój zmartwychwstanie». Marta Mu odrzekła: «Wiem, że powstanie z martwych w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym». Powiedział do niej Jezus: «Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?» Odpowiedziała Mu: «Tak, Panie! Ja mocno wierzę, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat». Gdy to powiedziała, odeszła i przywołała ukradkiem swoją siostrę, mówiąc: «Nauczyciel tu jest i woła cię». Skoro zaś tamta to usłyszała, wstała szybko i udała się do Niego. Jezus zaś nie przybył jeszcze do wsi, lecz był wciąż w tym miejscu, gdzie Marta wyszła Mu na spotkanie. Żydzi, którzy byli z nią w domu i pocieszali ją, widząc, że Maria szybko wstała i wyszła, udali się za nią, przekonani, że idzie do grobu, aby tam płakać. A gdy Maria przyszła na miejsce, gdzie był Jezus, ujrzawszy Go, padła Mu do nóg i rzekła do Niego: «Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł». Gdy więc Jezus zobaczył ją płaczącą i płaczących Żydów, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: «Gdzie go położyliście?» Odpowiedzieli Mu: «Panie, chodź i zobacz!» Jezus zapłakał. Żydzi więc mówili: «Oto jak go miłował!» Niektórzy zaś z nich powiedzieli: «Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?» A Jezus, ponownie okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień. Jezus powiedział: «Usuńcie kamień!» Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: «Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie». Jezus rzekł do niej: «Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?» Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: «Ojcze, dziękuję Ci, że Mnie wysłuchałeś. Ja wiedziałem, że Mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie tłum to powiedziałem, aby uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś». To powiedziawszy, zawołał donośnym głosem: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!» I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce przewiązane opaskami, a twarz jego była owinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: «Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić». Wielu zatem spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego.
CZYTAJ DALEJ

"Z braku rodzi się lepsze…". Rocznica śmierci ks. Piotra Pawlukiewicza

[ TEMATY ]

ks. Piotr Pawlukiewicz

youtube.com/rtck

Tuż przed swoim nieoczekiwanym odejściem, ks. Piotr Pawlukiewicz udzielił "wywiadu-strumyku" Renacie Czerwickiej. Na portalu niedziela.pl prezentujemy fragment tej wyjątkowej publikacji.

Renata Czerwicka: Mój kolega, gdy dowiedział się, że będziemy rozmawiać, poprosił mnie, żebym zapytała Księdza, co znaczą słowa: „trzeba zwolnić w życiu”. Wszyscy wokoło mówią, żeby zwolnić, a on nie wie, jak to konkretnie zrobić. Z pracy się ma zwolnić? Dzieci nie posyłać do szkoły? To pytanie jest chyba aktualne dla wielu osób.
CZYTAJ DALEJ

Superbohaterka śmierci - świat na głowie, sumienie pod presją

2026-03-22 12:08

[ TEMATY ]

Milena Kindziuk

Red

Są chwile, kiedy człowiek przestaje pytać, dokąd zmierza świat, a zaczyna pytać, czy świat nie postanowił już chodzić na głowie. Sprawa wyróżnienia Gizeli Jagielskiej przez „Wysokie Obcasy” nie jest bowiem wyłącznie medialną kontrowersją ani kolejną odsłoną wojny kulturowej. Jest znakiem czegoś znacznie głębszego: kryzysu języka, który przestaje nazywać rzeczy po imieniu, oraz sumienia poddawanego nieustannej presji.

Nagroda „Superbohaterki” dla osoby kojarzonej z aborcją dziecka w zaawansowanej fazie ciąży nie jest po prostu decyzją „kontrowersyjną”. Kontrowersji w mediach nie brakuje. Tym razem chodzi o coś więcej: o publiczne, uroczyste i symboliczne odwrócenie pojęć. O moment, w którym śmierć zaczyna być opowiadana językiem odwagi, a moralny wstrząs - językiem postępu.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję