Reklama

Kościół w czasach niepodległości

Archidiecezja warszawska, która miała być po wsze czasy pieczęcią na dokonanym rozbiorze, dziś staje się zwiastunem życia i zmartwychwstania narodu - tak mówił w 1917 r. abp Józef Teodorowicz podczas pierwszego spotkania Episkopatu Polski ze wszystkich trzech zaborów

Gdy w 1914 r. wybuchła I wojna światowa, w warszawskiej katedrze św. Jana nawoływano do spokoju i ufności Bogu, śpiewano „Te Deum” i modlono się za cara. Na przełomie 1914 i 1915 r. czuwanie nad lojalnością duchowieństwa w Królestwie Polskim Petersburg polecał pilnej uwadze każdego z gubernatorów. Donosili oni zgodnie, że księża odprawiają nabożeństwa o zwycięstwo oręża rosyjskiego.
W tym samym czasie, gdy w Warszawie modlono się za cara, w Wielkopolsce metropolita gnieźnieński i poznański abp Edward Likowski słał wiernopoddańcze i antyrosyjskie listy do cesarza niemieckiego Wilhelma II. Zapewniał w nich, że mówiący po polsku żołnierze będą walczyć o słuszną sprawę po stronie II Rzeszy.
Każdy z tych hierarchów zdawał sobie sprawę, że po obu stronach frontu stanęli ludzie tego samego wyznania i narodowości. Do armii rosyjskiej, niemieckiej i austriackiej wcielono łącznie ok. 2 mln Polaków, by zabijali się nawzajem za nie swoją sprawę. Na początku wojny prawie nikt nie przypuszczał, że kilka lat później ci sami żołnierze będą walczyć po tej samej stronie barykady, a polscy duchowni będą zagrzewać ich do walki.

Jak feniks z popiołów

Wielki europejski konflikt, w którym przeciwko sobie stanęły państwa zaborcze, był jedyną realną szansą Rzeczypospolitej na odzyskanie utraconej niepodległości. - Stopniowo sprawdzały się prognozy Bismarcka, że w wypadku konfliktu europejskiego, sprawa polska odrodzi się jak feniks z popiołów - podkreśla prof. Włodzimierz Suleja z Instytutu Pamięci Narodowej. - Pierwszy strzał oddany w tej wojnie naruszał sojusz zaborców w kwestii polskiej.
Wojna została wykorzystana do walki o niepodległość. Było to możliwe dzięki tzw. pokoleniu niepokornych, które wypracowało podstawy programowe najważniejszych do dziś obozów ideowo-politycznych. Było to także możliwe dzięki wielkiemu zaangażowaniu Kościoła, który przez lata niewoli z pietyzmem pielęgnował ducha polskiego patriotyzmu. - Pomimo braku własnej państwowości polskie elity intelektualne końca XIX wieku były zdolne do włączenia się w budowanie nowoczesnego narodu, zdolnego do samorządzenia. Warstwy ludowe - w tym przede wszystkim chłopi, a także robotnicy oraz drobnomieszczaństwo polskie - zaczęły z wolna wchodzić w krwiobieg polskiej tradycji, której głównym wyróżnikiem stała się wspólnota oparta na katolicyzmie oraz pamięci o niepodległej Polsce - uważa prof. Jan Żaryn z UKSW.
Do elit, które pragnęły niepodległości, bez wątpienia należy wielu wybitnych duchownych tamtego okresu. Jak pisał ks. prof. Bolesław Kumor, Kościół stał się czynnikiem integrującym dla rozdartego granicami zaborczymi społeczeństwa polskiego. Hierarchowie doskonale zdawali sobie sprawę, że nadchodzi chwila, kiedy naród będzie szczególnie potrzebował ich oparcia i moralnego wsparcia.

Marsz do niepodległości

Pierwszy powiew zbliżającej się wolności można było odczuć, gdy w Warszawie zmieniła się okupacja z rosyjskiej na niemiecką. II Rzesza, chcąc pozyskać przychylność Polaków, zaproponowała politykę częściowego rozluźnienia. „Przychodzimy do was jako przyjaciele. Zaufajcie nam! Wolność wam niesiemy i niepodległość! Połączcie się z wojskami sprzymierzonymi” - ulotki o takiej treści rozdawali niemieccy żołnierze na ulicach.
Pierwszą oznaką okupacyjnej polityki była zgoda na świętowanie 125. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja. W efekcie warszawskie obchody w 1916 r. przerosły najśmielsze przewidywania. Stały się wielką manifestacją Polskości i patriotyzmu. „Arcybiskup Aleksander Kakowski celebruje Mszę św., a czerwień jego szat przypomina dawną chwilę z przed lat, kiedy to prymas w otoczeniu wszystkich biskupów polskich, bawiących na Sejmie, z tego samego miejsca intonował «Te Deum laudamus»” - tak relacjonował trzeciomajowe uroczystości ówczesny „Tygodnik Ilustrowany”. Po Mszy św. w patriotycznym pochodzie ulicami Warszawy wzięło udział aż 200 tys. osób. To był początek długiego marszu do niepodległości.
Wskrzeszenie Polski zapowiedział akt ogłoszony 5 listopada 1916 r. przez władze wojskowe w imieniu cesarzy Wilhelma II i Franciszka Józefa. Obiecano w nim powołanie Królestwa Polskiego jako monarchii dziedzicznej i konstytucyjnej. To był zaplanowany wybieg, aby pozyskać jeszcze większą przychylność Polaków oraz przeprowadzić rekrutację do wojska. Niespodziewanym skutkiem ubocznym deklaracji było jednak umiędzynarodowienie kwestii polskiej niepodległości. Dlatego też sporo stronnictw politycznych, ziemiaństwa i kleru (m.in. arcybiskup gnieźnieńsko-poznański Edmund Dalbor) wystosowało dziękczynne adresy lub inaczej wyrażało zadowolenie.
Miesiąc po akcie z 5 listopada powołano Tymczasową Radę Stanu, która miała współdziałać w tworzeniu Królestwa Polskiego na terenach „wydartych panowaniu rosyjskiemu”. Jednak abp Aleksander Kakowski zachowywał wówczas szczególną ostrożność. Odmówił odprawienia z okazji ustanowienia Rady uroczystego nabożeństwa z „Te Deum” i bicia w dzwony w kościołach archidiecezji. - Mnie generałowie rosyjscy też wiele obiecywali i gdzie są? - mówił wówczas abp Kakowski. Wiedział doskonale, że wojna się jeszcze nie skończyła i trzeba się liczyć z możliwością powrotu Rosjan.
Rada Stanu, w której byli także katoliccy księża, przejęła w polskie ręce organizowanie sądownictwa oraz szkół. Mimo tego nie cieszyła się wielkim uznaniem rodaków, jako powołana i obsadzona przez zaborców lojalnymi wobec nich ludźmi. Z ich zdaniem sami mocodawcy mało się liczyli, wydając odrębne rozporządzenia. Z braku poparcia i bezsilności członkowie Rady złożyli mandaty 25 sierpnia 1917 r.

Reklama

Ostatni interreks

Następnym krokiem w usamodzielnianiu się polskiej władzy było utworzenie Rady Regencyjnej, która miała zastępować monarchę do czasu wyboru króla. Miała mieć władzę prawodawczą i rządzącą. W jej skład został powołany prezydent Warszawy książę Zdzisław Lubomirski i hr. Józef Ostrowski. Do tego grona zaproszony został również Prymas Królestwa Polskiego abp Aleksander Kakowski. Powoływano się przy tym na tradycję z czasów I Rzeczypospolitej, kiedy to prymasi pełnili funkcję interreksa, czyli zastępowali prawowitego monarchę w czasach bezkrólewia.
Metropolita warszawski początkowo nie był przekonany do tego pomysłu. Wezwał telegraficznie wszystkich biskupów swej metropolii, by przedyskutować sprawę proponowanego mu udziału w Radzie Regencyjnej. „Powaga, wpływ i znaczenie Kościoła w społeczeństwie wymagają, aby w momencie tak doniosłym, jak rozpoczęcie budowy państwa polskiego, czynnik kościelny nie został wykluczony z tego procesu” - tak zdecydowali biskupi. Poparcia Prymasowi Królestwa Polskiego udzielił również Prymas Polski metropolita gnieźnieńsko-poznański abp Edmund Dalbor oraz biskupi z Galicji. Ostatecznie zgodę na udział abp. Kakowskiego w tej władzy wyraził Benedykt XV. Był to znak, że papież popiera niepodległościowe aspiracje Polaków.
Zaprzysiężenie członków Rady odbyło się 27 października 1917 r. w katedrze św. Jana w Warszawie, gdzie po uroczystym nabożeństwie członkowie regenci złożyli przysięgę „na Boga i Ojczyznę”. - Idźcie i oswobodźcie Ojczyznę, przywróćcie jej całkowitą wolność - mówił bp Stanisław Zdzitowiecki z Włocławka. Po Mszy św. Rada ogłosiła na Zamku Królewskim orędzie do Narodu, obwieszczające objęcie najwyższej władzy w Królestwie Polskim. Znamiennym było, że akt zaprzysiężenia regentów nie był złożony na ręce zaborców i nie mówił o jakimkolwiek stosunku prawnym do władz okupacyjnych.

Watykański dyplomata

Oprócz Regenta abp. Kakowskiego w Radzie pracowało wielu warszawskich duchownych na czele z jej sekretarzem ks. prał. Chełmickim, który był odpowiedzialny za publikowanie orędzi do narodu. Duchowni pracowali w Departamencie Spraw Wewnętrznych oraz Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Kościół warszawski bardzo mocno zaangażował się w współtworzenie władzy, która była zalążkiem niepodległości.
W pierwszym okresie istnienia Rady przygotowano m.in. szczegółowe zasady funkcjonowania samorządu terytorialnego oraz opracowano ordynację wyborczą do przyszłego parlamentu. O tym, iż Rada była już samodzielnym organem polskiej władzy, świadczy również ustanowienie polskich przedstawicielstw dyplomatycznych w Rosji, Finlandii, Berlinie, Wiedniu, Rydze, Kijowie, Bernie i Hadze.
Regent abp Kakowski, oprócz budowania niezależnych struktur państwowych, starał się o to, aby jak najszybciej unormowała się sytuacja Kościoła na ziemiach polskich. Trzeba było m.in. uniezależnić struktury kościelne od struktur państw zaborczych, zreorganizować granice diecezji oraz poobsadzać wiele wakujących stolic biskupich. Do tej pory kandydatury na biskupów były przekazywane Sekretariatowi Stanu via Monachium przez tamtejszego nuncjusza. Dlatego też - zdaniem Kakowskiego - jak najszybciej trzeba było nawiązać stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską. Istniała bowiem paląca potrzeba, aby papież do Warszawy przysłał kogoś, kto na miejscu byłby obserwatorem i nadzorcą spraw Kościoła, a jednocześnie swą obecnością zaznaczyłby, że Stolica Apostolska popiera polską niepodległość.
Dzięki tym staraniom już 25 kwietnia 1918 r., czyli na kilka miesięcy przed ogłoszeniem niepodległości, do Warszawy przybył ks. prał. Achilles Ratti, którego papież mianował wizytatorem apostolskim Polski i Litwy. Był zarazem pierwszym dyplomatą, któremu powierzono misję w odradzającym się państwie. Rok później ks. Ratti został mianowany nuncjuszem II Rzeczypospolitej, co oznaczało, że Stolica Apostolska jako pierwszy podmiot prawa międzynarodowego uznała niepodległość Polski.

11 listopada

Początek niepodległości Polski to nie 11 listopada 1918 r., ale 7 października. Właśnie wówczas Rada Regencyjna proklamowała pełną niepodległość w orędziu skierowanym do narodu. Miało ono zasadnicze znaczenie polityczne, gdyż zawierało bezwarunkową deklarację pełnej niepodległości nie tylko Królestwa Polskiego, ale „Polski Zjednoczonej Niepodległej, (...) wszystkich ziem polskich z dostępem do morza”. Ponadto zadeklarowano niezwłoczne utworzenie przez Radę koalicyjnego gabinetu „złożonego z najszerszych warstw narodu i kierunków politycznych”. Po ogłoszeniu orędzia Rada przejęła także zwierzchnictwo nad wojskiem polskim i przystąpiła do tworzenia armii regularnej w oparciu o wydaną przez siebie ustawę o powszechnym obowiązku wojskowym.
11 listopada jest datą zakończenia I wojny światowej oraz dniem, kiedy to Rada Regencyjna przekazała władzę wojskową komendantowi Józefowi Piłsudskiemu, a trzy dni później - władzę cywilną. Niespodziewanie dla siebie samego twórca Legionów został nagle dyktatorem państwa polskiego i głównodowodzącym nowej, tworzącej się armii. - Był wtedy dla nas człowiekiem opatrznościowym, jedynym, który mógłby stać na czele odradzającej się Polski. Opinia olbrzymiej większości narodu była taka sama. Zawsze popierałem jako arcybiskup działalność Naczelnika Państwa, szczególnie na początku. Nie podzielam tylko jego zapatrywań w chwili zatargu z sejmem 1922 r. - tak po latach wspominał oddanie władzy kard. Kakowski.

Reklama

Kościół i polityka

Zaangażowanie duchowieństwa nie ustało wraz z odzyskaniem niepodległości. Okres XX-lecia międzywojennego był przepełniony niekończącymi się walkami i to zarówno militarnymi, jak i politycznymi. W Sejmie Ustawodawczym zasiadało ponad 30 księży, w zdecydowanej większości na ławach po prawej stronie, zasilając poselskie szeregi endecji. - Po latach zaborów, kiedy to z pokolenia na pokolenie wielu kapłanów i biskupów wspierało pracą i zapałem starania Polaków wybicia się na niepodległość, było to całkowicie naturalne. Nikt uczciwy nie mógł twierdzić, że sejm powinien wykluczyć z prawa biernego i czynnego tak zasłużonego stanu jak duchowieństwo - ocenia prof. Jan Żaryn.
Niebezpieczeństwo zaangażowania politycznego dostrzegała jednak nuncjatura apostolska. Według kościelnej dyplomacji, „angażowanie się księży w propagowanie polskości wzmaga narodowościowe napięcia, a to oznacza godzenie się na instrumentalizację Kościoła, wbrew jego uniwersalnej misji natury religijnej”. Nie bez powodu papież Benedykt XV skierował do biskupów polskich w 1921 r. list, mający na celu odseparowanie księży od partyjnych sporów i agitacji, a skupienie się na ich misji kościelnej.
„Duchowieństwo katolickie w dobie powstania i organizacji państwa polskiego spełniało ciążące na nim zadania narodowe. (...) Ale i księża popełniali błędy. Niższe duchowieństwo wszakże, w większości związane z partią Narodowej Demokracji, nie zawsze szło ręka w rękę z episkopatem pod względem stosunku do polskich władz świeckich, a nawet tu i ówdzie prowadziło z rządem walkę z kazalnicy, w pismach i na wiecach. Niechęć i uprzedzenie do rządów zaborczych duchowieństwo bezwiednie przeniosło na rząd polski” - tak oceniał ówczesny związek księży z polityką kard. Kakowski.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Turcja: Bazylika stanie się meczetem. Ból chrześcijan, UNESCO ostrzega

2020-07-11 12:54

[ TEMATY ]

muzułmanie

Turcja

wikipedia.org

Turcy ponownie urządzą sobie meczet w najwspanialszej bazylice chrześcijańskiego Wschodu. Turecka Rada Stanu anulowała decyzję z 1934 r. o przekształceniu bazyliki Hagia Sophia w muzeum, a prezydent Turcji wydał dekret, który przekształca ją w meczet. Recep Erdogan oznajmił tę decyzję w przemówieniu do narodu, zapowiadając, że pierwsze muzułmańskie nabożeństwo odbędzie się tam 24 lipca.

Hagia Sophia została konsekrowana w 537 r. Do czasu wybudowania nowej Bazyliki św. Piotra w Rzymie była największą chrześcijańską świątynią na świecie. Kiedy w 1453 r. Turcy podbili Konstantynopol, bazylikę przywłaszczyli sobie muzułmanie. W 1934 r. Hagia Sophia stała się muzeum.

Decyzja o ponownym zaadoptowaniu starożytnej chrześcijańskiej bazyliki dla potrzeb kultu muzułmańskiego budzi sprzeciw i oburzenie zwłaszcza wśród chrześcijan wschodnich, dla których Hagia Sophia jest w pewnym sensie kościołem macierzystym. Patriarcha Konstantynopola Bartłomiej już dwa tygodnie temu ostrzegał, że taka decyzja wzbudzi wrogość do islamu w milionach chrześcijan na całym świecie. Patriarchat Moskiewski wyraził ubolewanie, że odczucia milionów chrześcijan nie zostały wzięte pod uwagę. „Ta decyzja może mieć poważne konsekwencje dla całej ludzkiej cywilizacji” – oświadczył rzecznik patriarchatu.

Przeciwko przekształceniu bazyliki w meczet ostro zaprotestowały władze Grecji. W ich przekonaniu zachowanie Erdogan to prowokacja, krok, który cofa Turcję o sześć wieków wstecz. Zdaniem premiera Mitsotakisa decyzja ta negatywnie odbije się na relacjach tego kraju z Unią Europejską.

UNESCO z kolei przypomina, że Hagia Sophia należy do powszechnego dziedzictwa ludzkości. Dlatego przestrzega rząd Erdogana przed wprowadzaniem jakichkolwiek modyfikacji w tej świątyni. Wszelkie zmiany muszą być uprzednio konsultowane z Komitetem Światowego Dziedzictwa – przypomina dyrektor UNESCO, odnosząc się w ten sposób do obaw o los chrześcijańskich wizerunków, które są obecne w świątyni. Jeśli Hagia Sophia stanie się meczetem, wszystko, co narusza wiarę muzułmanów zostanie zasłonięte.

CZYTAJ DALEJ

Simoncelli: bez zawieszenia broni trudno będzie wygrać z koronawirusem

2020-07-12 16:32

[ TEMATY ]

wojna

koronawirus

Vatican News/ANSA

W starożytności przerywano wojny na czas igrzysk olimpijskich. W tym roku pandemia spowodowała przeniesienie olimpiady, ale wojny trwają nadal. W wielu krajach działania zbrojne uniemożliwiają walkę z koronawirusem, leczenie chorych, a nawet dostarczanie podstawowej pomocy humanitarnej.

Najtrudniejsza sytuacja jest obecnie w Jemenie i Syrii. Podobnie jest w Kamerunie, Republice Środkowoafrykańskiej czy Nigerii. Stąd niedawny apel papieża Franciszka o bezwarunkowe i natychmiastowe zawieszenie broni. „Bez poważnego potraktowania tego wezwania będzie trudno wygrać z pandemią” – uważa prof. Maurizio Simoncelli, specjalista w dziedzinie rozbrojenia, współzałożyciel międzynarodowego instytutu badawczego IRIAD zajmującego się promowaniem wiedzy naukowej na temat praw człowieka, rozbrojenia i zarządzania konfliktami bez użycia przemocy.

„Wojny nigdy nie wybuchają bez powodów, a powody są zazwyczaj takie same: kontrola terytoriów i ich zasobów. Tak stało się w Libii, gdzie pragnienie pokoju ustąpiło przed konfliktem międzynarodowym. Spójrzmy na Zatokę Perską i Syrię. Te konflikty nie mogłyby trwać tyle lat, gdyby wciąż nie była tam dostarczana broń i amunicja. Warto pamiętać, że konflikty są również poważnym biznesem. W historii wiele razy widzieliśmy, jak państwa, które domagały się zawieszenia broni, kończyły na eksporcie uzbrojenia na tereny objęte wojną – powiedział w wywiadzie dla Radia Watykańskiego Maurizio Simoncelli. – Dlatego bardzo trudne będzie wprowadzenie zawieszenia broni, aby pomóc ludności zagrożonej koronawirusem na terenach objętych konfliktem. Jest ich bardzo wiele, od Afryki po Bliski Wschód. Niedobór leków, słaba kondycja zdrowotna mieszkańców, brak wody i żywności sprawiają, że zagrożenie jest niezwykle poważne. Nie wystarczy potakiwać papieżowi, kiedy mówi o rozbrojeniu. Wiele państw to robi, ale nie zachowują się niestety konsekwentnie”.

W ubiegłym miesiącu biskupi Kamerunu i Republiki Środkowoafrykańskiej potępili kontynuację działań wojennych w obu tych krajach. Podobna sytuacja ma miejsce w Nigerii. „Wciąż jesteśmy na łasce bojówek terrorystycznych Boko Haram, zwłaszcza na północy kraju”– alarmuje arcybiskup Abudży, Ignatius Ayau Kaigama, podkreślając również zagrożenie koronawirusem, który jest jego zdaniem najniebezpieczniejszy dla najbiedniejszej części populacji.

Sytuacja jest tragiczna także w Syrii i w Jemenie, borykającymi się z najpoważniejszym kryzysem humanitarnym na świecie. Bp Paul Hinder, wikariusz apostolski w Arabii Południowej, zwraca uwagę na zniszczenie połowy infrastruktury medycznej w Jemenie oraz na brak bezpieczeństwa, który „utrudnia, a czasem uniemożliwia transport pomocy”. „Bez rozejmu między walczącymi stronami wszystkie operacje humanitarne pozostaną sparaliżowane” – uważa bp Hinder.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję