Reklama

Życie jest dorastaniem do śmierci

Kiedy wchodzę do kaplicy, mam świadomość, że oni wszyscy tutaj są. Mam ich blisko siebie. I jest ich coraz więcej. Nawet gdy ich nie pamiętam z imienia i nazwiska, są w prawdzie świętych obcowania - mówi s. Kinga - Grażyna Mrozek - przełożona Zgromadzenia Sióstr Albertynek i kierownik Hospicjum bł. s. Bernardyny Jabłońskiej w Miechowie

Niedziela kielecka 45/2010

W dzieciństwie Pan Bóg mnie bardzo hartował, ale całą radość życia oddał mi w Zgromadzeniu - przyznaje. Urodziła się w 1 kwietnia 1966 r. w rodzinie robotniczo-chłopskiej w Przysietnicy, w pobliżu Starej Wsi koło Brzozowa, o którym mówi się - Brama Wjazdowa do Bieszczad.

Prababcia wymodliła powołanie

Jako najstarsza z czworga rodzeństwa musiała bardzo szybko dorosnąć. - Moje dzieciństwo było szare i ponure. Byłam typowym dzieckiem komunizmu. Wychowana na telewizji, serialach, szukałam jednak czegoś więcej. Chciałam być szczęśliwa, podświadomie czułam, że życie nie polega na tym.
Rodzice nie poświęcali dzieciom zbyt dużo czasu. Byli zajęci licznymi obowiązkami w gospodarstwie i w pracy. - Na budowie u ojca normą był alkohol, mama ciężko pracowała w fabryce firanek. Ojciec przychodził albo pijany, albo z awanturą. Nie miałam z nim kontaktu i do tej pory, choć wybaczyłam, czuję gdzieś w sercu ból - opowiada s. Kinga.
Grażynka opiekowała się rodzeństwem, zwłaszcza młodszym bratem, który w dzieciństwie był chorowity. Dużo ciepła i miłości dawała jej prababcia Franciszka Zubel. - Była kobietą bardzo biedną. Do końca zajmowała się chorym mężem. Została wdową w wieku 33 lat z trójką dzieci. Najstarszą córkę wywieźli do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, gdzie spędziła 4 lata. Prababcia była pobożna, zawsze uśmiechnięta, dla mnie - ideał ciepła dobroci - podkreśla. Prababcia chorowała na gościec przewlekle postępujący. Pamięta jej zdeformowane obolałe dłonie, cierpiała, ale nigdy nie narzekała. Grażynka czytała jej książki, robiła zakupy, pomagała w codziennych obowiązkach. To było jej pierwsze zetknięcie się z potrzebującym. - Myślę, że prababcia wymodliła mi powołanie - mówi.

Zaufałam i skoczyłam

Po zakończeniu VIII klasy złożyła podanie do zakonu, jednak w realizacji zamiarów przeszkodził jej stan wojenny. Poszła do szkoły zawodowej. Nie przestała jednak myśleć o klasztorze. Na katechezie zafascynowała ją postać Brata Alberta. - Żył dla innych, chociaż sam był niepełnosprawny (nogę stracił w powstańczej bitwie), potrafił wszystko dla ubogich zostawić, nawet malarstwo - mówi. - Także chciałam zrobić coś więcej, żyć dla innych, mieć jasną drogę, skutecznie pozbyć się egoizmu, „być” bardziej niż „mieć” - podkreśla. Po ukończeniu szkoły ostatecznie postanowiła wstąpić do zakonu.
Zgromadzeń było wiele. Które wybrać? - Powiedziałam sobie w duchu: pierwszy adres, o jakim usłyszę, będzie tym, pod który się zgłoszę. To będzie moje „runo” dla Pana Boga. Zaufałam Panu Bogu i skoczyłam na głęboką wodę - mówi.
Jej mama pracowała z koleżanką, która miała kuzynkę w Krakowie z Zgromadzeniu Sióstr Albertynek. Mówiła o ich charyzmacie, o posłudze sióstr, „że są takie radosne i dobre”. To było właśnie to. W 1984 r. zgłosiła się do klasztoru Sióstr Albertynek przy Woronicza w Krakowie. W nowicjacie było ich 45. Pochodziły z różnych środowisk, miały różne wykształcenie i charakter. Zgromadzeniu s. Kinga zawdzięcza całą formację i możliwość wzrastania w wierze. Tutaj spotkała przewodników duchowych i przyjaciół. - Mistrzyni s. Rafaela i o. Bruno sprostowali mój obraz Pana Boga. W Zgromadzeniu odnalazłam całą radość życia - wyznaje.

Reklama

Albertynka

Jako postulantka pracowała z dziećmi niepełnosprawnymi w Grojcu koło Oświęcimia. Potem w domach pomocy społecznej z dorosłymi. W 1988 r., zaraz po formacji w nowicjacie i pierwszym roku junioratu, trafiła do domu sióstr albertynek w Kielcach. W mieście pracowała w Domu Pomocy Społecznej. Tutaj ukończyła Liceum dla Pracujących. Po ślubach wieczystych i szkole pielęgniarskiej Zgromadzenie posłało ją ponownie do DPS w Kielcach już jako pielęgniarkę. Pracowała następnie w Lubaczowie w DPS dla dzieci, Przemyślu, gdzie posługiwała w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym. W wieku 33 lat w została po raz pierwszy przełożoną i kierownikiem DPS w Tarnowie. Dom był duży - 260 chorych, 150 pracowników. Tutaj zdobywała doświadczenie w zarządzaniu zespołem, uczyła się organizacji pracy, cierpliwości i wytrwałości. Po trzyletniej kadencji wyjechała na dwa lata do Stanów Zjednoczonych. Półtora roku pracowała wśród biednych w Chicago. Wydawała posiłki i odzież. Przychodzili do kuchni dla ubogich, gdzie pracowała razem z dwiema siostrami, bezdomni Meksykanie, imigranci z krajów afrykańskich, nie mogący przystosować do nowej rzeczywistości. W tym kulturowym tyglu nie czuła się zbyt dobrze. Na początku problemem była bariera językowa (musiała się uczyć jednocześbie angielskiego i hiszpańskiego), potem doszły kłopoty zdrowotne. Po dwóch latach przełożeni zadecydowali o powrocie s. Kingi do kraju. Sześć lat temu Zgromadzenie oddelegowało ją do Miechowa na przełożoną Domu sióstr albertynek oraz kierownika Hospicjum bł. s. Bernardyny Jabłońskiej. Hospicjum istnieje od 12 lat i działa w strukturach Caritas Kieleckiej. Zostało powołane z inicjatywy Fundacji Ziemi Miechowskiej przy wsparciu Caritas oraz władz samorządowych. Mieści się w wyremontowanym i przebudowanym budynku po dawnym szpitalu z XIX wieku. Od dwóch lat trwa rozbudowa hospicjum. Obecnie budynek jest w stanie surowym zamkniętym. W przyszłości nowa część ma pomieścić około 40 pacjentów.
- Całe życie uczyli mnie pływać, teraz karzą fruwać - mówiła siostra o tej nominacji. Była świadoma, że hospicjum rządzi się innymi prawami niż domy pomocy społecznej. Tutaj nie chodzi jedynie o dobre wykonywanie zawodu, ale umiejętność empatii, tworzenie atmosfery współpracy i warunków, w których pacjent cierpiący będzie mógł przeżyć ostatnie chwile swojego życia jak najgodniej. Zaznacza, że nadrzędnym i ostatecznym dobrem jest pacjent, a trzeba się mocno pogimnastykować, by przy całym zaangażowaniu w opiekę nad chorym i umierającym, „pielęgnować” również procedury i zadowolić Narodowy Fundusz Zdrowia. - W szpitalu „pielęgnuje” się procedury, w hospicjum człowieka - mówi.

Pozwalają wzrastać miłości

Jednak początki pracy w nowej placówce były bardzo trudne dla s. Kingi. - Przywieźli pacjenta wychudzonego do granic możliwości, z dużą gulą krwi w ustach. Pielęgniarka musiała wyjąć tę gulę, ponieważ mógł się nią zadławić. Mnie zaczęło wszystko fruwać przed oczami, zaraz zemdleję - myślałam. - Panie Boże, widzisz, chcę, ale nie mogę, nie dam rady, chyba ode mnie za dużo wymagasz. Jeden, drugi, trzeci taki lub podobny przypadek. Potem pokłóciłam się z Panem Bogiem i zrozumiałam - to jest właśnie taka Boża ekonomia. Pan Bóg jeśli od nas czegoś wymaga, wzywa nas do oddania się Jemu bez reszty. Jeśli Mu zaufasz, dasz radę - tłumaczy siostra.
W skromnym budynku mieści się osiem sal i 16 łóżek, cztery dostawki, bo zapotrzebowanie jest bardzo duże. Ponadto łazienki, pokój dla pielęgniarek, niewielka świetlica z holem, który zastępuje świetlicę lub pomieszczenie do terapii zajęciowej. W ciągu roku z pomocy stacjonarnego hospicjum korzysta ponad 100 osób, ponadto blisko 80 pacjentów pod swoją opieką ma domowe hospicjum. Niestety wszystkich albo prawie wszystkich trzeba pożegnać.
Niewielkie dwuosobowe przytulne sale dają pacjentom poczucie minimum komfortu, klimat spokoju i bezpieczeństwa. Personel: 16 pielęgniarek, trzech lekarzy, kapelan, dwóch psychologów, pracownik socjalny, terapeuta zajęciowy, wolontariat, opiekunki - to zespół ludzi potrafiących ze sobą współpracować dla pacjenta. W takim miejscu niezbędna jest formacja, stała praca nad sobą. Co miesiąc organizowane są spotkania organizacyjno-szkoleniowe, od czasu do czasu integracyjne, które chronią pracowników przed wypaleniem zawodowym, ponieważ ciągły kontakt z umierającymi jest dla nich dużym obciążeniem psychicznym. Wsparciem objęte są nie tylko pacjenci, ale także rodziny.
W ostatnią sobotę miesiąca w kaplicy ksiądz kapelan odprawia Mszę św. za zmarłych w poprzednim miesiącu. Kaplicę wypełniają ich rodziny i najbliżsi. - To są głębokie spotkania i bardzo ważne chwile, rodziny dostrzegają, że nie są same, że obok nich też ktoś cierpi, że Pan Bóg nie uwziął się na nich - opowiada s. Kinga.
- Jaki sens ma to życie? - szczególnie mocno to pytanie brzmi, jeśli chory jest już zdany wyłącznie na innego. S. Kinga podkreśla, że „chorzy pozwalają wzrastać naszej miłości, dobroci i człowieczeństwu”. Tutaj personel wsłuchuje się w potrzeby umierającego. Pewien starszy pan zapragnął przed śmiercią zobaczyć Sukiennice, w Krakowie był bardzo dawno, przed wojną. W hospicjum spełniło się jego marzenie. Znowu zobaczył Kraków.
Tłumaczy, że ta posługa uświadamia jej „że zdrowie i życie jest darem. Należy żyć tak, aby go nie zmarnować”. We współczesnym świecie nie rozmawia się na temat śmierci, spycha się ją na margines. Trzeba na chwilę się zatrzymać, zastanowić. - Z chwilą urodzin każdy człowiek ma już wypisaną datę śmierci. Życie jest cyklem dorastania do śmierci, do doskonałości, do tego żeby się uszlachetnić, żeby jak najlepiej swój czas na ziemi wykorzystać - mówi.

Bezcenna lekcja

W 2008 r. miechowskie hospicjum zostało laureatem nagrody „Kryształy soli”. Kapituła napisała w uzasadnieniu: „Za szczególny charakter pełnionej misji, za codzienną albertyńską pracę na rzecz ciężko chorych w schyłkowym okresie życia. Za wielki profesjonalizm, poświęcenie, ciepło oraz serdeczność niosącą ulgę w cierpieniu choremu i jego bliskim. Za dawanie społeczeństwu, zwłaszcza młodemu pokoleniu bezcennej lekcji miłości, życzliwości, troski o drugiego człowieka”.
Rzeczywiście, hospicjum może być dumne ze swoich młodych wolontariuszy przygotowanych i przeszkolonych. Grupą blisko 20 wolontariuszy zajmuje się koordynatorka. Odwiedzają pacjentów, towarzyszą cierpiącym i umierającym, swoją obecnością, uśmiechem dobrym słowem czynią ich życie radośniejszym i lepszym. W wolontariacie tzw. akcyjnym jest ok. 100 młodzieży, zajmuje się nimi s. Joanna katechizująca w miejscowym Liceum. Organizują kwesty podczas akcji „Pola Nadziei”, „Hospicjum to też życie”. Zdarza się, że ich wolontaryjna służba wpływa na wybór drogi życiowej. Jak w przypadku licealistki, która postanowiła zostać psychologiem i pracować w hospicjum czy innego wolontariusza, który zdecydował się pójść na medycynę.
W lipcu 2010 r. w hospicjum miechowskim, po długiej i ciężkiej chorobie spędziła ostatnie chwile życia znana i ceniona aktorka. W holu wisi jej fotografia - piękna, uśmiechnięta kobieta. Dookoła podpisy rodziny i podziękowania dla sióstr, personelu i wolontariuszy, którzy towarzyszyli Marcie do końca.
- Umierający przypominają mi cały czas o Panu Bogu jako o ostatecznym celu. Kiedy ktoś umiera tak młodo, pytamy: dlaczego Pan Bóg zabiera go w najlepszym momencie życia? Osiągnął doskonałość? A może już na nic więcej go nie stać? Ale przecież nieważna jest długość życia, ale jakość. Tutaj codziennie zdaję sobie sprawę z tego, że tak naprawdę tyle mamy, ile damy z siebie innym - mówi siostra.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zabobony grzech czy głupota?

2020-06-30 10:09

Niedziela Ogólnopolska 27/2020, str. 10-13

[ TEMATY ]

zabobon

Adobe Stock

Wydawać by się mogło, że z codziennego języka znika słowo „zabobony”. Nie jest ono w powszechnym użyciu, a młodsze pokolenie być może nawet nie wie, co w ogóle oznacza. A może marginalizowanie nazwy, kiedyś powszechnej, tym bardziej wskazuje na zagrożenia kryjące się za tym, co ona za sobą niesie? Czym zatem są zabobony?

Wielu katolików, chociaż nie tylko, wciąż porusza się między zabobonem a wiarą czy też między wiarą a zabobonem. Zabobon w ciągu dziejów zawsze „krążył” gdzieś w pobliżu wiary. Wiara rozumna, nieustannie „szukająca zrozumienia”, wręcz żyjąca w symbiozie z rozumnością, nie dopuszcza wszakże do siebie zabobonów.

Zabobony stanowią wykwit wiary niedojrzałej, powierzchownej, prymitywnej. Właściwie więcej mają wspólnego z niewiarą. Pędzą one „własne życie” w społeczeństwach zlaicyzowanych, w których w sferze obrzędowości można odnaleźć pozostałości wiary religijnej i w które zabobony najchętniej się wdzierają. Wiara w zabobony ostatecznie uderza w wiarę istoty słabej, którą jest człowiek powołany do powierzenia swojego losu Istocie Silnej – Bogu.

Sfera zabobonów, wraz z marginalizacją religii, globalizacją sekularyzmu – być może – będzie się powiększała. Będą one przybierały różne wyrazy i upostaciowienia, często zawoalowane. Jako takie nie mogą być obojętne dla myśli, analizy, oceny podejmowanej przez różne nauki, w tym teologię i antropologię.

Odwrócenie religii

Systemy filozoficzne, inspirujące do działań mających na celu rugowanie religii z życia codziennego, pozostawiły człowieka samemu sobie. Agitatorzy i funkcjonariusze tych systemów przekonywali „masy”, że kiedy odejdzie w niepamięć największy zabobon – religia, ludzkość wyzwoli się z tego wszystkiego, co jest fikcją, porzuci „ufantastycznione odbicie realnego świata” (tak religię definiowano w leksykonach wydawanych w PRL) na rzecz materializmu. Człowiek osamotniony, bez możliwości uzyskania odpowiedzi na pytanie o sens życia, cierpienia i śmierci, zaczął szukać namiastek religii. Przeznaczony do wyzwolenia się z zabobonów zwrócił się ku ideologiom pseudoreligijnym, systemom magicznym, które są zawsze „odwróceniem religii”. O ile religia stanowi życiowy stosunek człowieka do Boga, to zabobony czy w ogóle magia wskazują na wolę panowania człowieka nad transcendencją.

Zastanawiający jest fakt, że wiara w zabobony staje się coraz bardziej powszechna wszędzie tam, gdzie nastąpiło religijne wyjałowienie. Człowiek odrzucający religię, odwracający się od wiary swoich przodków, od tradycji religijnej, która kształtowała rdzeń jego rodziny, skłania się ku irracjonalnym praktykom, mającym mu zapewnić komfort życia. Traktując zabobony jako elementy regulujące egzystencjalne procesy, wydarzenia, staje się ich niewolnikiem. Przyjmuje niektóre praktyki wypływające wyłącznie z wyobraźni, fantazji jako wiarygodne. „Miesza” w ten sposób, a nawet „miksuje” fikcję z rzeczywistością. Nieistniejący świat traktuje jako realny, a to, co faktyczne, naoczne – jako nieistniejące. Wraca w ten sposób do praczasów, kiedy to mitologia wraz ze wszelkimi stworami, istotami nadnaturalnymi, czynami legendarnych postaci była osnową życia plemion celebrujących swoją jedyność i wielkość. Od „wiary szukającej zrozumienia” przechodzi do bezrozumnych wierzeń, które nie potrzebują żadnych interpretacji, wyjaśnień.

Zabobony, „robiąc wrażenie” mocno związanych z konkretami życia, w końcu zapędzają tego, kto się im poddaje, w świat fikcji, w bajeczne i baśniowe scenerie. Ten, kto świadomie, dobrowolnie, bez jakiejkolwiek zewnętrznej presji porzuca rzeczywistość na rzecz fantasmagorii (złudzeń, iluzji, fantastyczności), za swoją decyzję ponosi odpowiedzialność moralną. Wybierany przez człowieka grzech wiary w zabobony odrywa go od tego, co jest realne. Człowiek zagubiony w grzechu, a nawet traktujący go jako swoją pożywkę, ucieka od siebie samego. W końcu grzech generuje zagubienie, bezsens, rozpacz. Wybór zabobonów jako regulatorów myślenia i postępowania czyni taką właśnie pustkę. Na dłuższą metę nie można się nimi kierować, jeśli jest się bowiem zagubionym wśród rzeczy widzialnych, dochodzi się w końcu do zagubienia duchowego, niedostrzegania „rzeczy duchowych”.

Dekalog drogowskazem w życiu

O ile życiowy stosunek człowieka do Boga kształtuje jego sumienie, serce, rozum, to relacja człowieka z fikcją coraz bardziej pogrąża go w lęku, strachu. Paraliżuje jego wolność. Ubezwłasnowolnia go. Odtąd nie on kieruje swoim losem, ale to, co fikcyjne, wprowadza go w totalną dezorientację. Wierzący w Boga kieruje się w swoim życiu bojaźnią Bożą, czyli odwagą podejmowania odpowiedzialnych wyborów moralnych, zgodnie z Dekalogiem oraz nauką Jezusa z Kazania na Górze. Bóg nieustannie wzywa człowieka do odwagi i męstwa. Konieczne są one do tego, by bezkompromisowo demaskować to wszystko, co czyni go zniewolonym.

Pierwsze przykazanie Boże, wyryte na pierwszej tablicy Dekalogu, jest imperatywem, którego przestrzeganie nigdy nie doprowadzi do tego, by przedmioty, rzeczy, wyobraźnia zapanowały nad ludzkim rozumem. „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną” (por.: Wj 20, 3; Pwt 5, 7) to wezwanie do rozsądku, niepozwalające na oddawanie czci boskiej temu, co na cześć tę żadną miarą nie zasługuje. Nie można poddać się władaniu tego, co nie istnieje. Grzech bałwochwalstwa, uległości idolom wypływa ostatecznie z pychy człowieka. Nie jest mu potrzebny Bóg prawdziwy, prawdziwe są bowiem zabobony, których przestrzeganie ma gwarantować szczęście – nie kiedyś, w przyszłości, ale już teraz, w tej chwili, natychmiast.

Stworzony przez Boga człowiek został obdarzony rozumem. To przede wszystkim dzięki Niemu stanowi on „obraz i podobieństwo Boga” (por. Rdz 1, 26-27). Dzięki odpowiedzialnemu używaniu rozumu, refleksji, analizowaniu swoich myśli, pragnień, czynów najbardziej upodabnia się do Stwórcy. Rozum pozwala człowiekowi ustrzec się przed złem, przed pokusami czy wręcz atakami złego ducha. Rozum osłabiony przez wiarę w zabobony natomiast nie jest w stanie się obronić przed destrukcyjnym oddziaływaniem zła.

Wiara w zabobony wyłącza krytyczne myślenie. W takiej sytuacji to nie człowiek kieruje swoim losem, ufnie otwarty na wolę Bożą i zrządzenia Bożej Opatrzności, lecz ślepy los prowadzi człowieka donikąd. Kierujący się zabobonami ujawnia jednocześnie brak zaufania wobec Boga. W tym wyraża się istota grzechu ludzi poddanych zabobonom. Nie można żadną miarą połączyć wiary w Boga z wiarą w gusła, wróżby, przepowiednie, wytwory wyobraźni.

Człowiek świadomie wybierający głupotę ponosi za tenże wybór odpowiedzialność. Głupotę rozumiemy tu nie jako określenie jakiejś niepełnosprawności intelektualnej, lecz jako apoteozę fikcji, tego, co nie ma żadnego wpływu na bieg życia, co przeczy Boskiej trosce o człowieka i świat.

Otchłań nieporozumienia

Czy i jakie są granice między wiarą w Boga a wiarą w przesądy? Czy istnieje linia demarkacyjna oddzielająca te dwie postawy? Na pewno wiara w zabobony, przesądy oznacza detronizację Boga jako Pana życia, tego wszystkiego, co o nim stanowi i w czym się ono wyraża. Między jedną wiarą a drugą istnieje otchłań nieporozumienia. Wierzący w Boga pozostaje z Nim w relacjach właściwych dla osób. Ich szczytem jest miłość – jako bezwarunkowe, bezgraniczne oddanie się drugiej stronie, tu: stworzenia – Stwórcy. Między miłością do Boga a poddaniem się przesądom zionie przepaść. Człowiek wierzący w zabobony zaczyna się upodabniać – z własnej woli – do rzeczy, którą można manipulować, przestawiać z jednego miejsca na drugie. Poddając swoją wolę przesądom, staje się ich niewolnikiem.

Jak to jest możliwe, że wielu chrześcijan, mimo deklaracji wiary w Boga, na przekór wyznawanej oraz praktykowanej wierze, poddaje się zabobonom? Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że deklarowana przez nich wiara nie została wyzwolona ze złogów nieufności, zwątpienia, bezmyślności. Jest wiarą płytką, powierzchowną, niepogłębianą, bez zakorzenienia „do końca” w Ewangelii.

Człowiek, który nie realizuje w codzienności przykazania miłości Boga i bliźniego, który się nie modli (nie tylko tradycyjnym pacierzem porannym i wieczornym, ale każdą chwilą dnia), który nie karmi się łaską sakramentów, nie czyta i nie rozważa codziennie (a nie tylko „od wielkiego dzwonu”) Pisma Świętego, który twórczo nie przeżywa swojego cierpienia – w gruncie rzeczy odchodzi od wiary w Boga.

Kierujący się zabobonami wątpią w moc Boga oraz w Jego pomoc i opiekę. Do poddania się im przyczyniają się brak nadziei pokładanej w Bogu i poszukiwanie jej w przesądach czy zaklęciach. Według teologii katolickiej, zabobony są w sprzeczności z racjonalnym myśleniem oraz w ogóle z wiarą chrześcijańską. Wskazują na trudności w poznawaniu rzeczywistości.

„Złe oko”

Według statystycznych sondaży, ponad połowa dorosłych Polaków ma się przyznawać do wiary w przesądy. Trzymanie kciuków ma przynieść jeśli nie szczęście, to na pewno powodzenie temu, za którego kciuki te się trzyma. Trzynasty dzień miesiąca musi być pechowy, a bezwzględnie taki jest trzynasty dzień wypadający w piątek. Niektórzy ludzie nie chcą mieszkać na trzynastym piętrze wieżowców (zdarzają się skrajne, usankcjonowane administracyjnie przypadki, kiedy po dwunastym piętrze następuje piętro czternaste). Wielu nie chce się witać przez próg, byłaby to bowiem niechybna zapowiedź nieporozumienia czy niezgody między pozdrawiającymi się. Można spotkać rodziców czy dziadków, którzy zawiązują czerwoną wstążeczkę w łóżeczku czy w wózku dziecka, na wysokości jego głowy, by w ten sposób „złe oko” go nie sięgło i nie sprowadziło na nie choroby, nieszczęścia.

Wierzący w zabobony coraz bardziej pogrąża się w strachu, trwodze. Boi się „złych oczu” czy „złego oka”, które może spowodować szkody dosłownie wszędzie. Mieszkający na wsi nie mogą człowieka o takich „oczach” wprowadzać do obory, może bowiem sprowadzić chorobę bydła czy innych zwierząt. Nie może on pojawić się na podwórzu domostwa między ptactwem domowym – mógłby porazić kury złym spojrzeniem i niechybnie spowodować śmiertelną walkę między nimi. Nie można się chwalić kwiatami przed człowiekiem o „złym oku” czy w ogóle wprowadzać go do ogrodu, gdyż od jego spojrzenia kwiaty zwiędną.

Zmarły nie może „oczekiwać” na swój pogrzeb przez niedzielę, musi być koniecznie pochowany chociażby w sobotę wieczorem – inaczej ktoś inny w rodzinie szybko umrze. Wierzący w zabobony nie podniesie kwiatu, który wypadł z wieńca czy z wiązanki w czasie procesji w kondukcie pogrzebowym w drodze na cmentarz bądź już na cmentarzu. Gdyby się schylił po tenże kwiat, z pewnością ktoś z jego bliskich albo i on sam rychło by umarli. Podobnie niektórzy gdy widzą, że jodła lub świerk wyrastają ponad dach jednorodzinnego domu, niezwłocznie wspinają się niemal na szczyt drzewa, by ściąć jego stożek wzrostu. Gdyby tego nie zrobili, oznaczałoby to śmierć gospodarza.

Wierzący w zabobony stawia bądź zawiesza w korytarzu swojego domu portret Żyda, chociaż nic a nic nie wie o żydach i judaizmie. Chce po prostu być bogaty. Panicznie boi się czarnego kota, który przebiega drogę przed jego autem. Niektórzy się nawet zatrzymują, by inny pojazd przekroczył linię przejścia kota z jednej strony jezdni na drugą. Nie chcą dla siebie nieszczęścia, ale los drugiego człowieka już ich nie interesuje. Kot z tego przesądu ma panować nad przyszłością człowieka, ma być przyczyną sprawczą takiego czy innego nieszczęśliwego zdarzenia. Wiara w jeden zabobon rodzi wiarę w kolejny. W ten sposób powstaje łańcuch powiązanych ze sobą ogniw głupoty.

Istnieją niemal niezliczone praktyki zabobonne, związane z określonymi świętami (Wielkanocą czy Bożym Narodzeniem), wspomnieniami świętych (np. Andrzeja), ceremoniami i obrzędami, które są określane przez antropologię i etnologię jako „ryty przejścia” (narodziny, zawarcie małżeństwa, pogrzeb), zwyczaje obrzędowości agrarnej. Wiele z tych praktyk zostało odziedziczonych po wcześniejszych pokoleniach. Zabobony przechodziły i wciąż przechodzą, jak na taśmie transmisyjnej, od jednego pokolenia do drugiego, wśród zarówno tych, którzy deklarują wiarę w Boga, jak i niewierzących. Najczęściej osoby te nie podejmują krytycznej refleksji nad tymi praktykami, chociaż nie krępują się o nich mówić innym, w tym duszpasterzom.

Katolik wierzący w zabobony sercem swoim jest przy nich, a nie przy Bogu. Nie chce poznać do końca prawdy o sobie, ona bowiem domagałaby się bezkompromisowego nawrócenia, całkowitego zaufania Bogu, miłosierdziu Bożemu. Stwierdzenie to powinno być zachętą do podjęcia przez duszpasterzy i teologów katechezy mającej na celu wyzwolenie katechizowanych (od dzieci poczynając, na starcach kończąc) z fikcji zabobonów na rzecz prawdy wiary w Boga.

Katechizm Kościoła Katolickiego:
„Nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną!”
2110. Pierwsze przykazanie zabrania oddawania czci innym bogom poza Jedynym Panem, który objawił siebie swojemu ludowi. Zakazuje zabobonu i bezbożności. Zabobon to pewnego rodzaju wynaturzony przerost religijności; bezbożność jest wadą sprzeciwiającą się, przez brak, cnocie religijności.
Zabobon
2111. Zabobon jest wypaczeniem postawy religijnej oraz praktyk, jakie ona nakłada. Może on także dotyczyć kultu, który oddajemy prawdziwemu Bogu, na przykład, gdy przypisuje się jakieś magiczne znaczenie pewnym praktykom, nawet uprawnionym lub koniecznym. Popaść w zabobon – oznacza wiązać skuteczność modlitw lub znaków sakramentalnych jedynie z ich wymiarem materialnym, z pominięciem dyspozycji wewnętrznych, jakich one wymagają.

Eugeniusz Sakowicz
kierownik Katedry Religiologii i Ekumenizmu w Instytucie Nauk Teologicznych na Wydziale Teologicznym UKSW oraz członek Komitetu Nauk Teologicznych PAN.

CZYTAJ DALEJ

PKW: frekwencja wyborcza na godz. 17

2020-07-12 19:09

[ TEMATY ]

wybory

wybory 2020

PAP/Marcin Bielecki

Frekwencja w II turze wyborów prezydenckich na godz. 17 wyniosła 52,1 proc. osób uprawnionych do udziału w tych wyborach - poinformował w niedzielę przewodniczący Państwowej Komisji Wyborcza Sylwester Marciniak na konferencji prasowej.

Państwowa Komisja Wyborcza podała informację o frekwencji na godz. 17 na podstawie danych otrzymanych od wszystkich 25 423 obwodowych komisji wyborczych powołanych w stałych obwodach głosowania na obszarze całego kraju.

"W wyborach prezydenta RP według stanu na godz. 17 liczba osób uprawnionych do udziału w wyborach wyniosła 29 mln 359 tys. 152 osoby. Wydano karty do głosowania 15 mln 295 tys. 512 osobom uprawnionym, co stanowi 52,1 proc. w stosunku do liczby uprawnionych do udziału w tych wyborach" - poinformował przewodniczący PKW.

Przed dwoma tygodniami (28 czerwca) w pierwszej turze wyborów frekwencja wyborcza na godz. 17.00, jak podała wtedy Państwowa Komisja Wyborcza, wyniosła 47,89 proc. uprawnionych do głosowania.

W poprzednich wyborach prezydenckich, w 2015 r. frekwencja wyborcza w II turze wyborów prezydenckich na godz. 17.00 wyniosła 40,51 proc. (PAP)

autor: Monika Zdziera, Aleksandra Rebelińska

mzd/ reb/ mok/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję