Reklama

Nadal bądź taka

Nigdy nie spodziewała się, że spodoba się jej inny kraj niż Polska. Nie w głowie były jej podróże. Obce kraje, które widziała na zdjęciach w albumach i w telewizji, były piękne, ale nie pociągały jej. Polska była domem i nie zamierzała go opuszczać. To dziwne, że tak szybko pokochała Ukrainę, ludzi tam żyjących i ciężką pracę „na ugorze”. Zawsze, gdy wraca do Polski, już tęskni, aby tam wrócić, bo przecież tam na nią czekają.

Niedziela kielecka 8/2010

Pani Barbara Szyposzyńska w swoim życiu doświadczyła wielu cudów. - Pan Bóg mnie wykopuje i przesadza jak roślinę, popycha i wskazuje drogę - mówi.

Znajdą cię

Dawno temu jako mała dziewczynka, podczas zabawy w szkole usłyszała od majora Wojska Polskiego: „siedź w kącie, a znajdą cię”. Mocno trzymała się tej zasady. Nigdy się do niczego nie pchała, nie była przebojowa - zawsze ją znajdowali. I wtedy, gdy trzeba było organizować oazy, i wtedy, gdy trzeba było pomagać niepełnosprawnym, i wtedy, gdy trzeba było pojechać na Ukrainę.
Urodziła się w Dębie koło Końskich. Mieszkała na wsi, więc nieobce jej były prace w gospodarstwie. Pasła gęsi, krowy. Lubiła śpiewać i tańczyć. Po przeciwnej stronie drogi, na wprost domu, była remiza strażacka, w której odbywały się zabawy. Bywało w czasach szkoły średniej czy studiów, że wracając z krowami z pastwiska, mijała wystrojone dziewczyny, które szły na potańcówkę. Czuła się wtedy jak Kopciuszek.
Rodzice byli prostymi ludźmi, mieli ukończone tylko kilka klas, ale posiadali ogromną „Bożą mądrość”. - Mamusia bardzo lubiła czytać Pismo Święte, była kobietą bardzo wierzącą. Nasz dom był zawsze otwarty dla wszystkich. Przychodziło do nas wiele osób, by się poradzić, porozmawiać. Mamusia wysłuchiwała wszystkich problemów i trosk. Staruszkom przychodzącym ze wsi zawsze dawała coś do zjedzenia - wspomina. To ona nauczyła ją robić znak krzyża i pierwszych modlitw, przekazywała jej wiarę nie tylko słowem, ale także cichą ciężką pracą, uśmiechem, każdym gestem.
Do dziś pamięta krótki wierszyk, którego się nauczyła od rodziców:
„Z Bogiem, z Bogiem każda praca, tak mawiali starzy; z Bogiem, z Bogiem zacznij wszystko - wszystko ci się zdarzy”. - Z Panem Bogiem „wszystko mi się wydarzyło” i za to jestem Mu wdzięczna - mówi.
Tato był krawcem, pracował w domu. Dzieciom czytał książki z historiami ze Starego Testamentu. W domu czuło się obecność Pana Boga. Dzień z Nim zaczynał się i kończył - rodzice choćby o północy modlili się cząstką Różańca.
- Nasiąkaliśmy miłością i prawdą, teraz jestem tym bogata, jak również dobrocią wspaniałego rodzeństwa i ich dzieci, które były i są moją ogromną podporą w służbie niepełnosprawnym - mówi.
Dzięki rodzicom, którzy dali jej „mocne fundamenty” i nauczyli szacunku do Pana Boga, Barbara nigdy w swojej wierze się nie zachwiała.

Życiowe wybory

Nigdy nie planowała swojej przyszłości. „Będzie to, co Bóg da” - mówiła i Pan Bóg ją prowadził. Nie miała specjalnych marzeń, lecz zawsze dostawała od Boga więcej niż prosiła.
Po szkole podstawowej wybrała technikum, ponieważ brat mówił, że to „fajna szkoła”. Technikum Mechaniczno-Odlewnicze dla niej, drobnej dziewczyny, nie wydawało się właściwym miejscem, a jednak właśnie tam spotkała wielu przyjaciół, którzy jej pomogli. W szkole istniało kółko teatralne „Kontakty”, prowadził je prof. Gustaw Sobieraj. Barbara szybko została „małą aktorką”. Recytowała i tańczyła. Grała też rolę nauczycielki, którą później została naprawdę.
Po ukończeniu technikum nie zamierzała iść na studia, jednak koledzy tak długo ją namawiali i pilnowali jej pod drzwiami dyrektora, że musiała wziąć i wypełnić dokumenty na wyższą uczelnię. Niestety, na filologię polską nie została przyjęta, oblała z języka rosyjskiego. Po co mi ten „ruski”, pytała często z irytacją! Przez rok pracowała w zakładach metalurgicznych. Jeden z kolegów dokształcał ją z fizyki. Koledzy mieli plan: „nie udało się jej wysłać na filologię, to będzie nauczycielem fizyki”. Po roku została przyjęta na WSP w Kielcach. Przygoda z fizyką zaczęła się na dobre.
Pewnego dnia na wykładzie z „polityki” profesor zadał pytanie: czy nauczyciel fizyki może, powinien, czy musi być ateistą? Czasy były komunistyczne, więc wiadomo, jakiej odpowiedzi oczekiwał. Dyskusja odbyła się na kolejnych zajęciach. Przygotowała się. Przytoczyła życiorysy wybitnych fizyków, którzy podkreślali, ze są ludźmi wierzącymi i wiara im pomaga w zrozumieniu praw rządzących światem. Profesor był rozdrażniony. Nie wiedział, że dyskusja pójdzie w tym kierunku.
- W moim życiu zawsze przyznawałam się do Pana Boga i zawsze to owocowało - podkreśla. Na egzaminie z polityki otrzymała m. in. pytanie o „trzeci świat”. Odpowiedziała niezbyt dobrze. Profesor popatrzył na nią, wpisał jej czwórkę, żartując: „no dobrze, może pani jechać na misje”.
Po studiach na misje nie pojechała, pojechała na oazę i tam podczas wspólnej modlitwy głośno prosiła: „Panie Jezu, mam uczyć fizyki, oddaję ci ręce, moją głowę i Ty ucz wraz ze mną”.

Reklama

Coś więcej niż nauczanie

Czas spędzony na pierwszej placówce (6 lat) - w SP nr 2 w Końskich, to był najpiękniejszy okres w jej życiu. W szkole dyrektor zaproponował jej wstąpienie do komunistycznej partii. Odpowiedziała, że jest osobą wierzącą i nie może wstąpić. Dyrektor nie był tym zdziwiony, znając rodzinę. Zdziwił się jednak, słysząc, że studia utwierdziły ją w wierze. Powiedział wtedy, że nie będzie miała żadnych przykrości zostając bezpartyjną.
Potem uczyła w Szkole nr 27 w Kielcach i w V LO im ks. Piotra Ściegiennego. Zmieniły się czasy, religia wróciła do szkół, w klasach powieszono krzyże. Każdy nauczyciel mógł modlić się z uczniami przed nauką. Barbara skrzętnie z tej możliwości korzystała. Nigdy nie doświadczyła przykrości ze strony uczniów. Bardzo zdolny uczeń na koniec nauki w LO, podziękował jej „za każde słowo, również nie o fizyce”. Podczas wigilijnych spotkań, dzielenia się opłatkiem słyszała życzenia: „nie zmieniaj się, nadal bądź taka”.

Wczasorekolekcje

- Tej wspaniałej przygody też nie szukałam, tylko Pan Bóg posłużył się sługą Bożym ks. Wojciechem Piwowarczykiem, którego poznałam w czasie studiów - mówi. Ks. Piwowarczyk poświęcił swoje życie m. in. osobom niepełnosprawnym. Poświęcał im swój czas i swoje siły. Dla nich odprawiał Msze św., organizował spotkania i wyjazdy. Im oddał swoje serce i dłonie. Barbarze zaproponował włączenie się w organizację trwających dwa tygodnie wczasorekolekcji. Zgodziła się. Urzekła ją służba niepełnosprawnym. Tak polubiła ten czas bycia z niepełnosprawnymi, że przez 27 lat jeździła z nimi na letnie wyjazdy. Zanim powstał Dom w Piekoszowie, jeździli przez 10 lat do Szewnej, potem Kazanowa k. Końskich, Zielenic, Sułoszowej, Tumlina i Morawicy. Był to czas pionierski. Budynki, w których mieszkali, nie były przystosowane do wypoczynku osób niepełnosprawnych. Trzeba było na miejsce przywozić całe wyposażenie od łóżek począwszy, na sztućcach skończywszy.
Po jakimś czasie zamieszkała w budującym się Domu dla Niepełnosprawnych w Piekoszowie. Pracy było dużo. Wraz z koleżankami porządkowały działkę i sprzątały po kolejnych etapach prac budowlanych. Kwiaty rosnące przed Domem znalazły się pod szczególną opieką Barbary. Była „etatową ogrodniczką”.
Jako nauczyciel miała dwa miesiące wakacji i w tym czasie prowadziła nawet 3 turnusy wczasorekolekcji. Wszystkie urzędowe sprawy związane z organizacją turnusów załatwiała z dwiema przyjaciółkami. - Rozliczałyśmy turnusy, jeżdżąc do PFRON-u w Katowicach. Sama się dziwię, ile może Bóg, posługując się kimś całkiem przeciętnym - mówi. Ktoś kiedyś im powiedział, że robią takie rzeczy, ponieważ nie wiedzą, że są niemożliwe do zrobienia. Chyba to była prawda.
Po ok. 8 latach przeprowadziła się do Kielc, by zamieszkać z 90-letnią fundatorką Domu dla Niepełnosprawnych Izabelą Borowską, by służyć jej pomocą. Dom w Piekoszowie zawdzięcza jej bardzo wiele. Oprócz finansów włożyła ogrom serca i pracy. - Uważam za wspaniały dar Pana Boga, że mogłam mieszkać z tak niezwykłą osobą - wspomina.
Dobrze pamięta wakacje w 2006 r. Tak jakoś się złożyło, że zaczynała turnus z niepełnosprawnymi, a ks. Krzysztof Sochacki, pracujący od roku na Ukrainie, kończył turnus poprzedni, na który przywiózł trzy osoby z Ukrainy. Podczas rozmowy z kapłanem zwierzyła się, że ledwo żyje, dodając żartobliwie, że potrzebna jej jest „jakaś pustynia”. Ks. Krzysztof odpowiedział z uśmiechem: - Tak? To ja mogę załatwić pustynię na Ukrainie. Za dwa miesiące wrócili do rozmowy. Pustynia była załatwiona.

Merefa

Ukraina ją zauroczyła. Nie myślała, że tak ją pochłonie, tak ją wciągnie i skradnie jej serce. To piękny kraj poranionych przez lata komunizmu ludzi, którzy wciąż szukają odpowiedzi na pytanie, jaki jest sens życia.
Ks. Sochacki odszukał niepełnosprawnych z okolic Merefy. Aby przyjąć większą liczbę osób, zrobił dwupiętrowe łóżka i zorganizował rekolekcje. Zaczęło się!
- Takie polowe warunki, w których czuję się lepiej niż w luksusach, przypomniały mi pierwsze wyjazdy z niepełnosprawnymi - mówi.
Na Ukrainie w Merefie znalazła rodzinną atmosferę, taką jaka była we „wczesnym Piekoszowie”. Niezwykle energiczny ks. Krzysztof nazywany jest przez miejscowych „ojcem”. Organizuje nocne czuwania, odbywające się przed pierwszą sobotą miesiąca, w których chętnie uczestniczy młodzież. Na te modlitewne spotkania przyjeżdżają nawet ukraińscy księża. Często się zdarza, że Pana Jezusa adoruje pięciu kapłanów. Bywają dni skupienia dla chętnych, ogniska i różne spotkania, które ks. Krzysztof wykorzystuje do katechizacji. Przy stole z posiłkami nie rozmawia się tu o błahostkach, ale o Panu Bogu. Ludzie chłoną tę religijną wiedzę.
Parafia rozwija się, teraz jest już około 30 wiernych. Na Mszę św. przyjeżdżają nawet z Charkowa. Ks. Krzysztof postarał się, aby stary dom, w którym mieszka, służący także jako miejsce do sprawowania Mszy św., choć trochę przypominał dom modlitwy. Na placu ustawił kapliczkę z figurą Matki Bożej oraz wybudował dzwonnicę, ktoś inny ofiarował dzwon. Postawił ogromny krzyż w miejscu, na którym ma nadzieję - jeśli Bóg pozwoli - postawić kościół. Dzwon swoim dźwiękiem zachęca wiernych do modlitwy i nie tylko. Pewnego dnia miejscowa kobieta, była komunistka, zainteresowana, dlaczego dzwon dzwoni, weszła do „kaplicy” i tak się jej spodobało, że została. Zaczęła chodzić na Msze św. Coś ją zauroczyło. Ochrzciła się. Mimo wieku, uczy się języka polskiego w szkole. Nauczycielce powiedziała, że Kościół stał się jej rodziną.
Pani Barbara jest katechetką, gospodynią, kościelną, prowadzi modlitwy, czuje się potrzebna ludziom, których Pan Bóg w dalekiej Ukrainie postawił na jej drodze. Zawsze, gdy wyjeżdża do Polski, w ich oczach widzi pytanie: Czy wrócisz? Zawsze wraca. Tęskni za piękną Ukrainą, ludźmi szukającymi Boga.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Wybory prezydenckie: głosowanie w reżimie sanitarnym

2020-07-12 08:27

[ TEMATY ]

wybory

wybory 2020

wybory prezydenckie

Adobe Stock

Aby oddać ważny głos w niedzielnych wyborach należy postawić znak X w kratce przy nazwisku tylko jednego kandydata. Lokale wyborcze są otwarte od godz. 7 do 21; obowiązują specjalne zasady sanitarne. W pierwszej kolejności obsługiwani będą m.in. seniorzy, kobiety w ciąży i niepełnosprawni.

Wyborcy mogą sprawdzić swe miejsce głosowania m.in. w urzędzie gminy, na stronie internetowej gminy, na stronie internetowej PKW, gdzie znajduje się pełen wykaz obwodów głosowania oraz wyszukiwarka.

Do lokalu wyborczego trzeba wziąć dokument tożsamości; dokument pozwoli na znalezienie wyborcy w spisie i dopuszczenie go do głosowania. Jeśli zaś wyborca będzie korzystał z zaświadczenia o prawie do głosowania, komisja dopisze go do spisu wyborców.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia w lokalu wyborczym w pierwszej kolejności obsługiwane będą osoby powyżej 60 lat, kobiety w ciąży, osoby z dzieckiem do 3 lat oraz osoby z orzeczeniem o stopniu niepełnosprawności, z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego lub te, które ze względu na stan zdrowia nie mogą poruszać się samodzielnie.

W lokalu wyborczym jednocześnie przebywać będzie mogła nie więcej niż jedna osoba na cztery metry kwadratowe na jego ogólnodostępnej powierzchni, z wyłączeniem członków obwodowej komisji wyborczej.

Przy wejściu do lokalu wyborczego powinien znajdować się płyn do dezynfekcji rąk dla wyborców. W czasie trwania głosowania dezynfekowane muszą być powierzchnie: klamki, urny wyborcze, blaty stołów, urządzenia higieniczno-sanitarne, w tym armatura, uchwyty, włączniki światła i inne przedmioty oraz powierzchnie, które mogą być dotykane przez osoby przebywające w lokalu wyborczym. Ponadto, obwodowa komisja wyborcza ma zapewnić wietrzenie lokalu przed przystąpieniem do pracy oraz co najmniej raz na godzinę i przez co najmniej 10 minut.

W lokalu wyborczym wyborca ma obowiązek zakrywania ust i nosa. Członek komisji poprosi wyborcę o zdjęcie na chwilę maseczki, aby go zidentyfikować, a następnie wyda jednostronicową kartę do głosowania, która będzie zawierała nazwiska dwóch kandydatów na prezydenta.

Na każdej karcie znajdzie się informacja o sposobie głosowania. Autentyczność karty będą potwierdzały: wydruk pieczęci Państwowej Komisji Wyborczej (za granicą jest to pieczęć konsulatu) oraz odcisk pieczęci obwodowej komisji wyborczej.

Aby oddać ważny głos, należy wpisać znak X w kratkę znajdującą się po lewej stronie nazwiska wybranego kandydata. Za nieważny uznaje się głos, gdy wyborca w żadnej z kratek nie postawi znaku X lub zagłosuje na więcej niż jedną osobę.

W niedzielę głos będą mogły oddać także osoby głosujące korespondencyjnie. Będą mogły osobiście lub za pośrednictwem innej osoby dostarczyć kopertę zwrotną do obwodowej komisji wyborczej w obwodzie głosowania, w którym są wpisane do spisu wyborców. Koperty zwrotnej nie wolno wrzucać samodzielnie do urny wyborczej, musi ona trafić do członków komisji wyborczej.

Lokale wyborcze będą otwarte od godz. 7 do 21. Nawet jeśli wyborca przybędzie do lokalu wyborczego na kilka minut przed jego zamknięciem, obwodowa komisja wyborcza musi umożliwić mu oddanie głosu. Szefowa KBW Magdalena Pietrzak informowała, że w przypadku zebrania się kolejki przed lokalem wyborczym, o godz. 21 jeden z członków obwodowej komisji wyborczej stanie na końcu kolejki, zamykając tym samym grupę osób, które będą mogły zagłosować. Inne osoby, które po godz. 21 będą chciały dołączyć do kolejki nie będą dopuszczone do głosowania.

W wyborach będziemy mogli oddać głos na Andrzeja Dudę (z poparciem PiS) lub Rafała Trzaskowskiego (Koalicja Obywatelska).

Nie wolno wynosić kart do głosowania poza lokal wyborczy ani też odstępować komukolwiek takiej karty. Przepisy karne Kodeksu wyborczego mówią, że grozi za to kara grzywny, ograniczenia wolności, a nawet pozbawienia wolności do lat dwóch. Do urny musi być wrzucona kompletna karta głosowania. Karta, której część została oderwana i niewrzucona lub wrzucona osobno, będzie uznana za nieważną.

Od północy z piątku na sobotę do końca głosowania w całej Polsce obowiązuje cisza wyborcza. Podczas jej trwania, nie wolno prowadzić agitacji wyborczej, czyli publicznie nakłaniać lub zachęcać do głosowania w określony sposób. Oznacza to, że nie wolno zwoływać zgromadzeń, organizować pochodów i manifestacji, wygłaszać przemówień czy rozpowszechniać materiałów wyborczych. Cisza wyborcza obowiązuje także w internecie.

Za złamanie zakazu agitacji wyborczej grozi grzywna. Najwyższa grzywna, od 500 tys. zł do 1 mln zł grozi za publikację sondaży w czasie ciszy wyborczej. Chodzi zarówno o sondaże przedwyborcze dotyczące przewidywanych zachowań wyborców, wyników wyborów, jak i sondaże prowadzone w dniu głosowania.

PKW zaznacza, że o tym, czy coś stanowi złamanie zakazu agitacji wyborczej, mogą decydować tylko organy ścigania i sądy, a wyborca, który uzna, że naruszono ciszę wyborczą, powinien to zgłosić bezpośrednio policji lub do prokuratury.(PAP)

autorka: Aleksandra Rebelińska

reb/ tgo/

CZYTAJ DALEJ

Simoncelli: bez zawieszenia broni trudno będzie wygrać z koronawirusem

2020-07-12 16:32

[ TEMATY ]

wojna

koronawirus

Vatican News/ANSA

W starożytności przerywano wojny na czas igrzysk olimpijskich. W tym roku pandemia spowodowała przeniesienie olimpiady, ale wojny trwają nadal. W wielu krajach działania zbrojne uniemożliwiają walkę z koronawirusem, leczenie chorych, a nawet dostarczanie podstawowej pomocy humanitarnej.

Najtrudniejsza sytuacja jest obecnie w Jemenie i Syrii. Podobnie jest w Kamerunie, Republice Środkowoafrykańskiej czy Nigerii. Stąd niedawny apel papieża Franciszka o bezwarunkowe i natychmiastowe zawieszenie broni. „Bez poważnego potraktowania tego wezwania będzie trudno wygrać z pandemią” – uważa prof. Maurizio Simoncelli, specjalista w dziedzinie rozbrojenia, współzałożyciel międzynarodowego instytutu badawczego IRIAD zajmującego się promowaniem wiedzy naukowej na temat praw człowieka, rozbrojenia i zarządzania konfliktami bez użycia przemocy.

„Wojny nigdy nie wybuchają bez powodów, a powody są zazwyczaj takie same: kontrola terytoriów i ich zasobów. Tak stało się w Libii, gdzie pragnienie pokoju ustąpiło przed konfliktem międzynarodowym. Spójrzmy na Zatokę Perską i Syrię. Te konflikty nie mogłyby trwać tyle lat, gdyby wciąż nie była tam dostarczana broń i amunicja. Warto pamiętać, że konflikty są również poważnym biznesem. W historii wiele razy widzieliśmy, jak państwa, które domagały się zawieszenia broni, kończyły na eksporcie uzbrojenia na tereny objęte wojną – powiedział w wywiadzie dla Radia Watykańskiego Maurizio Simoncelli. – Dlatego bardzo trudne będzie wprowadzenie zawieszenia broni, aby pomóc ludności zagrożonej koronawirusem na terenach objętych konfliktem. Jest ich bardzo wiele, od Afryki po Bliski Wschód. Niedobór leków, słaba kondycja zdrowotna mieszkańców, brak wody i żywności sprawiają, że zagrożenie jest niezwykle poważne. Nie wystarczy potakiwać papieżowi, kiedy mówi o rozbrojeniu. Wiele państw to robi, ale nie zachowują się niestety konsekwentnie”.

W ubiegłym miesiącu biskupi Kamerunu i Republiki Środkowoafrykańskiej potępili kontynuację działań wojennych w obu tych krajach. Podobna sytuacja ma miejsce w Nigerii. „Wciąż jesteśmy na łasce bojówek terrorystycznych Boko Haram, zwłaszcza na północy kraju”– alarmuje arcybiskup Abudży, Ignatius Ayau Kaigama, podkreślając również zagrożenie koronawirusem, który jest jego zdaniem najniebezpieczniejszy dla najbiedniejszej części populacji.

Sytuacja jest tragiczna także w Syrii i w Jemenie, borykającymi się z najpoważniejszym kryzysem humanitarnym na świecie. Bp Paul Hinder, wikariusz apostolski w Arabii Południowej, zwraca uwagę na zniszczenie połowy infrastruktury medycznej w Jemenie oraz na brak bezpieczeństwa, który „utrudnia, a czasem uniemożliwia transport pomocy”. „Bez rozejmu między walczącymi stronami wszystkie operacje humanitarne pozostaną sparaliżowane” – uważa bp Hinder.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję