Reklama

Włochy

Rzym: wkrótce światowa premiera filmu o ks. Janie Ziei

Światowa premiera filmu filmu Roberta Glińskiego pt. "Zieja" odbędzie się 19 lutego w Rzymie. Pokaz obrazu o legendarnych duchownym, znanym z charyzmatycznych kazań i działalności społecznej zaplanowano w rzymskim kinie Cinema Farnese. Wydarzenie odbędzie się pod patronatem Ambasady Polskiej przy Stolicy Apostolskiej i Instytutu Polskiego w Rzymie, który współfinansował produkcję filmu.

[ TEMATY ]

film

Rzym

ks. Jan Zieja

pl.wikipedia.org

Jak można przeczytać w opisie dystrybutora "w życiu Jana Ziei zamyka się to wszystko, co ważne w historii Polski XX w. Życie ks. Ziei jest pretekstem do tego, aby ponownie przemierzyć historię Polski i Kościoła w XX w. i pokazać ją w filmie długometrażowym".

W filmie w reżyserii Roberta Glińskiego występują m.in. Andrzej Seweryn i Mateusz Więcławek, którzy wcielają się w tytułową postać, a także Tadeusz Bradecki jako kard. Stefan Wyszyński i Lesław Żurek jako kard. Karol Wojtyła.

Autorem scenariusza jest Wojciech Lepianka, za zdjęcia odpowiada Witold Płóciennik PSC. Producentem jest Włodzimierz Niderhaus. "Zieja" został wyprodukowany przez Wytwórnię Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w koprodukcji z Telewizją Polską.

Reklama

W trakcie realizacji filmu odtwórca głównej roli Andrzej Seweryn powiedział, że wcielanie się w postać legendarnego kapłana wpływa na jego patrzenie na rzeczywistość tamtych dni. – Nie dane mi było spotkać osobiście ks. Ziei, ale zetknięcie się z taką postacią jest dla mnie szansą do pogłębienia widzenia świata. Był człowiekiem absolutnie oddanym Chrystusowi i miłość do ludzi, którym oddawał wszystko co miał. Całym swoim życiem realizował Ewangelię – powiedział aktor.

Ks. Jan Zieja urodził się 1 marca 1897 w Ossie, a zmarł 19 października 1991 w Warszawie. Był kapłanem znanym z charyzmatycznych kazań i działalności społecznej. Jego życiorys zawiera szereg aktywności związanych z pracą duszpasterską i społeczną.

Był kapelanem Legionów, Zakładu dla Niewidomych w Laskach, Armii Krajowej czy Szarych Szeregów. Zajmował się także walką o prawa człowieka. Uczestniczył m.in. w Radzie Pomocy Żydom „Żegota” czy współtworzył Komitet Obrony Robotników.

2020-02-11 18:34

Ocena: +3 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Watykan: Droga Krzyżowa 2020 [omówienie]

2020-04-06 18:26

[ TEMATY ]

Droga Krzyżowa

Rzym

pixabay.com

Nie przy Koloseum, lecz przed bazyliką św. Piotra papież Franciszek będzie przewodniczył tegorocznemu nabożeństwu Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek. Rozważania przygotowało duszpasterstwo więzienne z Zakładu Karnego „Due Palazzi” w Padwie.

Jest wśród nich pięcioro więźniów, rodzice zamordowanej córki, matka osoby osadzonej, córka mężczyzny skazanego na dożywotnie więzienie, wychowawczyni więzienna, katechetka, zakonnik-wolontariusz, sędzia, oficer policji penitencjarnej i kapłan niesłusznie oskarżony, a następnie uniewinniony przez sąd.

We wprowadzeniu zaznaczono, że towarzyszenie Chrystusowi na Drodze Krzyżowej „głosem tych, którzy zamieszkują świat więzień, jest okazją do udziału w niezwykłym pojedynku między Życiem a Śmiercią, odkrywając przy tym, jak nici dobra krzyżują się nieuchronnie z nićmi zła”. Jednocześnie jest wyrazem wiary w to, że „również w mrokach więzień rozbrzmiewa pełna nadziei wieść: «Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego». Jeśli chwyci się Go za rękę, to ktoś, kto był w stanie dopuścić się najbardziej odrażającej zbrodni, będzie mógł stać się uczestnikiem najbardziej nieoczekiwanego zmartwychwstania”. I w ten sposób „Droga Krzyżowa (Via Crucis) staje się Drogą Światła (Via Lucis)”.

W rozważaniach do stacji pierwszej („Jezus na śmierć skazany”) więzień skazany na dożywocie zauważa, że wielokrotnie w sądach i w gazetach rozbrzmiewa donośnie krzyk: „Ukrzyżuj go!”, który słyszał także pod swoim adresem. „Przypominam bardziej Barabasza niż Chrystusa, a jednak najokrutniejszym wyrokiem jest moje sumienie: w nocy otwieram oczy i szukam rozpaczliwie światła, aby rozjaśniło moją historię” - wyznaje więzień, który - jak pisze - nie utracił poczucia wstydu za swoją przeszłość, za popełnione zło. „Czuję się Barabaszem, Piotrem i Judaszem w jednej osobie. Przeszłość jest czymś, co budzi we mnie wstręt, chociaż wiem, że jest to moja historia” - dodaje. Tłumaczy, że choć „dziwnie to brzmi”, ale więzienie było jego wybawieniem, gdyż Chrystus, tak jak on skazany, przyszedł do niego, aby być bliżej niego i wychować go do życia.

Przy stacji drugiej („Jezus bierze krzyż na swe ramiona”) rodzice, którym zamordowano córkę pytają: „Dlaczego właśnie nas dosięgło to zło?”. Czas nie zmniejszył ciężaru ich krzyża i są „skazani na cierpienie już do końca”, gdyż padli ofiarą „najgorszego bólu, jaki istnieje”: przeżycia śmierci własnego dziecka. A jednak „w chwili, gdy rozpacz zdaje się przeważać, Pan na różne sposoby wychodzi nam naprzeciw, udzielając nam łaski wzajemnej miłości jako małżonkowie, wzajemnego wspierania się, choć z trudem”. Przekonują, że miłość Boga jest w stanie „odrodzić życie, gdyż Jego Syn Jezus doświadczył przed nami ludzkiego bólu, aby móc odczuwać wobec niego należne współczucie”.

Więzień piszący rozważania do stacji trzeciej („Jezus upada po raz pierwszy”) czuje się „współczesną wersją łotra, który błaga Chrystusa: «Wspomnij na mnie!»”, którego „bardziej niż skruszonego”, wyobraża sobie „jako kogoś świadomego tego, że idzie błędną drogą”. Zło narastało w nim od dzieciństwa i doprowadziło do morderstwa. „To, że nie wierzyłem w to, że na świecie istnieje dobro, było moim pierwszym upadkiem. Drugi – zabójstwo – było jakby jego skutkiem: wewnątrz byłem już umarły” - przyznaje więzień.

Matka osoby osadzonej, komentująca stację czwartą („Jezus spotyka swą Matkę”) podkreśla, że ani przez chwilę nie doświadczyła „pokusy pozostawienia swego syna w obliczu jego wyroku”, choć dzień jego aresztowania zmienił całe życie rodziny, która jak gdyby „poszła do więzienia wraz z nim”. Zawierzyła syna Matce Bożej, bo Ona przeżywała te same cierpienia w drodze na Kalwarię i towarzyszyła Mu swoją obecnością. „To samo chcę robić także ja. Wzięłam na siebie winy swego syna, poprosiłam o wybaczenie również tego, co było moją odpowiedzialnością. Proszę dla siebie o miłosierdzie, którego tylko matka potrafi doświadczyć, aby mój syn mógł powrócić do życia po odpokutowaniu swej winy. Modlę się nieustannie za niego, aby dzień po dniu mógł się stawać odmienionym człowiekiem, zdolnym do kochania na nowo samego siebie i innych” - wyznaje matka.

Kolejny więzień przy stacji piątej (Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi) zwraca uwagę, że krzyż życia za murami więzienia jest ciężki. Jednak są tam Szymoni Cyrenejczycy - „to drugie imię wolontariuszy, tych, którzy wchodzą na tę kalwarię, aby pomagać nieść krzyż; są to ludzie, którzy odrzucają prawo tłumu, podążając za głosem sumienia”. „Starzeję się w więzieniu: marzę, aby pewnego dnia znów zaufano mi jako człowiekowi. Abym stał się Cyrenejczykiem dla kogoś” - marzy więzień.

Stacja szósta („Weronika ociera twarz Panu Jezusowi”) stała się dla przychodzącej do osadzonych katechetki okazją do opowieści o słuchaniu „ludzi zrozpaczonych, którzy w ciemnościach więzienia próbują znaleźć wyjaśnienie przyczyny zła, które wydaje się im nieskończone”. Mają oni „smak porażki i samotności, wyrzutów sumienia i braku zrozumienia”. Stara się ona patrzeć na nich „ponad uprzedzeniami”, tak, „jak Chrystus spogląda oczami pełnymi miłości na nasze kruchości i nasze ograniczenia”, gdyż „każdy, również osoby skazane, może codziennie stawać się nową osobą, dzięki temu spojrzeniu, które nie osądza, ale wlewa życie i nadzieję”.

Następny osadzony przy stacji siódmej („Jezus upada po raz drugi”) przyznaje, że pierwszy raz upadł, gdy sprzedawał narkotyki i zniszczył swą rodzinę, która też trafiła za kraty. Drugim upadkiem było pytanie: „Kim ja jestem, aby Chrystus umierał za mnie?”. „Dopiero dziś odważyłem się przyznać się do tego: w ciągu tych lat nie wiedziałem, co czyniłem - pisze więzień. - Teraz, gdy to wiem, z Bożą pomocą próbuję odbudować swoje życie. Winien jestem to swoim rodzicom: wiele lat temu wystawili na sprzedaż nasze najcenniejsze rzeczy, gdyż nie chcieli, abym wiódł życie na ulicy. Winien jestem to przede wszystkim samemu sobie: myśl, że zło nadal ma kierować moim życiem, jest nie do zniesienia. Stała się moją drogą krzyżową”.

Stacja ósma („Jezus spotyka niewiasty jerozolimskie”) jest dla córki mężczyzny skazanego na dożywocie okazją do wyznania, że jest pierwszą ofiarą swego ojca, bo od 28 lat dorasta bez niego. Aby być blisko ojca przemierzyła Włochy z południa na północ śladem więzień, w których był przetrzymywany. „Życie zmusiło mnie do stania się kobietą, nie pozostawiając mi czasu na bycie dzieckiem. W naszym domu można odnaleźć całą Drogę Krzyżową” - żali się kobieta. I dodaje: „Dla takich jak my, nadzieja jest obowiązkiem”.

Kolejna osoba uwięziona, która komentuje stację dziewiątą („Jezus upada po raz trzeci”) przyznaje, że częste upadanie „staje się również swoistym wyrokiem, tak jakbyśmy nie byli już zdolni, by stać na nogach”. „Jako człowiek upadałem zbyt wiele razy: tyle samo powstawałem” - dodaje mężczyzna, który będąc w więzieniu został dziadkiem. „Kiedyś mojej wnuczce nie powiem o złu, które popełniłem, a jedynie o dobru, jakiego zaznałem. Powiem jej, kto, gdy leżałem na ziemi, przyniósł mi miłosierdzie Boże” - zapowiada więzień. Wyznaje przy tym, że „w więzieniu prawdziwą rozpaczą jest poczucie, że nic w twoim życiu nie ma już żadnego sensu: jest to szczyt cierpienia, czujesz się najbardziej samotny ze wszystkich samotnych na świecie”. „To prawda, że rozsypałem się na tysiąc kawałków, ale piękne jest to, że te kawałki można jeszcze złożyć z powrotem. To nie jest łatwe. To jedyna rzecz, która nadal ma tutaj znaczenie” - podkreśla mężczyzna.

Przy stacji dziesiątej („Jezus obnażony z szat swoich”) wychowawczyni więzienna wskazuje, że za kraty wchodzi człowiek pozbawiony wszystkiego: „ogołocony z wszelkiej godności z powodu popełnionych grzechów, z wszelkiego szacunku dla siebie i dla innych”, a często nawet pozbawiony „tego, co konieczne do zrozumienia popełnionego zła”. „Wyczuwam, że ich życie może zacząć się na nowo, podążając w innym kierunku, ostatecznie porzucając zło” - pisze kobieta, która wybrała tę pracę po tym, jak jej matka została zabita w zderzeniu czołowym przez chłopca odurzonego narkotykami. „Postanowiłam od razu odpowiedzieć na to zło dobrem. Ale chociaż kocham tę pracę, czasem trudno mi znaleźć siłę, by ją kontynuować. W tej tak delikatnej służbie, aby móc podtrzymać wiele istnień, które są nam powierzone i którym każdego dnia grozi katastrofa, sami nie możemy czuć się porzuceni” - zauważa wychowawczyni.

Autorem rozważań do stacji jedenastej („Jezus przybity do krzyża”) jest ksiądz niewinnie oskarżony, a następnie uniewinniony. „Wisiałem na krzyżu przez dziesięć lat: to była moja droga krzyżowa wypełniona dokumentami, podejrzeniami, oskarżeniami, obelgami” - przyznaje duchowny, który za każdym razem, w sądzie, szukał wiszącego krzyża i wpatrywał się weń. Wielu ludzi wraz z nim modliło się za chłopca, który go oskarżył. „W dniu, w którym zostałem całkowicie uniewinniony, odkryłem, że jestem szczęśliwszy niż dziesięć lat temu: namacalnie doświadczyłem działania Boga w moim życiu. Powieszone na krzyżu, moje kapłaństwo zajaśniało” - pisze kapłan.

Sędzia penitencjarny przy stacji dwunastej („Jezus umiera na krzyżu”) zwraca uwagę, że nie może przygwoździć człowieka do jego wyroku, gdyż „oznaczałoby to potępienie go po raz drugi”. Człowiek musi jednak odpokutować za zło, które popełnił, gdyż inaczej byłoby to bagatelizowaniem jego przestępstw, usprawiedliwieniem „jego niedopuszczalnych działań, które spowodowały fizyczne i moralne cierpienie innych ludzi”. Prawdziwa sprawiedliwość jednak możliwa jest jedynie dzięki miłosierdziu, które „nie przybija człowieka do krzyża na zawsze”, lecz pomaga mu powstać, „ucząc go zrozumienia tego dobra, które, pomimo popełnionego zła, nigdy całkowicie w jego sercu nie gaśnie”. „Jedynie poprzez ponowne odkrycie swojego człowieczeństwa, osoba skazana będzie mogła rozpoznać je w drugim, w ofierze, której wyrządziła cierpienie” - tłumaczy sędzia.

Rozważając stację trzynastą („Jezus zdjęty z krzyża”) zakonnik - wolontariusz, chodzący do więzienia od 60 lat, przyznaje, że więźniowie zawsze byli jego nauczycielami. Dzięki nim zrozumiał, że mógłby być na ich miejscu, gdyby jego życie potoczyło się w innym kierunku. „My, chrześcijanie, często popadamy w ułudę i czujemy się lepszymi od innych, jakby możliwość zajmowania się ubogimi pozwalała nam stawać się sędziami innych, skazując ich tyle razy, ile chcemy, bez jakiejkolwiek apelacji” - ubolewa zakonnik. Jego zdaniem „w więzieniu nadal grzebie się ludzi żywcem: są to historie życia, których nikt już nie chce”. „Chrystus powtarza mi za każdym razem: «No dalej, nie przestawaj. Weź ich ponownie w ramiona». Nie mogę Go nie słuchać: nawet w najgorszym człowieku zawsze jest On, niezależnie od tego, jak bardzo pamięć o nim okryta jest błotem” - przekonuje wolontariusz.

Rozważania do ostatniej, czternastej stacji („Jezus złożony do grobu”) napisał oficer policji penitencjarnej. Podkreśla, że więzienie przemienia: dobry człowiek może stać się sadystą, a podły - stać się lepszym. Celem jego pracy jest „dać kolejną szansę tym, którzy opowiedzieli się po stronie zła”. Wymaga to z jego strony humanizmu, rozwijania ludzkich relacji, przekładających się na „gesty, wrażliwość i słowa, które mogą coś zmienić, nawet jeśli są wypowiedziane po cichu”. „Moim małym pragnieniem jest bycie wzorcem dla tych, których spotykam za kratami. Staram się jak najlepiej bronić nadziei ludzi, którzy dali za wygraną, przestraszeni myślą, że kiedy pewnego dnia wyjdą, grozi im ponowne odrzucenie przez społeczeństwo. W więzieniu przypominam im, że z Bogiem ostatnie słowo nie będzie nigdy należało do żadnego grzechu”, konkluduje oficer.

CZYTAJ DALEJ

Lublin: terapia innowacyjna u pacjentów z COVID-19 przyniosła bardzo dobry efekt

2020-04-04 08:58

[ TEMATY ]

wywiad

lekarz

koronawirus

Adobe.Stock.pl

Terapia innowacyjna, której w Lublinie poddano trzech pacjentów z COVID-19, doprowadziła w drugiej dobie po podaniu leku do poprawy ich stanu klinicznego. Udało się zahamować postęp choroby i uniknąć podłączenia ich do respiratora – powiedział kierownik kliniki chorób zakaźnych szpitala w Lublinie dr hab. Krzysztof Tomasiewicz.

Kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie przybliżył w rozmowie z PAP szczegóły przebiegu terapii lekiem, który zastosowano poza wskazaniami rejestracyjnymi mechanizmów jego działania, a także wymogi prawne związane z przeprowadzeniem takiego leczenia.

PAP: Dlaczego zdecydowaliście się na zastosowanie tej pionierskiej metody?

Krzysztof Tomasiewicz: Decyzja o podjęciu terapii została oparta po pierwsze na analizie mechanizmów patogenetycznych, jakie występują w COVID-19, a po drugie po zapoznaniu się z nielicznymi, pojedynczymi wynikami podawania tego leku w Chinach, we Włoszech czy też ostatnio w Hiszpanii.
Rozpatrywaliśmy zastosowanie różnych cząstek działających na układ immunologiczny. Ostatecznie, po ocenie możliwych korzyści i ryzyka związanego z podaniem leków, dokonaliśmy wyboru leku, który blokuje receptor dla interleukiny 6. Była to trudna decyzja, ponieważ dotyczyła zastosowania leku poza wskazaniami rejestracyjnymi, ale chodziło o ratowanie życia pacjentów.

- Jaki jest mechanizm działania leku?

- Zastosowaliśmy lek, który ma zablokować receptor dla jednej z interleukin, a przez to zatrzymać nadmierną reakcję zapalną. Wiadomo, że ciężkie następstwa zakażenia, a więc niewydolność oddechowa i niewydolność wielonarządowa, są związane z gwałtowną burzą cytokinową, która sprawia, że układ immunologiczny, broniąc się przed zakażeniem, niszczy organizm. Nie jest to leczenie przeciwwirusowe, lecz terapia konsekwencji zakażenia.

- Jak ona przebiegała i ilu pacjentów nią objęliście?

- Terapia polega na podaniu dożylnym leku w dwóch dawkach w odstępach kilkunastu godzin. Objęliśmy nią trzech pacjentów, u których istniało bardzo wysokie prawdopodobieństwo zastosowania w kilku najbliższych godzinach leczenia oddechem wspomaganym (podłączenia do respiratora). Naszym zdaniem był to optymalny moment na zastosowanie tego typu leczenia. Zarówno wcześniejsze podanie leku, jak i, niestety, podanie go w okresie już podłączenia do respiratora wydaje się zmniejszać szansę na uzyskanie pozytywnego efektu terapeutycznego.

- W jakim wieku są pacjenci, czy mają jakieś współtowarzyszące choroby?

- Są to pacjenci między 60. a 75. rokiem życia, z chorobami współistniejącymi, a więc bezpośrednio zagrożeni negatywnymi następstwami zakażenia SARS-CoV-2.

- Jak następowała poprawa ich stanu zdrowia?

- Już w drugiej dobie po zastosowaniu leku u wszystkich pacjentów doszło do poprawy stanu klinicznego, przy czym aktualnie u dwóch jest to poprawa bardzo spektakularna, ze znaczną poprawą parametrów oddechowych, a w badaniach laboratoryjnych ze spadkiem parametrów zapalnych, takich jak ferrytyna, CRP czy prokalcytonina.
Trzeci pacjent również się poprawia, przy czym ta poprawa następuje wolniej. Lek wciąż działa i konieczna jest dalsza obserwacja. Najważniejsze, że udało się zahamować postęp choroby i pacjenci uniknęli leczenia przy pomocy respiratora.

- Jak wygląda procedura zezwolenia na przeprowadzenie eksperymentalnych metod?

- Terapia eksperymentalna wymaga zgody komisji bioetycznej. Składany jest protokół badania, w którym określa się zasady przeprowadzenia eksperymentu medycznego, formularz informacji dla pacjenta i świadomej zgody pacjenta. Ponieważ sytuacja była nadzwyczajna, poprosiłem Komisję Bioetyczną Uniwersytetu Medycznego w Lublinie o pilne rozpatrzenie mojego wniosku i w ciągu kilku dni uzyskałem zgodę, za co bardzo Komisji dziękuję. Nikt nie miał wątpliwości, że na szali jest ratowanie życia ludzkiego.

- Kto na świecie stosuje tę terapię i jakie są doniesienia o jej skuteczności?

- Terapia była stosowana u pojedynczych pacjentów w Chinach, we Włoszech i w Hiszpanii. Pierwsze doniesienia są bardzo optymistyczne, przy czym wydaje się, że zastosowany przez nas wybór czasu podania – w okresie narastania objawów niewydolności oddechowej – wydaje się najbardziej optymalny. We wspomnianych przypadkach zagranicznych z tym wyborem było różnie, co może mieć wpływ na skuteczność.

- Jak pan ocenia obecną sytuację epidemii z punktu widzenia osoby, która na co dzień walczy z COVID-19?

- Najważniejsze jest, aby nie doszło do przepełnienia pojemności systemu opieki zdrowotnej, a więc, by starczyło łóżek i respiratorów dla pacjentów, a także, aby było wystarczająco dużo pracowników opieki medycznej. Niestety takie zdarzenia obserwujemy we Włoszech czy w Hiszpanii. Rozwiązania systemowe i organizacyjne są bardzo ważne dla utrzymania kontroli nad sytuacją związaną z epidemią COVID-19.
Jeżeli dzięki wprowadzonym restrykcjom w kontaktach w przestrzeni publicznej uda się dokonać spłaszczenia krzywej zachorowań, a wszystko na to wskazuje, to epidemia może trwać dłużej, ale nie będzie gwałtowna, a to również pozwala na uniknięcie olbrzymiej liczby zgonów. Mam nadzieję, że na przełomie maja i czerwca będziemy już po szczycie zachorowań i w fazie wygaszania epidemii.

CZYTAJ DALEJ

Parafia to my

2020-04-08 23:11

[ TEMATY ]

modlitwa

parafia

archidiecezja łódzka

Piotr Drzewiecki

W tych trudnych czasach jeszcze mocniej pamiętajmy o tym, że parafie nie składają się tylko z proboszczów, wikarych oraz kościelnych. Parafie to nasze drugie rodziny. Tak jak troszczymy się o najbliższych, tak troszczmy się o wspólnotę parafialną. Parafia to my.

O ile czasowe odłączenie wiernych od Stołu Pańskiego, choć bolesne, może być w dłuższej perspektywie przyczynkiem do zrozumienia czym naprawdę jest Komunia Święta i jak bardzo jest ona ważna w naszym życiu, o tyle, sprowadzając temat do rzeczywistości ziemskiej, kondycja parafii pozbawionych swoich wiernych, może stać się bardzo trudna.

Mowa oczywiście o sytuacji finansowej. W sytuacji braku wiernych na mszy, oczywistością jest fakt mniejszych wpływów z ofiar. To w dłuższej perspektywie może spowodować kłopoty finansowe wielu parafii. Może, ale nie musi. Wszystko zależy od tego, czy członkowie wspólnoty zdadzą sobie sprawę z prostego faktu, że parafia to nasza “większa” rodzina. Tak, żyjemy w czasach wyobcowania jednostki, a w czasach epidemii pojęcie “dystansu społecznego” jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Dla chrześcijanina nie ma jednak innego dystansu, który powinien jak najściślej zachowywać niż dystans od zła. Zła, dodajmy, które obejmuje również brak posłuszeństwa i zaniedbanie.

Zatroszczmy się o nasze parafie. Pokażmy, że parafia to my. I nie chodzi tylko o sprawy finansowe. Owszem, jeśli ktoś chce, niech wpłaci dobrowolny datek na konto swojej parafii. Przede wszystkim jednak - módlmy się za swoich kapłanów i za całą wspólnotę. Trudne czasy, oprócz tego, że niosą niepokój, stwarzają także szansę na stworzenie silnej wspólnoty. Niech ten trudny czas, jakie obecnie przeżywamy, będzie początkiem do stworzenia silnych wspólnot parafialnych.

CZYTAJ DALEJ
E-wydanie
Czytaj Niedzielę z domu

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję