20 października Kościół w Polsce obchodzi wspomnienie liturgiczne
św. Jana z Kęt - patrona profesorów, studentów i młodzieży oraz szkół
katolickich. Jest także patronem Caritas. Urodził się w 1390 r. Jego
prawdziwe nazwisko brzmiało Jan Wyciąga z Malca pod Kętami.
Przyglądając się życiu tego świętego, zadziwia nas jego
wielkie ukochanie nauki. Studia na Wydziale Nauk Wyzwolonych Akademii
Krakowskiej rozpoczął stosunkowo późno, mając około 23 lata. Po ukończeniu
nauki osiągnął tytuł magistra artium. Przez osiem lat był kierownikiem
szkoły klasztornej u bożogrobców w Miechowie. Kiedy zwolniło się
miejsce w jednym z kolegiów uniwersyteckich, wrócił do Krakowa i
objął wykłady na Wydziale Sztuk Wyzwolonych i zaczął studiować teologię.
Miał wówczas 39 lat.
Dziwny to był student, wkraczający w 40. rok życia, równocześnie
profesor, trzykrotny dziekan Wydziału Sztuk Wyzwolonych, prepozyt
kolegium Większego, kantor kapituły kolegiaty św. Floriana w Krakowie
i proboszcz w Olkuszu. Nic dziwnego, że zajęcia te wydłużyły jego
studia do 13 lat, podczas gdy normalnie studium teologii trwało od
7 do 10 lat.
Święty Jan jako kapłan i teolog ze wszystkich sił swoich
starał się przekazać Ludowi Bożemu takie nauczanie, które nie naruszałoby
doktryny wiary. Trzymał się z dala od sporów doktrynalnych, chociaż
żył w atmosferze koncyliaryzmu. Pracował z nieprawdopodobną wytrwałością.
Rękopisy, które wyszły spod jego ręki, liczą łącznie ponad 18 tysięcy
stron. Owocem jego wytrwałej pracy jako skryptora jest zachowanych
28 kodeksów. W przepisywanych dziełach widać wszechstronność zainteresowań
naukowych św. Jana, a w uwagach marginalnych ogromny szacunek dla
nauki Kościoła.
Podziel się cytatem
Św. Jan Kanty jest nam bliski nie tylko swojej działalności
naukowej i swoistego rodzaju wydawniczej, ile raczej przez świętość
życia. Nauka, której się oddawał, była dla niego jednym ze środków
do osiągnięcia tego ideału. Był człowiekiem nieustannej troski o
rozwój swojego życia wewnętrznego. Ciągle towarzyszyła mu świadomość,
że teolog winien być przede wszystkim człowiekiem Bożym.
Wokół dobroci i miłosierdzia św. Jana Kantego osnuto
wiele legend. Podania te świadczą, że na barwnym tle Krakowa, gdzie
mieszkało wielu świątobliwych i znakomitych ludzi, Jan był niezwykle
popularny, a nimb wyjątkowej dobroci i świętości otaczał jego postać.
Odznaczał się bowiem wielkim miłosierdziem. Starał się naśladować
Chrystusa, który nigdy nie przeszedł obojętnie obok nędzy ludzkiej.
Pomagał biednej młodzieży studiującej w Akademii Krakowskiej. Opiekował
się sierotami, wdowami, chorymi, kalekami. Wszystko, co miał, rozdawał
ubogim.
Reklama
Stare kroniki podają, że św. Jan Kanty w jadalni uczniów
zaprowadził taki zwyczaj: jeśli w czasie obiadu zjawił się żebrak
u drzwi jadalni, służący musiał powiadomić przełożonego słowami: "
Przyszedł ubogi". Ten odpowiadał natychmiast: "Chrystus przyszedł"
i zaraz starał się o to, aby ubogiego nakarmić. W ten sposób przypominał
Święty swoim wychowankom słowa Chrystusa Pana: "Wszystko, co uczyniliście
jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt
25,40).
Św. Jan Kanty czynił dobro i przez to wyzwalał dobro
u innych. Pewnego dnia - jak uczą stare zapiski kronikarskie - św.
Jan Kanty otrzymał od ogrodnika duży kosz pięknych, czerwonych jabłek.
Co z nimi zrobić? - zastanawiał się ten miłosierny kapłan. Przecież
sam ich nie zjem. W Krakowie jest dużo biedniejszych ode mnie. Przez
jakiegoś studenta przesłał te jabłka biednemu szewcowi, który miał
kilkoro dzieci. Szewc dał każdemu z dzieci po jabłuszku, a resztę
oddał choremu krawcowi. Krawiec przesłał w prezencie jabłka sąsiadce
staruszce. Ta pomyślała sobie: Ja już jestem stara, wystarczy mi
więc kawałek chleba i garnuszek mleka. Prześlę te jabłka profesorowi
Janowi z Kęt. On opiekuje się chorymi, pomaga innym, uczy młodzież,
więc potrzebuje więcej siły do pracy. I kosz z jabłkami powrócił
do św. Jana. Fala dobra powraca.
Reklama
Ten święty Profesor jest dla wszystkich pedagogów, nauczycieli,
profesorów wzorem wykładowcy całkowicie zaangażowanego w służbie
Kościołowi Chrystusowemu i na tej drodze realizującego swoje powołanie
życiowe. Ojciec Święty Jan Paweł II w swojej konstytucji apostolskiej
o uniwersytetach katolickich przypomniał o tym nauczycielom akademickim. "
Powołaniem chrześcijańskich wykładowców jest być świadkami i pedagogami
autentycznego życia chrześcijańskiego, którego przejawem winna być
osiągnięta już przez nich integracja wiary z kulturą, kompetencji
zawodowej z chrześcijańską mądrością" (nr 22).
Wzorem takiego nauczyciela, który ze swego życia potrafił
stworzyć znakomitą syntezę wiedzy i świętości, pozostaje dla nas
św. Jan Kanty. Był on człowiekiem wielkiej modlitwy, co podkreślił
papież Klemens XIII w bulli kanonizacyjnej: "Codziennie po ukończeniu
swoich zajęć udawał się z Akademii prosto do kościoła, gdzie długo
się modlił i adorował Chrystusa utajonego w Najświętszym Sakramencie"
.
Szczególnie aktualna jest ta postać w październiku, kiedy
to obchodzimy Dzień Nauczyciela i rozpoczyna się rok pracy nauczycieli
akademickich. Warto, by choć czasami wszyscy nauczyciele, bez względu
na typ szkoły, w której pracują, przypominali sobie tę postać, która
jest ich patronem. A skoro tak, to by w chwilach trudnych pracy pedagogicznej
i naukowej przyzywali jego pomocy i wstawiennictwa.
Wizerunek św. Jana Vianneya autorstwa Marka Gajewskiego w sanktuarium św. Jana Vianneya w Czeladzi
4 sierpnia Kościół przypomina nam postać wielkiego kapłana, pomagającego tysiącom ludzi spotkać Boga, którego papież Pius XI ogłosił patronem wszystkich proboszczów - św. Jana
Marię Vianneya. To postać niecodzienna, którą w kontekście współczesnych dyskusji na temat kapłaństwa, warto przypomnieć. Ten nietuzinkowy kapłan stanowi doskonały wzór do naśladowania dla dzisiejszych
duchownych.
Ciekawa była droga życia tego świętego; Bóg go powoływał, ale kazał mu przejść przez wiele trudności, pokonać niejedną przeszkodę.
Urodził się w Dardilly pod Lyonem 8 maja 1786 r. jako syn małorolnego chłopa. Pisać nauczył się dopiero w 17 roku życia. Wkrótce zaczął myśleć o kapłaństwie. Napotkał jednak na wielkie przeszkody.
Z powodu słabych zdolności (zwłaszcza do łaciny), dwukrotnie odmawiano mu przyjęcia do seminarium. W czasie studiów również miał niejedną trudność (egzaminy trzeba było składać po łacinie). W końcu, dzięki
poparciu i pomocy proboszcza z sąsiedniej miejscowości ks. Abbe Balleya dobrnął do kapłaństwa.
Przez dwa lata był wikariuszem, a potem. (1818 r.) rozpoczął duszpasterzowanie w maleńkiej parafii (230 wiernych) Ars, w której pozostał już aż do śmierci. Była to tzw. ciężka parafia; o jej
wiernych mówiono, że tylko sam chrzest odróżnia ich od istot nierozumnych. Proboszcz zabrał się energicznie do pracy duszpasterskiej. Nie odznaczał się zbytnią erudycją, więc i jego kazania były bardzo
proste, nie obejmowały też szerokiej tematyki. W jego nauczaniu ciągle powracały podstawowe prawdy: o grzechu i jego skutkach, o pokucie i odzyskaniu łaski uświęcającej, o Eucharystii, modlitwie... Wkrótce
jednak przekonano się, że w jego prostych słowach zawarta jest niezwykle wielka siła przekonywania. Chciało się go słuchać i trzeba mu było przyznać rację.
Niedługo trzeba było czekać, aby wierni odkryli w kapłanie wspaniałego spowiednika, prawdziwego lekarza duszy. Przenikał sumienia, czytał w sercu człowieka, widział nawet przyszłość. W tej sytuacji
jest zupełnie zrozumiałe, że do Ars zaczęły napływać tłumy ludzi. Byli tacy, którzy osiadali tutaj na stałe, jednak większość dowoził codziennie dyliżans z Lyonu. Sprowadzała ich nie ciekawość zobaczenia
„człowieka niezwykłego”, ile chęć nawrócenia, lub odnowy swojego dotychczasowego życia.
Zdarzali się i „ciekawscy”, a nawet złośliwi, ale tych czekała tutaj miła niespodzianka. Pewnego razu miał do Ars przybyć jakiś dziennikarz paryski, który chciał przygotować reportaż ośmieszający
ludzką naiwność. Kiedy poprosił ks. Vianneya o wywiad, nie otrzymał go. Świątobliwy proboszcz zaproponował dziennikarzowi spowiedź. Ten próbował się oprzeć, ale w końcu „uległ”. Po zakończeniu
spowiedzi, zapytany przez proboszcza, czy chce teraz przeprowadzić wywiad, odpowiedział, że „nie”. Wrócił do Paryża już jako inny, przemieniony duchowo człowiek.
Spowiedź u proboszcza nie trwała długo, ale była skuteczna. Krótkie napomnienia przenikały do duszy niby strzały. Słuchając spowiedzi pewnego mężczyzny, któremu najwidoczniej brakowało żalu, Święty
Proboszcz rozpłakał się i płakał tak długo, aż zaniepokojony tym penitent zapytał o przyczynę. Usłyszał wtedy: „płaczę dlatego, że ty nie płaczesz”.
Pewnemu młodemu mężczyźnie, który ze względów ludzkich nie miał odwagi publicznie wyznać wiary, zadał za pokutę wziąć udział w procesji Bożego Ciała: „Pójdziesz zaraz za baldachimem”.
To nie do wiary, ale Święty codziennie spędzał w konfesjonale do 17 godzin, a penitentów miał w ciągu roku około 30 tys. Ten nietuzinkowy kapłan, patron wszystkich proboszczów, choć nie imponował
elokwencją a w swoich przechodzonych butach i wytartej sutannie musiał wyglądać bardzo mizernie, był autentycznym gigantem duchowym swojej epoki! Przybywali do niego ludzie z całej Europy i Ameryki, czekali
w długiej kolejce do konfesjonału, w którym spowiadał.
Nie oszczędził mu Bóg i cierpień. Nadchodziły listy z pogróżkami, pojawiały się oszczercze pomówienia, wiele przykrości doznał nawet ze strony współpracownika, który miał mu świadczyć pomoc. To nie
zniechęcało go. Rzeczywiście można powiedzieć o nim to, co Ewangelia mówi o Chrystusie: „widząc tłumy ludzi litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza”.
Święty chciał uczynić wszystko, aby wskazać innym drogę zbawienia.
Swoją żarliwą i ufną wiarą, świadectwem ubogiego życia i surową ascezą ks. Jan Vianney pociągnął do Boga parafian i licznych przybyszów. Odmienił ich nie do poznania. Przez wiele lat modlił się i
pościł w ich intencji, a nocami toczył zmagania z szatanem. Zmarł 4 sierpnia 1859 r. Kanonizowano go w 1925 r.
Ilekroć każdego roku wspominam liturgicznie postać tego Świętego Proboszcza, przypominają mi się słowa mojego ojca duchownego z Seminarium, który na I roku studiów w czasie konferencji ascetycznej
powiedział do nas: Ten dobry ksiądz i spowiednik powinien mieć: kieliszek mądrości, szklankę roztropności i morze cierpliwości”. Kiedy patrzę na św. Jana Marię Vianneya, widzę w nim wzór takiego
kapłana.
Dla Ojca Świętego Jana Pawła II, który w 1986 r. z okazji 200. rocznicy urodzin Świętego modlił się przy jego grobie, jest - jak wówczas powiedział - „Proboszcz z Ars przykładem
silnej woli i kapłańskiej gorliwości”. Dzisiaj kiedy toczą się dyskusje na temat modelu kapłaństwa, może trzeba zapatrzeć się na tegoż ubogiego proboszcza z Ars i starać się kształtować przyszłych
kapłanów właśnie w takim duchu, dbając, by pierwiastek intelektualny nie zdominował ich formacji kosztem sfery duchowej. Wizytówką kapłana nie powinien być przede wszystkim jego intelekt ale pokora, skromność
i umiłowanie Boga w człowieku, tak jak nam to pokazał św. Jan Maria Vianney.
Atak nożownika miał miejsce przed Mszą św., która miała być sprawowana w kościele rektoralnym św. Mikołaja i św. Stanisława Biskupa przy Ośrodku Formacji i Kultury Chrześcijańskiej. Ośrodek znajduje się na terenie Opactwa Benedyktynek w Jarosławiu - precyzuje w rozmowie z KAI s. Barbara Dendor OSB, przełożona jarosławskiej wspólnoty benedyktynek. Jeden z zaatakowanych duchownych - ks. Stanisław - zmarł w szpitalu.
- Wszystko wydarzyło się przed Mszą św., która miała być sprawowana w działającym przy ośrodku kościele rektoralnym pw. św. Mikołaja i św. Stanisława Biskupa - relacjonuje w rozmowie z KAI s. Barbara Dendor OSB. Na teren kościoła miał wtargnąć napastnik z 80 cm nożem. - Rozpoczął bójkę z jednym z kapłanów, którego ugodził - opowiada s. Dendor. - Zaatakowane zostały też kolejne osoby, w tym, ks. Stanisław, który zmarł w szpitalu. Jeden z kapłanów, ks. Marek, wyszedł z konfesjonału, próbując zaradzić sytuacji. Został również zaatakowany i przebywa w szpitalu stanie ciężkim.
Paryż to pierwszy przystanek podczas intensywnej podróży apostolskiej Leona XIV do Francji. Już pierwszego dnia Ojciec Święty ponowił apel o poszanowanie ludzkiego życia, odbył historyczną wizytę w siedzibie UNESCO, modlił się jako pierwszy papież w odnowionej katedrze Notre-Dame i rozmawiał z 80 tys. młodych na stadionie Stade de France, których nazwał „świętymi Francji".
Papież na paryskim lotnisku Orly wylądował o 9.56, serdecznie przywitany przez licznie zgromadzonych Francuzów, z prezydentem Macronem na czele. Papieża powitał również nuncjusz apostolski we Francji abp. Celestino Migliore. Jeszcze więcej osób zgromadziło się na ulicach Paryża, które pozdrawiały przejeżdżającego papamobile Ojca Świętego.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.