Reklama

Wiadomości

Relacja z USA

Ameryka na wojnie z wirusem

Gwałtownie rosnąca w Ameryce liczba zakażonych nowym chińskim koronawirusem SARS-CoV-2, która w chwili pisania tego artykułu wynosiła już ponad 400 tys. osób, zmusza władze federalne oraz stanowe do podejmowania coraz dalej idących środków prewencyjnych mających ograniczyć skutki pandemii. Do tej pory w USA zmarło prawie 13 tys. obywateli.

[ TEMATY ]

USA

pomoc

wojna

epidemia

Stany Zjednoczone

Ameryka

koronawirus

Mikołaj "Vonsky" Teperek, "Vonsky Channel"

Chicago

Prezydent Donald Trump zdecydował o wprowadzeniu w USA stanu nadzwyczajnego, taki krok miał m.in. umożliwić przekazanie poszczególnym stanom dodatkowych miliardów dolarów na walkę z koronawirusem. Stany Zjednoczone postanowiły przeznaczyć na ten cel astronomiczne kwoty pieniędzy i tym samym, mówiąc kolokwialnie, utopić skutki pandemii w morzu gotówki. Jeszcze w połowie marca, na Kapitolu przyjęto pierwszą specustawę pomocową, którą następnie podpisał prezydent Trump. Przewidywała ona m.in. nieodpłatne wykonywanie testów na obecność koronawirusa oraz płatne urlopy dla chorych na Covid-19 pracowników, za które zapłaci rząd federalny. Sprawa była istotna, bowiem w Ameryce nie ma gwarancji płatnych urlopów zdrowotnych na poziomie federalnym – kwestie tą reguluje ustawodawstwo stanowe oraz indywidualne umowy na linii pracodawca-pracownik.

Zaraz po ogłoszeniu swojej decyzji o stanie nadzwyczajnym republikański prezydent zawierzył Stany Zjednoczone opiece Boga. „Jesteśmy krajem, który na przestrzeni swojej historii zawsze zwracał się do Boga po ochronę i siłę na trudne czasy” – stwierdził Trump, prosząc Amerykanów o modlitwę za ojczyznę.

Obniżka podatków?

W kolejnym kroku Biały Dom rozważał radykalną obniżkę podatków od wynagrodzeń pracowniczych, co miało odciążyć zwykłych amerykańskich pracowników oraz przedsiębiorców. Pomysł ten napotkał jednak na ponadpartyjny sprzeciw w Kongresie. Republikanie oraz demokraci byli zgodni co do tego, że jest to rozwiązanie niezwykle kosztowne dla skarbu państwa, a pomoc jaka za jego sprawą dotarłaby do Amerykanów byłaby zbyt wolna i niewystarczająco skuteczna. Na Kapitolu oszacowano te koszty na 90 miliardów dolarów miesięcznie, co w skali roku dałoby astronomiczną kwotę rzędu 1 biliona dolarów amerykańskich. Dziennik „The New York Times” przypomniał, że to więcej niż kwota, którą w 2008 roku rząd federalny USA przeznaczył na ratowanie sektora finansowego Wall Street oraz więcej niż zakładała specjalna ustawa pomocowa z 2009 roku mająca zminimalizować skutki ogromnej wówczas recesji gospodarczej.

Reklama

Pozbawiony tych wpływów budżet Ameryki, mógłby mieć problem z wypłatą emerytur oraz świadczeń socjalnych dla najbiedniejszych obywateli. Obniżka podatków najbardziej odcisnęłaby się bowiem na funduszu ubezpieczeń społecznych, programach darmowej opieki medycznej medicare oraz medicaid dla osób ubogich oraz w podeszłym wieku i innych świadczeniach pomocowych dla najbiedniejszych.

Proponowana przez Biały Dom obniżka podatków zwiększyłaby wynagrodzenia średnio o 7,65 proc. jednak nie uwzględniałaby osób zarabiających głównie z napiwków oraz pracowników sezonowych, a to właśnie te grupy zawodowe bardzo mocno odczuwają negatywne skutki obecnej sytuacji. Zmniejszenie opodatkowania wynagrodzeń dotyczyłoby także wyłącznie osób zatrudnionych, bezrobotni nie skorzystaliby w żaden sposób z tej pomocy, a tych za oceanem niestety lawinowo przybywa.

Tylko w przeciągu dwóch tygodni pracę w USA straciło 10 milionów Amerykanów, realia okazały się więc dużo gorsze od i tak nieoptymistycznych prognoz. Po drugiej stronie Atlantyku w jeden zaledwie miesiąc bezrobocie wzrosło aż o 0,9 punktów procentowych z pułapu 3,5 proc. w lutym do 4,4 proc. w marcu. Co więcej, eksperci spodziewali się znacznie mniejszego wzrostu – zaledwie do poziomu 3,8 proc.

Jest pewne, że statystyka ta ulegnie radykalnemu pogorszeniu w kwietniu, kiedy spłynął nowe dane. Obecne pochodzą bowiem z połowy marca, czyli z okresu przed największą falą zwolnień spowodowanych pandemią chińskiego koronawirusa. Dziennik „The Wall Street Journal” sugeruje, że w najbliższym czasie z amerykańskiego rynku pracy znikną wszystkie miejsca pracy, które przez ostatnią dekadę wytworzyli przedsiębiorcy z USA. Za oceanem mówi się, że bezrobocie może tu wynieść nawet 25 proc., czyli podobnie jak w czasach Wielkiego Kryzysu z 1929 roku. Po kryzysie finansowym z lat 2008 – 2009 wzrosło ono do poziomu ok. 10 proc. co jak na realia amerykańskie było wynikiem tragicznym. Obecnie problemem nie jest już tylko sam fakt masowego zwalniania pracowników, ale nader wszystko dynamika tego procesu – ludzie tracą pracę de facto z dnia na dzień. Ponadto, obecny wśród amerykańskich konsumentów wysoki optymizm w okresie poprzedzającym kryzys spowodował, że nie są oni przygotowani na zbliżający się wielki krach.

Reklama

2020-04-08 21:52

Ocena: +3 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

O. Żak: O mechanizmach kryzysu na tle wykorzystywania seksualnego w USA i roli Jana Pawła II

2020-07-02 10:24

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

USA

pedofilia

BP KEP

O Adam Żak

- Analiza historii kryzysu wykorzystywania seksualnego małoletnich w Kościele w Stanach Zjednoczonych pokazuje, że był to kryzys strukturalny związany z odwróceniem hierarchii wartości, gdzie miejsce człowieka, który miał być "drogą Kościoła", zajęła instytucja i jej wizerunek publiczny – wyjaśnia ks. Adam Żak SJ.

Ekspert dowodzi, że bez pomocy Stolicy Apostolskiej a szczególnie Jana Pawła II oraz nacisku opinii publicznej, Kościół w USA nie byłby w stanie przezwyciężyć tego kryzysu, gdyż panowała w nim „kultura milczenia”, klerykalne (korporacyjne) rozumienie Kościoła oraz chronienie za wszelką cenę kapłaństwa sprawców (przestępców), choć w ich życiu było ono już wypalone i martwe.

- Oczyszczenie Jan Paweł II rozumiał jako konieczny i istotny proces z punktu widzenia samej istoty misji Kościoła, zarówno tej do wewnątrz jak i na zewnątrz – dodaje koordynator ds. ochrony dzieci i młodzieży.

A oto pełna treść wywiadu:

KAI: Bardzo istotnym obszarem działań Jana Pawła II była kwestia masowych nadużyć seksualnych, jakie miały miejsce w Kościele w Stanach Zjednoczonych poczynając od lat 90-tych XX stulecia. Doprowadziły one do wybuchu skandalu w 2002 r. Proszę przybliżyć te wydarzenia.

- Fala ujawnień przestępstw wykorzystywania seksualnego małoletnich, jaka ruszyła w całych Stanach Zjednoczonych w lutym 2002 r. poczynając od publikacji dziennikarzy - prowadzących w dzienniku „Boston Globe” dział dochodzeniowy pod nazwą "Spotlight" - wydobyła na jaw masowe nadużycia. Dotyczyły one nie lat 90. XX wieku, tylko okresu od końca lat 60. do połowy lat 80., kiedy to ich liczba w Kościele amerykańskim zaczęła spadać. Episkopat amerykański na skandale wykorzystywania seksualnego małoletnich zaczął reagować jednomyślnie niestety dopiero w 2002 r. pod naciskiem opinii publicznej oraz Jana Pawła II, a wcześniej przełożeni kościelni robili wszystko, aby ofiary milczały, a sprawców przenoszono.

Co prawda, już w początkach lat 80. amerykańscy biskupi zauważyli, że kryzys fermentuje. Ale niestety, mimo wyraźnych sygnałów i prób rozpoznania jego mechanizmów, do katastrofy doprowadził brak jedności wśród biskupów i brak woli rozwiązania problemu. Tę jedność i wolę działania próbował zainspirować Jan Paweł II poczynając od 1993 r., kiedy napisał list do konferencji episkopatu USA po wizycie „ad limina”, w czasie której uzyskał wiele informacji o sytuacji Kościoła w tym kraju. Indult udzielony Kościołowi w USA w 1994 r. miał znacznie ułatwić karanie sprawców oraz uruchomić oczyszczającą pracę w Kościele. Był to indult postulujący zasadę „zero tolerancji” wobec przestępstw seksualnego wykorzystywania małoletnich przez duchownych. Niestety nie przyniósł spodziewanych owoców.

KAI: Dlaczego?

- Gdyż droga do zbudowania jedności, wyrażona w przyjęciu przez episkopat amerykański „Karty ochrony dzieci i młodzieży” w 2002 r. trwała aż 20 lat. Prawdopodobnie trwałaby jeszcze dłużej, gdyby nie nacisk opinii publicznej, w tym szerokich kręgów katolików świeckich "zranionych" – jak to określił Jan Paweł II – tym, jak działali przełożeni kościelni.

KAI: Co spowodowało, że trwało to aż tak długo?

- Fakt, że w Kościele trwała zmowa milczenia, na dodatek opłacana coraz to większymi sumami odszkodowań negocjowanych po cichu z ofiarami. Problem bagatelizowano z różnych przyczyn, m. in. z powodu braku fachowej wiedzy nt. skutków wykorzystywania seksualnego dzieci. Sądzono, że aby problem rozwiązać, wystarczy terapia kapłana-sprawcy, połączona ze zmianą środowiska. Wielu biskupów, na czele z arcybiskupem Bostonu kard. Bernardem Law i jego poprzednikiem, uważało, że kierując księdza-sprawcę na terapię i przenosząc go po cichu w inne miejsce - ratowali jego kapłaństwo. To nie ofiary przestępstw były na pierwszym miejscu, tylko wizerunek instytucji oraz dobro sprawcy. Jeden z biskupów amerykańskich, gdy fala ujawnień w 2002 r. ruszyła, wyznał publicznie, że biskupi zapomnieli o tym, że osoby poszkodowane należały do owczarni, którą im Pan powierzył.

Analiza historii kryzysu w Kościele w Stanach Zjednoczonych - i także w innych krajach pokazuje, że nie jest to kryzys "techniczny", jakiś błąd w sztuce, powiązany z ewentualną, i tylko do pewnego stopnia wytłumaczalną ignorancją nt. sposobu działania sprawców oraz długotrwałych skutków dla ofiar, tylko, że jest to kryzys strukturalny związany z odwróceniem hierarchii wartości. Bowiem miejsce człowieka, który miał być "drogą Kościoła", zajęła instytucja i jej wizerunek publiczny. Taka była w gruncie rzeczy diagnoza sformułowana przez Benedykta XVI wiele lat później w liście pasterskim do katolików w Irlandii z 19 marca 2010 r. A jeszcze dosadniej została ona powtórzona w jego tekście napisanym na emeryturze i opublikowanym 11 kwietnia 2019 r. pt. "Kościół a skandal wykorzystywania seksualnego". Diagnoza ta odsłania kryzys wiary i klerykalne (korporacyjne) rozumienie Kościoła oraz chronienie za wszelką cenę kapłaństwa, które w życiu sprawców było wypalone, martwe.

Ponadto - nie tylko w USA - przez lata w Kościele dominowało relatywizowanie własnych problemów związanych w wykorzystywaniem seksualnym małoletnich, bo "gdzie indziej jest gorzej". Taka mentalność przyczyniła się do tego, że ten „wrzód” ślimaczył się przez lata.

Dlaczego mogło to trwać tak długo? Bo ofiary milczały. Ich milczenie kupowano za cenę, która rosła w miarę jak wzrastało ryzyko kompromitacji instytucji. Jednostkowe odszkodowanie za wykorzystanie seksualne w formie stosunku seksualnego (czyli mniej więcej nasz art. 200 kk) wynosiło tuż przed wielką falą ujawnień ok. 200 tys. dolarów. Ofiara za tę cenę zobowiązywała się do milczenia. Natomiast sprawca był przenoszony w inne miejsce, gdzie nikt nie wiedział o jego przestępstwach. Nie ponosił prawie żadnych konsekwencji. Wielu zostało przeniesionych do innych diecezji. Niektórzy sami odeszli z kapłaństwa. Taki kapłan mógł owszem ponieść konsekwencje, ale tylko w przypadku kiedy państwowy wymiar sprawiedliwości dowiedział się o przestępstwie. Natomiast Kościół ich nie karał. Indult, który miał usprawnić stosowanie prawa kanonicznego, nie spowodował bynajmniej, żeby powszechnie zaczęto prowadzić postępowania kanoniczne.

KAI: Jak zrozumieć biskupów, którzy przenosili księży, nie chroniąc dzieci w innych miejscach? Przecież to nie mieści się w głowie…

- Rzeczywiście nie mieści się... Bywało tak, również w Europie, że księży oskarżanych o wykorzystywanie seksualne posyłano na terapię, a sami psychoterapeuci oświadczali, że dany człowiek został wyleczony. Ale nie brano pod uwagę faktu – także w kręgach psychoterapeutów i psychiatrów - że sprawcy często są potężnymi manipulatorami. Manipulowali oni również terapeutami oraz swoimi kościelnymi przełożonymi.

Działo się tak niezależnie od tego, że niektóre raporty przygotowane dla konferencji biskupów amerykańskich jeszcze w latach 80-tych, ostrzegały przed możliwą „niepoprawnością” sprawców i recydywą z ich strony. Zalecały, by uznanie poprawy sprawcy zostało wcześniej potwierdzone przez odpowiedni nadzór.

W tej sytuacji na scenę wkroczyły media. Dziennikarzom wysokonakładowej gazety „Boston Globe”, którzy zainteresowali się archidiecezją bostońską, nie było trudno odkryć jak działał system ukrywania sprawców w sutannach. Dziennikarze sięgnęli po spisy duchowieństwa, wydawane z roku na rok, w których szybko zauważyli nietypowe przenosiny księży do innych parafii. Na bazie publicznie dostępnych dokumentów diecezjalnych, wykryli w tej archidiecezji ponad 90-ciu kapłanów, którzy byli przenoszeni w nietypowy sposób. Część z nich stanowili „spadochroniarze” z innych diecezji czy zakonów. Natomiast arcybiskup Bostonu przyjmował ich do swej diecezji, aby "ratować ich kapłaństwo”. Należy dodać, że kiedy przenoszono takiego księdza w inne miejsce, nie towarzyszył temu zakaz pracy z dziećmi czy młodzieżą, ani informacja do kogokolwiek, kto mógłby kontrolować jego postępowanie. Wszystko to było usprawiedliwiane ochroną dobrego imienia oskarżonego. Zgromadzonego materiału starczyło na dziesiątki dobrze udokumentowanych artykułów w „Boston Glob”.

KAI: A czy Stolica Apostolska była o tym informowana?

- Zapewne nie o wszystkim, ale nie wątpię, że miała swoje źródła informacji i stopniowo coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że sytuacja staje się coraz poważniejsza. Była świadoma braku jedności amerykańskich biskupów zarówno jeśli chodzi o ocenę sytuacji jak i o odpowiedź na oznaki kryzysu. Taka zapewne była geneza listu Jana Pawła II z 1993 r. do episkopatu USA, następnie powołania komisji ekspertów, jak również wydania indultu dla Kościoła w Stanach Zjednoczonych w 1994 r.

W końcu, w 2001 r. Jan Paweł II zdecydował się ogłosić List apostolski w formie motu proprio: „Sacramentorum sanctitatis tutela”, który zastępował instrukcję „Crimen sollicitationis” z 1922 r. Ponadto musiał zdawać sobie sprawę, że nie jest to problem jednego czy drugiego kraju, ale że jest to problem globalny. Ostatecznie zadecydował, aby wykorzystywanie seksualne osoby małoletniej poniżej osiemnastego roku życia, którego dopuszcza się duchowny, włączyć do nowej listy przestępstw kanonicznych zastrzeżonych Kongregacji Nauki Wiary, a każdy taki przypadek, mający przynajmniej cechy prawdopodobieństwa, nakazał zgłaszać do tejże Kongregacji. Dalsze postępowanie miało być prowadzone wedle jej wskazań.

Dokumentem wykonawczym w stosunku do motu proprio „Sacramentorum sanctitatis tutela”, jest dokument „De delictis gravioribus”, podpisany 18 maja 2001 r. przez kard. Josepha Ratzingera, ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Zawarto w nim przepisy proceduralne.

KAI: Czy na skutek tego dokumentu nastąpił przełom w Kościele w USA?

- Do przełomu w USA doszło dopiero w 2002 r., kiedy poczynając od lutego „Boston Globe” publikuje szokujące informacje o skali wykorzystywania seksualnego przez duchownych archidiecezji bostońskiej. Był to rodzaj zapalnika, który uruchomił łańcuchową reakcję kolejnych ujawnień. W reakcji na to Jan Paweł II w kwietniu 2002 r. zwołał wszystkich kardynałów amerykańskich do Rzymu i wygłosił do nich przemówienie, które było pierwszą całościową analizą problemu. Padły w nim bardzo ważne tezy, które oznaczały radykalny koniec z negacją przestępstw lub ukrywaniem faktów.

Jan Paweł II jako przyczynę narastającej nieufności do Kościoła wskazał nie tyle atak nieprzychylnych mediów, co fakty jakie miały miejsce, czyli na „wielkie zło wyrządzone przez niektórych księży i zakonników”. Co więcej, uznał, że częścią tego zła, które zraniło wielu, był sposób działania kościelnych przełożonych. Jasno powiedział, że „ludzie muszą wiedzieć, że w stanie kapłańskim i życiu zakonnym nie ma miejsca dla tych, którzy krzywdziliby młodych”. Obie części tego zdania są istotne, bo po pierwsze „ludzie muszą wiedzieć” - czyli że te sprawy mają być załatwiane w sposób przejrzysty a nie ukrywane - a po drugie, że w Kościele nie może być tolerancji dla krzywdzicieli dzieci i młodzieży. Takie jest rozumienie zasady "zero tolerancji" przez Jana Pawła II.

W tym samym przemówieniu Jan Paweł II mówił o tym, że oczyszczenie Kościoła nie może być dokonywane z powodów wizerunkowych. Chodzi bowiem o ewangeliczne nawrócenie, które polega, na „radykalnej decyzji odwrócenia się od grzechu i powrotu do Boga, która sięga głębi duszy ludzkiej i może dokonać niezwykłej przemiany”. Wyjaśniał, że tak rozumiane oczyszczenie nie jest dla Kościoła czymś dowolnym: „Jest ono koniecznie potrzebne, jeśli Kościół chce bardziej skutecznie głosić wyzwalającą moc Ewangelii Jezusa Chrystusa”.

Oczyszczenie Jan Paweł II rozumiał jako konieczny i istotny proces z punktu widzenia samej istoty misji Kościoła, zarówno tej do wewnątrz jak i na zewnątrz. Był przekonany, że tylko Kościół oczyszczony, Kościół jasno i zdecydowanie rozprawiający się z wykorzystywaniem seksualnym w swoich szeregach, „pomoże także społeczeństwu zrozumieć trapiący je kryzys i go przezwyciężyć”.

KAI: Jakie były konsekwencje tego spotkania z amerykańskim episkopatem?

- Zaczęto faktycznie traktować przestępstwa seksualne na szkodę małoletnich zgodnie z obowiązującymi – a wprowadzonymi w „Sacramentorum sanctitatis tutela” na około rok przed ujawnieniami „Boston Globe” – kościelnymi procedurami. Zaczęto osądzać je pod nadzorem Stolicy Apostolskiej.

Rozpoczęto też szeroko zakrojone działania prewencyjnie. Trzeba przyznać, że Kościół w Stanach Zjednoczonych w kolejnych latach zdecydowanie postawił na dobro i ochronę dzieci i młodzieży oraz zbudował bardzo skutecznie działający system prewencji. Dziś mamy tam do czynienia z prewencją obejmującą wszystkie instytucje kościelne i całą działalność Kościoła z dziećmi lub młodzieżą. Zostały wypracowane odpowiednie profesjonalne programy. W tę pracę są systemowo włączeni rodzice i świeccy współpracownicy. A przez szkolenia przeszło do tej pory ok. 5 milionów osób uczestniczących czynnie w misji Kościoła.

Oprócz tego Episkopat USA zlecił niezależnej instytucji badawczej szczegółową analizę skali wykorzystywania seksualnego małoletnich na przestrzeni 52 lat: od 1950 do 2002 r. Uczestniczyło w tych badaniach 97% wszystkich jurysdykcji diecezjalnych i zakonnych. Przeanalizowano również przyczyny i czynniki ryzyka. Stworzono też skuteczne programy skierowane do sprawców, mające za cel, aby więcej nikogo nie krzywdzili. Wprowadzono coroczny centralny audyt wszystkich jurysdykcji diecezjalnych, weryfikujący na bieżąco wypełnianie postanowień „Karty ochrony dzieci i młodzieży” i realizację przyjętych norm. Dane wskazują, że ten wysiłek przynosi spodziewane owoce.

Niestety Kościół w USA nie wyciągnął odpowiednich konsekwencji z drugiego elementu diagnozy Jana Pawła II i nie dokonał rozliczenia tych kościelnych przełożonych, którzy popełnili rażące błędy. Stąd druga ostra faza kryzysu na tle pedofilskim w Stanach Zjednoczonych wybuchła w 2018 r., kiedy Wielka Rada Przysięgłych Pensylwanii opublikowała raport z analizy dokumentów kurialnych sześciu diecezji tego stanu i ujawniła jak działali biskupi oraz ich kurie. Okazało się, że kryzysu nie da się zażegnać bez rozwiązania problemu rażących zaniedbań ze strony biskupów. Tym bardziej, że niektórzy z nich zrobili "kariery" w Kościele w USA. A prawie żaden nie poniósł konsekwencji z powodu swych rażących błędów.

Kiedy spojrzy się na fakt, że abp Theodore Edgar McCarrick, dziś już wydalony z kolegium kardynalskiego i ze stanu duchownego, był wtedy człowiekiem „wiodącym w walce z pedofilią”, to wcale nie dziwi, że biskupów w Kościele amerykańskim nie rozliczano. Rozliczono natomiast – i to skutecznie – samych księży.

Inaczej było w Irlandii, gdzie Stolica Apostolska za pontyfikatu Benedykta XVI przeprowadziła wizytacje w diecezjach. Dziś nie ma tam już u steru żadnego biskupa z okresu ujawnień. Ostatni musiał ustąpić bodajże w 2008 r.

KAI: Jan Paweł II zbyt ufał biskupom? Wierzył, że uczciwie zajmą się tymi sprawami?

- Jan Paweł II musiał mieć wątpliwości odnośnie do działań biskupów, skoro zdecydował, że ostateczny głos w osądzaniu spraw zawiązanych z wykorzystywaniem seksualnym małoletnich ma Stolica Apostolska. Poddanie tych spraw bezpośredniemu nadzorowi Kongregacji Nauki Wiary było z jego strony swoistym votum nieufności do zdolności episkopatów lokalnych - w zakresie samodzielnej i prawidłowej odpowiedzi na kryzys. A jeśli nie votum nieufności, to przynajmniej konstatacją, że sobie z kryzysem nie radzą.

KAI: Linię Jana Pawła II konsekwentnie kontynuował jego następca papież Benedykt XVI. Jakie były najważniejsze jego kroki oraz dokonania na tym polu?

- Zanim Benedykt XVI został kontynuatorem polityki Jana Pawła II wobec kryzysu związanego z wykorzystywaniem seksualnym małoletnich w Kościele, jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary był jej współtwórcą i wykonawcą. Stamtąd kard. Ratzinger miał doskonały punkt obserwacji na przebieg kryzysu we wszystkich jego aspektach. Do Kongregacji bowiem od 2001 r. spływały zgłoszenia z całego świata, które – jak sam powiedział w wywiadzie dla Petera Seewalda (2010) – ujawniły "nagle tak wiele brudu". Ta faza kryzysu przypadła już na ostatnie lata pontyfikatu Jana Pawła II, który nieco wcześniej musiał się mierzyć ze skandalem wokół kard. Hansa Hermanna Groëra, arcybiskupa Wiednia, czy prawie równocześnie z amerykańską falą ujawnień, z oskarżeniami abp. Juliusza Paetza, metropolity poznańskiego. Ciągle też wisiała w powietrzu sprawa ks. Maciela Degollado, założyciela Legionistów Chrystusa. Dochodzenie w tej ostatniej sprawie kard. Ratzinger rozpoczął jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II w 2004 r. i zakończył wyrokiem w 2006 r. już jako Benedykt XVI. Nie jest więc prawdą, że Jan Paweł II blokował dochodzenie.

Szczególnie intensywnie Benedykt XVI zaangażował się w kryzys irlandzki. Zarządził szereg wizytacji w diecezjach tego kraju. W kilku istotnych punktach dokonał nowelizacji „Norm o najcięższych przestępstwach w Kościele” (De delictis gravioribus), promulgowanych jeszcze przez Jana Pawła II. Kierując list pasterski do Kościoła w Irlandii w marcu 2010 r. - w którym przeanalizował okoliczności i przyczyny kryzysu - Benedykt XVI dał całemu Kościołowi jasne wskazanie, że odpowiedź Kościoła na przestępstwa seksualne na szkodę dzieci nie może stawiać na pierwszym miejscu dobrego imienia instytucji, kosztem dobra i godności człowieka skrzywdzonego. Przed Bożym Narodzeniem 20 grudnia tego samego roku w teologicznej refleksji skierowanej do Kurii Rzymskiej zgromadzonej na życzeniach świątecznych ukazał niewyobrażalne zło grzechu i przestępstwa wykorzystywania seksualnego dzieci przez księży "pod płaszczykiem świętości".

On też zdecydowanie odciął się od opinii wielu środowisk katolickich, wg których oskarżenia przeciw duchownym o wykorzystywanie seksualne to atak a nawet prześladowanie Kościoła. Według niego największe prześladowanie i atak pochodzi nie od wrogów zewnętrznych, tylko z grzechu w Kościele. Rok 2010 był dla Benedykta XVI szczególnie ważny, gdyż był to z jednej strony Rok Kapłański, a z drugiej czas wybuchu wielkiego kryzysu ujawnień w Niemczech i w innych krajach na kontynencie europejskim. Benedykt XVI zapoczątkował też spotkania z ofiarami podczas swoich podróży do różnych krajów.

KAI: Dziękujemy za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Wyznanie

Niedziela Ogólnopolska 28/2017, str. 33

Graziako/Niedziela

Brat Albert Chmielowski, „Wizja św. Małgorzaty” (fragment obrazu – XIX wiek)/Fot. Graziako

Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”. W tych słowach modlitwy i wyznania Chrystusa uderzają nas przedziwna naturalność i prostota mówienia do Boga i o Bogu.

Taka postawa Jezusa znajduje swoje potwierdzenie również w trudnej modlitwie Ogrójca i Golgoty. Mówienie Jezusa z Nazaretu skierowane ku Bogu – zdaniem Ladislausa Borosa – otworzyło swobodną przestrzeń nowemu rodzajowi modlitwy, stworzyło nową potęgę mówienia. Chrystus wypowiadał słowa bardzo proste, zwyczajne, a jednak ludzie, którzy Go słuchali, mówili ze zdumieniem: „Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak, jak ten człowiek przemawia” (J 7, 46). Nauka Jezusa poruszała słuchaczy, budziła refleksję, choć nie brakowało i takich, którzy w Niego wątpili. Krótko mówiąc: odchodzili z powodu „twardości” tej mowy. Tym bardziej więc trzeba podkreślić – za św. Pawłem Apostołem – że każda forma wyznania wiary w posłannictwo Jezusa jest w nas dziełem Ducha Bożego.

To właśnie On, Duch Tego, „który Jezusa wskrzesił z martwych”, jest w nas Sprawcą owego pokrzepiającego „przyjścia wiary” i „podjęcia Jezusowego jarzma”. To On, Duch Prawdy, uczy nas ewangelicznej łagodności i pokory serca, abyśmy uzdolnieni Jego łaską odkrywali Chrystusową prawdę. Przypomniał nam o tym św. Jan Paweł II: „Chrystus «zadał» Kościołowi swoją prawdę, aby ją odkrył i przekazał każdemu człowiekowi. Prawda jest zadaniem i zobowiązaniem”.

Dzieje zbawienia pouczają nas jednak o pewnym sprzeciwie wobec prawdy ze strony samego człowieka. Może on bowiem wybrać „życie według ciała”, które prowadzi do śmierci. Człowiek może posunąć się aż tak daleko, że nie tylko nie przyjmuje głoszonej mu prawdy, ale też radykalnie i wprost zaprzecza obecności Boga jako Źródła wszelkiej prawdy. Tego rodzaju postawa wobec prawdy może być również ujęta w pewien system filozoficzny, jako forma myślenia i kształtowania ludzkich postaw i zachowań. Wtedy jednak – jak zaznacza św. Jan Paweł II – pojawiają się w świecie tzw. znaki i sygnały śmierci. Są nimi: wyścig zbrojeń i niebezpieczeństwo zagłady nuklearnej, praktyka zabijania istot ludzkich przed narodzeniem, zamachy na życie ludzkie ze strony terroryzmu, zorganizowanego na skalę międzynarodową (por. „Dominum et vivificantem”, 57).

Z pomocą więc Ducha Bożego musimy ciągle na nowo podejmować trud szukania i zdobywania Chrystusowej prawdy, aby w niej „znaleźć ukojenie dla dusz naszych” i według niej kształtować swoje „życie według Ducha”.

Polecamy „Kalendarz liturgiczny” – liturgię na każdy dzień
Jesteśmy również na Facebooku i Twitterze

CZYTAJ DALEJ

Męczennicy za wolną Polskę

2020-07-05 15:02

Joanna Ferens

Złożenie kwiatów przez członków Grupy Rekonstrukcji Historycznej "Wir" z Biłgoraja

Mieszkańcy Biłgoraja uczcili 76. rocznicę mordu partyzantów w lesie na Rapach, podczas religijno-patriotycznych uroczystości, które odbyły się w niedzielę, 5 lipca br.

Rozpoczęły się one w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Biłgoraju, gdzie w intencji Ojczyzny i pomordowanych partyzantów została odprawiona Msza święta, której przewodniczył ks. proboszcz Jerzy Kołtun: – Syn Boży, Jezus Chrystus, przyjął ludzkie ciało i przyszedł na świat ponad dwa tysiące lat temu. W sakramentach i Swojej łasce przychodzi do nas każdego dnia i przynosi nam Dobra Nowinę. Stając wokół ołtarza Pańskiego wzbudźmy pragnienie wytrwania w jego nauce. Dziś podczas tej modlitwy chcemy także pamiętać o naszych przodkach, którzy walczyli o wolną Polskę, a ponieśli śmierć z rąk niemieckiego okupanta na Rapach koło Biłgoraja. Chcemy modlić się, by ich ofiara nie poszła na marne, by Polska była domem wszystkich, by panowała w niej miłość, zgoda i wzajemny szacunek. Niech dobry Bóg, za ich krew przelaną w obronie Ojczyzny da im życie wieczne, a ich rodzinom błogosławi. Ze względu na pandemię uroczystości są skromniejsze niż zazwyczaj, ale liczy się pamięć, dlatego witam wszystkich, którzy przybyli i chcą modlić się za tych, którzy chcą modlić się za partyzantów i za naszą Ojczyznę – tłumaczył.

Głos zabrał również Jerzy Nizio, syn partyzanta walczącego pod Osuchami, Franciszka Nizio ps. ‘Jagoda’, który przybliżył rys historyczny zbrodni na Rapach: – Zbrodnia na Rapach to mord na ponad sześćdziesięciu polskich partyzantach. To zbrodnia wojenna dokonana przez okupantów niemieckich w lesie na obrzeżach Biłgoraja, która miała miejsce 4 lipca 1944 roku. Była ona ostatnim akordem krwawych akcji przeciwpartyzanckich. W 1944 władze okupacyjne podjęły decyzję o zorganizowaniu dużych, wojskowych akcji, które oznaczono kryptonimami Sturmwind I i Sturmwind II. Punktem kulminacyjnym drugiej z nich była bitwa pod Osuchami; gdzie Niemcy rozbili działające w Puszczy Solskiej polskie zgrupowania partyzanckie. Pojmanych przewieziono do Biłgoraja, gdzie w siedzibie Gestapo byli torturowani, a następnie zamordowani w lesie na obrzeżach Biłgoraja. W uzasadnieniu wyroku śmierci podano przynależność do band. Po kilku tygodniach w lesie odnaleziono zbiorowe mogiły partyzantów, zaś ekshumacja ciał pokazała, ile wycierpieli i jak byli skatowani. W wydarzeniu tym uczestniczył mój ojciec i jego siostra, gdyż wśród ofiar został rozpoznany mój stryj, Józef Nizio. Partyzantów rozpoznawano głównie po obraniu lub znakach szczególnych. Twarze były zmasakrowane, aby tę identyfikację uniemożliwić. Mój stryj ręce miał skrępowane drutem, widoczne było kilka ran postrzałowych, a całe ciało pokryte było ranami i podskórnymi wylewami, co świadczyło o torturowaniu i znęcaniu się nad nim. Kolejnym przykładem brutalnego traktowania jest Jan Wolanin z Woli Małej. Jego twarz był całkowicie zniekształcona, sklepienie czaszki zmiażdżone, podobnie szczęka górna, do tego rany wylotowe i na całym ciele wiele ran i sińców. Chcę zaznaczyć, że wszystkie ciała nosiły ślady potwornych obrażeń i wszyscy partyzanci zginęli śmiercią męczeńską. My tu dziś zebrani jesteśmy spadkobiercami ich walk i marzeń o wolnej Polsce. Dbajmy o pamięć i otaczajmy kultem miejsce ich pochówku na Rapach – podkreślał.

Świadectwem wspomnień swojej matki podzieliła się Anna Hawryluk z Biłgoraja: – W tym miejscu pochowany jest Jan Wolanin, brat stryjeczny mojej mamy, Józefy Kosmali. Był on dwudziestoczteroletnim, przystojnym mężczyzną, który dopiero rozpoczynał swoje życie, tak brutalnie przerwane przez wojnę i niemieckich oprawców. Moja mama była obecna przy ekshumacji zwłok i jak wspominała, było to tragiczne i traumatyczne przeżycie. Śmierć tych partyzantów była przeogromną tragedią dla rodzin. Mama mówiła, że byli oni strasznie skatowani, nie do rozpoznania, towarzyszył jej również zapach rozkładających się zwłok. Były to przeżycia bardzo trudne. Mama była tutaj z moim maleńkim bratem na rękach i zawsze wspominała, że była to tragedia, której nie da się opisać słowami. Pamięć o nich nie może zaginąć – wspominała.

Po Eucharystii przedstawiciele środowisk kombatanckich, władz samorządowych i mieszkańców powiatu biłgorajskiego spotkali się przy pomniku na Rapach, który znajduje się na miejscu straceń partyzantów.

Burmistrz Biłgoraja Janusz Rosłan tłumaczył, że takie uroczystości są wyjątkową lekcją patriotyzmu dla każdego z nas: – Każdego roku tutaj jesteśmy i mam nadzieję, że tak będzie już zawsze, że ci, którzy przyjdą po nas również będą pamiętali o tych partyzantach, którzy tutaj w bestialski sposób zostali zamordowani, byli torturowani, by tutaj zakończyć życie. Jest naszym obowiązkiem pamiętać o tych, dzięki którym możemy dziś żyć w wolnej Polsce – podkreślał.

Pamięć to nasz obowiązek – tłumaczył zastępca wójta Gminy Biłgoraj, Wojciech Dziduch: – To jest bardzo ważne, aby pamiętać o historii naszego kraju, a szczególnie o wydarzeniach, które działy się na naszym terenie. My co roku pamiętamy o partyzantach i tym, co wydarzyło się w lesie na Rapach Dylańskich. Uważam, że ta pamięć to nasz obowiązek, a wszystkim, którzy walczyli za wolną Polskę i oddawali za nią swoje życie należy się cześć, hołd i ocalenie ich ofiary od zapomnienia, aby przyszłe pokolenia również pamiętały i tutaj, na to miejsce kaźni przychodziły – zaznaczał.

– Zginęli, bo byli polskimi patriotami, którzy nie godzili się na okupację kraju, bo dla nich wolność i Ojczyzna były wyznacznikami życia. Do końca pozostali wierni Polsce. Dziś wszyscy jesteśmy organizatorami tego wydarzenia. Włączamy się w nie poprzez pamięć, modlitwę i obecność. Ważne jest, by wdzięczność za ofiarę naszych przodków nie zaginęła, oni poświęcili życie, byśmy mogli żyć w wolnej Polsce – zaznaczał Tomasz Książek, prezes Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Rejon Biłgoraj, współorganizator rocznicowych uroczystości.

Wydarzenie zakończyła salwa honorowa oddana przez Grupę Rekonstrukcji Historycznej im. por. Konrada Bartoszewskiego ps. ‘Wir’ z Biłgoraja. Następnie przedstawiciele poszczególnych delegacji złożyli kwiaty i zapalili znicze, oddając tym samym cześć zamordowanym przez Niemców partyzantom.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję