Reklama

Polska

Libiąż: bp Damian Muskus zapalił światełka na Choince Papieskiej

Na placu przed kościołem Przemienienia Pańskiego w Libiążu już po raz 7. stanęła Choinka Papieska. W niedzielę bp Damian Muskus OFM zapalił na drzewku światełka i pobłogosławił żłóbki, które dzieci przyniosły do kościoła.

[ TEMATY ]

choinka

bp Damian Muskus

Bożena Sztajner/Niedziela

Libiąska choinka nazywana jest „papieską”, bo nawiązuje bezpośrednio do tradycji stawiania na placu św. Piotra w Rzymie wysokiej choinki, a obok niej bożonarodzeniowej szopki, zapoczątkowanej w 1982 roku przez Jana Pawła II.

W homilii bp Muskus tłumaczył symbolikę światła, które „mówi o tym, że bliski jest już czas narodzenia Chrystusa, bliski jest czas zbawienia”. Nawiązując do przekazywanego właśnie w całej Polsce Betlejemskiego Światła Pokoju podkreślał, że człowiek, który otrzymuje światło, nie może go zatrzymywać dla siebie.

To właśnie od płomienia z Betlejem zostały zapalone światła na choince w Libiążu. Krakowski biskup pomocniczy tłumaczył, że zielone drzewko jest znakiem życia i odrodzenia, solidarności i nadziei, jest też znakiem wspólnoty. - I to takiej wspólnoty, która nikogo nie wyklucza – podkreślał.

Reklama

Nawiązując do powtarzających się co roku głosów o zawłaszczaniu świąt Bożego Narodzenia przez kulturę popularną i ich komercjalizacji, biskup zauważył, że może to być przejaw ludzkiej tęsknoty do dobra, jedności, piękna i miłości, którego źródłem jest Bóg. - Nawet jeśli ludzie ci nie chcą czy boją się do tego przyznać i sprowadzają święta Bożego Narodzenia do poziomu powierzchownej radości, to tkwią w nich przecież marzenia o tym, co oznacza dla nas przyjście Jezusa na świat: marzenia o trwałym szczęściu, o życiu wiecznym, o zwycięstwie dobra nad złem – zaznaczył.

Jak podkreślał, nie należy oburzać się na tych, którzy nie potrafią przeżywać głębokiej radości Bożego Narodzenia. - Możemy ich jej nauczyć, ale tylko pod warunkiem, że sami będziemy rozumieć istotę tych świąt i tylko wtedy, jeśli sami dzięki tym świętom będziemy się przybliżać do Chrystusa – wyjaśniał.

Podkreślił, że w życiu na co dzień Bożym Narodzeniem chodzi o to, „byśmy nie przestawali kochać, nawet w najtrudniejszym położeniu”. - Chodzi o to, byśmy byli wierni Jezusowi i Jego miłości, to znaczy umieli jej służyć wytrwale pośród wszystkich naszych ludzkich spraw – dodał.

Reklama

Jeśli mamy otwarte serca, z łatwością rozpoznamy konkretne znaki obecności Pana w naszym życiu. Jeśli potrafimy patrzeć i słuchać, zobaczymy Jego działanie w świecie. Jeśli potrafimy Mu zaufać, pójdziemy za Nim i będziemy Go naśladować: w kochaniu ludzi, w przywracaniu nadziei, w obdarowaniu dobrym słowem, pokojem, wzajemnym przebaczeniem i radością. Taka jest tajemnica Bożego Narodzenia – podsumował.

Na zakończenie Mszy św. bp Muskus poświęcił żłóbki przyniesione do kościoła przez dzieci. Światełka na choince przed kościołem zostały zapalone od Betlejemskiego Światła Pokoju, przekazanego przez harcerzy. Zgromadzonych przed kościołem odwiedził również Mikołaj.

2019-12-15 21:26

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kraków: pierwsza wizyta biskupa w centrum muzułmańskim

Bp Damian Muskus OFM odwiedził społeczność muzułmańską w Krakowie. – - Chciałbym, aby łączyło nas umiłowanie dobra, abyśmy dawali wspólne świadectwo porozumienia mimo różnic, świadectwo otwarcia i zaangażowania w dialog, który prowadzi do solidarnego budowania pokoju – mówił hierarcha.

Bp Muskus przekazał list metropolity krakowskiego, napisany z okazji XX Dnia Islamu w Kościele Katolickim w Polsce. Jego fragmenty zostały odczytane podczas spotkania.

W wydarzeniu uczestniczyli także członkowie Rady Dialogu Archidiecezji Krakowskiej z jej przewodniczącym ks. Łukaszem Kamykowskim i prowadzący stronę islamistablog.pl Anna i Karol Wilczyńscy. Stronę muzułmańską reprezentowali mufti Ligi Muzułmańskiej RP Nedal Abu Tabaq oraz Tariq Al-Kubaisi, imam pracujący dla krakowskiej wspólnoty muzułmanów. Obecny był ponadto Kishan Manocha, obserwator OBWE, który zajmuje się wolnością religijną. W spotkaniu uczestniczyło także ok. 40 członków społeczności muzułmańskiej.

- Jako duchowy syn św. Franciszka odczytuję to wydarzenie w kluczu historycznego spotkania asyskiego Biedaczyny z sułtanem Malikiem al-Kamilem. To była jedna z pierwszych prób autentycznego dialogu między katolikami a muzułmanami. Święty pokazał, że możliwe jest braterstwo między wyznawcami różnych religii, a wzajemny szacunek to podstawa relacji - mówił po spotkaniu bp Muskus.

- Chciałbym, aby łączyło nas umiłowanie dobra, abyśmy dawali wspólne świadectwo porozumienia mimo różnic, świadectwo otwarcia i zaangażowania w dialog, który prowadzi do solidarnego budowania pokoju. Bowiem brak dialogu, izolacja i jednostronne budowanie pokoju nie przynosi owoców dobra – dodał krakowski biskup pomocniczy.

Mufti Ligi Muzułmańskiej RP Nedal Abu Tabaq podkreślał, że obchody tego dnia w Kościele katolickim to inicjatywa pionierska. Przypomniał także, że Liga Muzułmańska od 6 lat organizuje dzień chrześcijaństwa w centrach muzułmańskich i meczetach, a także dzień judaizmu.

To była pierwsza w historii wizyta biskupa w centrum muzułmańskim w Krakowie. – To niewątpliwie przełom, ale jego ranga zależy od dalszych posunięć Kościoła – ocenia Karol Wilczyński, dziennikarz i członek rady Dialogu AK. - Można wiele zdziałać. Mam nadzieję, że Kościół zacznie proponować inicjatywy dialogu, nie tylko w przestrzeni świątyń, ale także w miejscach, gdzie żyje wspólnota muzułmańska – podkreśla.

Wśród uczestników spotkania był muzułmanin z Mozambiku, który przyjechał do Krakowa na 2 tygodnie, by odwiedzić mieszkającego pod Wawelem syna. Mężczyzna współpracuje w Mozambiku z lokalnym biskupem. Zrobił selfie z bp. Muskusem, by pokazać swojemu biskupowi, że brał udział w wyjątkowym wydarzeniu.

Inicjatywa wyszła od Anny i Karola Wilczyńskich. – Chodziło nam o to, by pokazać muzułmanom, że Kraków to jest ich dom, że oni mogą czuć się tu bezpiecznie i że katolicy nie chcą ich krzywdzić – wyjaśniają.

W Krakowie mieszka ok. 2-2,5 tys. muzułmanów. Ok. 200 osób uczestniczy w piątkowych modlitwach, które odbywają się w tutejszym centrum islamskim.

CZYTAJ DALEJ

5 pytań do… Pana Łukasza Szumowskiego, Ministra Zdrowia

2020-07-10 10:23

[ TEMATY ]

Szumowski

5 pytań do...

Ministerstwo Zdrowia

Piotr Grzybowski w kolejnym wywiadzie z cyklu "5 pytań do..." rozmawia z Ministrem Zdrowia, Łukaszem Szumowskim.

Piotr Grzybowski: Panie Ministrze, stał się Pan symbolem walki z pandemią, chciałbym jednak powrócić do początków Pana fascynacji medycyną. Co stało za decyzją, aby zostać lekarzem?

Łukasz Szumowski: Jeszcze w szkole podstawowej nie myślałem o zawodzie lekarza. U nas w domu nie było tradycji medycznych – mama jest polonistą, tata inżynierem. Ale już wtedy miałem takie przeświadczenie, że będę lekarzem, pomimo, że to fizyka była moją miłością i była na pierwszym miejscu. Dlatego też poszedłem do „Reytana” do klasy mat-fiz. Ale fizyka w mat-fizie to nie wszystko. Trudno było myśleć o studiach z fizyki, gdy okazało się, że nie jestem wybitny z matematyki. W liceum już wiedziałem, że medycyna łączy w sobie niezwykły świat – mama dała mi wtedy książki Prof. Hellera czy Prof. Sedlaka. Ale ta świadomość, że mam być lekarzem, że mam leczyć ludzi była ze mną od podstawówki, chociaż opierałem się jak mogłem.

Mój późniejszy mentor, prof. Franciszek Walczak, uświadomił mi, że fizyka to także prądy w sercu, a jeszcze mówił o nich w tak ciekawy sposób... To on dał mi asumpt do tego by wybrać kardiologię, choć poważnie zastanawiałem się także nad anestezjologią. Dzięki pasji prof. Walczaka i mnie wciągnęło w świat prądów w sercu. Na tę nową pasję poświęcałem każdą wolną chwilę. Gdy uświadomiłem sobie ilu poważnie chorym ludziom można pomóc i zobaczyłem na przykładzie profesora Walczaka ile to daje satysfakcji, nie było już odwrotu. Ablacje, czyli zabiegi regulujące zaburzenia rytmu serca, to była logiczna konsekwencja mojego wyboru.

PG: Co jest w tym zawodzie najtrudniejsze, a co najpiękniejsze?

ŁSz: Piękne w tym zawodzie w zasadzie jest wszystko. Co może dać więcej satysfakcji, niż widok człowieka, który jeszcze niedawno był umierający, pod tlenem, a żyje i czuje się dobrze? Kiedy widzi się dzieci i staruszków, którzy mogą cieszyć się z życia, z kontaktów z bliskimi i rodziną, a jeszcze niedawno ta rodzina drżała o to życie? Ja momentami, przy stole operacyjnym spędzałem po 12-14 godzin na dobę. Poza tym na stole operacyjnym człowiek zostaje odarty z tytułów i masek. I święty, i przestępca jest po prostu człowiekiem.

A trudna zawsze jest śmierć. Z nią nigdy człowiek się nie pogodzi, nawet gdy się z nią mierzy codziennie. Gdy, mimo olbrzymiego wysiłku całego zespołu, nie daje się pomóc, to jest to dramatyczny moment. Trudna jest akceptacja tego, że się czegoś nie wie, nie rozumie co dolega pacjentowi, kiedy robimy zabieg zgodnie z naszą wiedzą i …. nie działa …

PG: Nie uciekniemy od tematu pandemii. Chciałem zapytać o ten pierwszy moment, kiedy uświadomił sobie Pan spodziewaną jej skalę, zagrożenia?

ŁSz: Skala dramatów ludzkich, która miała miejsce we Włoszech, w Lombardii, te ciała wiezione na ciężarówkach, dramatyczne decyzje o tym, kogo podłączyć do respiratora, a komu tej pomocy odmówić… Tak, to myślę był ten moment, kiedy wszyscy zobaczyliśmy, co może wydarzyć się w czarnym scenariuszu. Później mieliśmy jeszcze lotnisko w Anglii przekształcane w kostnicę i Hiszpanię, w której nie nadążano spalać zwłok ludzkich. Nie ma chyba osoby, na której nie robiłoby to wrażenia. Dziś jednak nikt z nas już o tym zdaje się nie pamiętać. Dziś jest lato, wakacje, spotkania z bliskimi. W marcu był powszechny strach, by w Polsce nie doszło do powtórzenia sytuacji z Włoch. Na dziś my tę walkę z wirusem wygrywamy. Okupiliśmy to dużym wysiłkiem, ale było warto. Nie doszło w Polsce do sytuacji, w której musielibyśmy komuś odmówić pomocy, a to był nasz priorytet.

PG: Co było, może dalej jest, największym wyzwaniem w walce z Covid-19?

ŁSz: W czasie epidemii wszystko staje się wyzwaniem. Największym jest presja czasu przy olbrzymiej skali decyzji, które trzeba podjąć. Priorytetem było maksymalne ograniczenie ekspansji wirusa, przy jednoczesnym zapewnieniu pełnej wydolności szpitali, tak by mogły przyjąć każdego wymagającego pomocy. Szybki lockdown, czyli tak naprawdę powszechne ograniczenie aktywności społecznej, przy jednoczesnym powołaniu do życia szpitali jednoimiennych, izolatoriów dla chorych nie wymagających hospitalizacji, to były decyzje, które dawały nam przewagę nad wirusem – jeżeli tak obrazowo mogę powiedzieć. Poza tym zakupy… W marcu i kwietniu na rynku brakowało wszystkiego. Państwa prześcigały się w kupowaniu każdej dostępnej rzeczy: maseczek, kombinezonów, respiratorów – dosłownie wszystkiego. My też o każdy zakup musieliśmy walczyć. Dziś posłowie Koalicji Obywatelskiej zarzucają nam, że za maski przepłaciliśmy, że respiratory były za drogie. A ja odpowiadam: nikt w Polsce nie umarł z powodu braku sprzętu, a w innych państwach takie rzeczy były codziennością. My ratowaliśmy ludzkie życie. Pamiętam poczucie bezsilności i goryczy kiedy maseczki, które miały przylecieć do Polski zostały podkupione przez inne państwa…

PG: Jak by Pan zachęcił dzisiejszych maturzystów do wyboru studiów medycznych?

ŁSz: Zawód lekarza to jeden z najpiękniejszych zawodów. Można by powiedzieć cynicznie – wykonujesz swoją prace, a niejako przy okazji – jako bonus - pomagasz ludziom. Choć oczywiście pomoc drugiemu człowiekowi jest sednem tej pracy. To zawód, którego nie można go wykonywać mechanicznie. Tu nie ma miejsca na rutynę. Zawód lekarza to zawód, któremu trzeba się w pełni poświęcić, ale on dużo daje w zamian. Satysfakcję, codzienną przygodę poznawania nieodkrytych obszarów ludzkiego organizmu. Jesteśmy w stanie polecieć na księżyc, a nie wiemy jak wyleczyć raka…

Medycyna to naprawdę odkrywanie nowych lądów i wielka przygoda.

Poza tym, ja na studiach medycznych zyskałem coś najcenniejszego – moją żonę.

CZYTAJ DALEJ

Takim go zapamiętam…

2020-07-11 22:24

Maria Fortuna- Sudor

W poniedziałek 6 lipca br., w wieku 69 lat, zmarł Zbigniew Kruk - Strzeboński, były działacz „Solidarności” (także struktur podziemnych), internowany w stanie wojennym, związany z Duszpasterstwem Ludzi Pracy – tzw. Kamieniołomem przy kościele św. Józefa w Podgórzu, odznaczony m.in. Krzyżem Wolności i Solidarności (2017), członek Stowarzyszenia Sieć Solidarności.

W stanie wojennym Zbigniew Strzeboński- Kruk został internowany – więziony w ZK w Załężu. Nawet tam protestował przeciwko złemu traktowaniu więźniów, brał udział w głodówkach, nie pozwolił sobie odebrać pamiątkowego krzyża, za co otrzymał dodatkową karę więzienia. Po wyjściu na wolność, 24 lipca 1982 r. pozostawał bez pracy. W końcu dzięki pomocy ks. K. Jancarza, został zatrudniony w Zakładzie Pszczelnictwa AR w Krakowie. W kolejnych latach był prześladowany, co przejawiało się m.in. zwalnianiem z pracy lub zmuszaniem do odejścia z niej. W latach 1982 – 1989 był współinicjatorem i współorganizatorem powstania grupy duszpasterstwa ludzi pracy przy parafii św. Józefa w Krakowie Podgórzu. Był to Zespół Apostolstwa Świeckich – tzw. Kamieniołom.

Pana Zbigniewa poznałam przy okazji pisania artykułu, w którym opowiedział on o wprowadzaniu stanu wojennego w Krakowie. W 2014 roku, przybliżając naszym czytelnikom postać Polaka- patrioty, napisałam m.in. : „Do grona osób, na los których tamten czas ( stan wojenny- przyp. red.) wpłynął w sposób szczególny, należy Zbigniew Kruk-Strzeboński. W latach 70. i na początku 80. asystent w Biurze Projektów Przemysłu Skórzanego Biproskór, gdzie zorganizował Komitet Założycielski „Solidarności”, a później pracownik MKZ Małopolska. Dziś człowiek schorowany, nadal jednak aktywny, zatroskany o los Polski, o jej teraźniejszość i przyszłość.”

I takim go zapamiętam. Otwartym na ludzi, szczerym, uważnie obserwującym otaczający świat. Gdy przy okazji spotkania zapytałam, czy po raz kolejny zdecydowałby się tak angażować w walkę z komunistyczną władzą PRL- u , gdyby znał, jakie będą losy tamtej Solidarności, zapewnił bez chwili namysłu: „No pewnie, że tak!” Wtedy też stwierdził: „…obserwuję świat, zmiany, które zachodzą, i jestem przekonany, że drugiej takiej „Solidarności” jak tej w latach 80. XX wieku, już nie będzie. Nie ta sytuacja, nie ten układ, nie tacy ludzie…”

Kilka lat później ktoś zapytał mnie, czy nie znam człowieka, którego warto by wytypować do konkretnej nagrody - nie pamiętam już dokładnie, o jaką nagrodę chodziło, ale uważałam, że pan Zbigniew jest idealnym kandydatem, więc opowiedziałam o nim, o jego roli w „Solidarności” i podałam numer telefonu do niego. Po pewnym czasie dowiedziałam się, że gdy usłyszał propozycję, najpierw był nią zaskoczony, a potem stwierdził, że on nie robił tego dla nagród czy uznania. I prosił, aby tak pozostało…

Śp. Zbigniew Kruk – Strzeboński zostanie pochowany na cmentarzu w Grębałowie. Pogrzeb odbędzie się w najbliższy poniedziałek 13 lipca 2020 r. (godz. 13.40).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję