Reklama

W wolnej chwili

Bystra woda

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Reklama

Wiosna nareszcie i chwała Najwyższemu, bo zima już wszystkim obrzydła z kretesem. Wracam z lekcji z odległej wioski. Mamy ich w parafii ponad dwadzieścia, oczywiście nie wszystkie jednakie, bywa, że i przysiółki po parę domów. Ta akurat znaczna, ze szkołą. Na skraju wsi w opuszczonym domu, w jednej z izb, mamy salkę katechetyczną. Dziś wyjątkowo per pedes, czyli na nogach, bo proboszczowi rower był potrzebny. Proponował mi, żebym pożyczył od kościelnego, ale wybrałem się piechotą, bo z panem kościelnym spółki niosą ze sobą spore wyzwania i kłopoty. I dobrze się stało, błoto takie, że łatwiej meandrować i kluczyć między kałużami na nogach, rowerem nie dałbym rady. Taki slalom mógłby się skończyć upadkiem i błotną kąpielą w największej kałuży. Słońce dogrzewa od paru dni, dlatego też tam, gdzie ziemia lżejsza, na górce, i już obeschło, roboty w polu ruszyły na całego. Przy kopcach okutane kobiety, bo wiatr jeszcze chłodny, wybierają i sortują kartofle. Z drogi to malowniczy obrazek, ale praca ciężka. Machają do mnie, pozdrawiają, życzę im szczęść Boże, krzycząc pod wiatr. Od jednego z takich kopców przywołują mnie energiczniej, żebym podszedł, bo mają jakąś sprawę. Tyle wyrozumiałem z gestów i krzyków. Skaczę przez miedze, bruzdy, redliny, skiby i docieram do nich ciekawy, co też za sprawę mogą mieć. Cztery panie siedzą w tym kopcu, niezwykle zręcznie i sprawnie przebierają ziemniaki i tłumaczą mi: te do sadzenia, te pastewne, a jak nadgnity, to jeszcze do innego koszyka. Robią to mechanicznie, nie patrząc na ręce. Okazuje się, że sprawy żadnej nie mają, tylko im się nudzi tak cały dzień, wszystko już sobie poopowiadały i wyśpiewały, to mnie zawołały. Założyły się, czy podejdę, czy się wystraszę. Trudno je rozpoznać w tych chustach szalówkach, zapaskach. Śmieją się głośno, wypytują o dzieci. Okazuje się, że właśnie je uczyłem dzisiaj, choć z innej wioski, to przynależą do tej szkoły. I nagle jedna z nich, wydaje się najstarsza, pyta mnie, czy bym się nie napił bystrej wody. Nie bardzo wiem, co to za napój, ale brzmi tak jakoś naturalnie.

– Źródlana? – pytam naiwnie.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

– Tak, tak. I to z jakich źródeł – zapewniają wszystkie, jedna przed drugą.

Nalewają mi do przykrycia kanki, „dekiel” mówią na to. Na pewno jest tam ponad szklankę. Milkną nagle, patrzą uważnie na mnie... dziwne to trochę, mimo to nie podejrzewam żadnego podstępu.

– Najlepiej od razu do dna, tak najlepiej smakuje – radzi mi ta, która mnie częstuje.

Od razu pociągam spory łyk i oczy wychodzą mi na wierzch przy przełykaniu. Wypluwam, krztuszę się, ku rozbawieniu wszystkich kobiet. Pewnie się tego spodziewały, aż się popłakały ze śmiechu, klepią się po udach, przechylają na tych swoich siedziskach. Uciechę mają niesamowitą, będą opowiadać po wsi, jak to napoiły naiwnego wikarego. Nie widzą w tym nic niestosownego i jeszcze udzielają mi rad.

– Powietrze trzeba wypuścić i dopiero chlus.

I pokazuje, jak się to robi, wypijając to, co pozostało. Jak kompot, nie robi to na niej żadnego wrażenia.

– Inaczej by my tu zamarzły – usprawiedliwiają się.

– Co to jest? – pytam, odzyskawszy głos.

– No jak to co? Bystra woda. Nasza. Najlepsza.

Kościelny mi wszystko objaśnia na drugi dzień, dziwiąc się, że nie poradziłem sobie z babami.

Reklama

– Bo ksiądz dupa. Powietrze trzeba wypuścić i wtedy bach. Dopiero by miały miny, jakby ksiądz walnął jednego i nic, jakby kuń wodę, i jeszcze po drugiego wyciągnął rękę. Tak trzeba było zrobić, to dopiero by miały szacunek.

Jakoś nie szkoda mi tej zmarnowanej okazji do szacunku. To bimber, samogon, księżycówka – tłumaczy mi, w każdej tu wsi nazywają go po swojemu.

– Ja tam od razu poznam po smaku, po zapachu, nie muszę wiedzieć. Powiem natychmiast. Każda wieś strzeże swojego przepisu i dodatków.

To, według niego, powszechny proceder. Żadne wesele, chrzciny, stypa nie obejdą się bez tego.

– Bo to od wody dużo zależy, a woda u nas dobra, źródlana. Od tego też zależy, z czego zacier robią i czy nie paprzą. No i ile razy filtrowane.

Ta właśnie, którą mnie częstowały, cieszy się jego dużym uznaniem.

– Muszę się upomnieć. Obiecał mi tam jeden za odarniowanie grobu kankę tej bystrej i dotąd nie przyniósł. Szkoda, że księdzu flaszki nie dały. Choć z drugiej strony, skąd miały w kopcu mieć flaszkę?

Mówi mi, że sam też z raz, dwa razy w roku coś tam sobie uwarzy, ale nie wychodzi mu tak dobry jak ta bystra.

– Muszą coś jeszcze sypać do zacieru, ale się nie przyznają. E, zmarnowana okazja, jakby ksiądz te baby poprosił, to one by dały całą kankę. Nauczyłbym księdza, jak to się pije.

Co za uprzejmość i ofiarność. Jakoś mi nie żal kolejnej zmarnowanej okazji.

Reklama

– Które to były? – dopytuje oburzony proboszcz, któremu już kościelny doniósł. – Trzeba im było zarekwirować. Kobiety chlają, a potem dzieci głupie. Co za plaga, już ja im powiem w niedzielę. No, które?

– Nie wiem. Nie poznałem. W tych chustkach.

– Powiedz, na którym polu. Dojdziemy z kościelnym. Za górką, przy wierzbie może?

– Skąd mam wiedzieć, pole jak pole, wszystkie jednakie.

– E tam. Austriackie gadanie. Ile mogło być od lasu? Po miedzach policz.

Dobrze, że na drugi dzień nie pamięta już o całym incydencie. Byłby wstyd przecież. Rozchodzi się wszystko po kościach. Bo też cóż to było za wydarzenie.

Nie przypuszczałem, że za niedługi czas zobaczę produkcję bimbru prawie na przemysłową skalę. Parą pięknych koni przyjeżdżają do chorego. Proboszcz, jak się zorientował skąd, mówi: jedź ty, bo to pół dnia zajmie, a ja mam umówione. Okazuje się, że to najdalej wysunięta osada naszej parafii.

– Do matki to ze cztery razy przywoziłem, bo się wydawało, że już. Ale ojca to ja jestem pewny. Na dniach – mówi mi w drodze do kościoła.

– Niech ksiądz weźmie siedem komunii, przyjmiemy razem z ojcem.

Jedziemy i jedziemy, wydaje się, bez końca. Mijamy kolejne wsie, pola, zagajniki i ze dwa mosty przy okazji. Z szacunku dla sakramentu nie rozmawiamy całą drogę. Ja odmawiam Różaniec, a on, ku mojemu zdziwieniu, śpiewa pieśni pobożne jedna za drugą, i to po kilka zwrotek. Głos ma piękny, donośny, taki naturalny baryton. Skąd u młodego jeszcze człowieka taka znajomość pieśni pobożnych?

Reklama

– Oni tak robią – wyjaśnia mi potem kościelny. – Tam sama rodzina siedzi nad tym stawem. Oni sobie tam majowe odprawiają sami i Różaniec, a i Gorzkie żale, zawsze tak było.

Reklama

Nie wiem, po jakim czasie wreszcie dojeżdżamy na miejsce. Rzeczywiście kilka domów dookoła dużego stawu. Wokół wysokie topole, olchy, dalej świerki potężne, na pewno ponadstuletnie. Jestem tu pierwszy raz, po kolędzie był proboszcz. Z domu słychać śpiewy. Wchodzimy, atmosfera podniosła, pozapalane świece, wszyscy wystrojeni, rozmodleni. Senior na łóżku na wysokich poduszkach, na siedząco, okulary na nosie, z książeczką w ręku uczestniczy w śpiewie. Niezwykłe. Na samą spowiedź wychodzą z pokoju i za drzwiami śpiewają głośno. Po skończonym obrzędzie i poczęstunku – o odmowie nie ma mowy – wychodzimy na dwór. Z ciekawością i zachwytem rozglądam się wokoło. Ładnie tu, to nie tylko położenie i pejzaż, ale też porządek w obejściu. Jakaś harmonia wokół. Mówię im, bo wszyscy mnie odprowadzają, że bardzo mi się tu u nich podoba i cieszę się, że mogłem przyjechać i poznać ten uroczy zakątek. Prowadzą mnie do swojej kaplicy i proszą o błogosławieństwo. Pięknie przybrana, haftowane obrusy, serwetki w bardzo żywe kolory i wzory. Krzyż, parę obrazów i figurek, pewnie pamiątki pielgrzymek do miejsc świętych, i niezwykłej urody świątek, Pan Jezus Frasobliwy. Tyle zmęczenia i smutku emanuje z tej figury. Opowiadają mi historię tej rzeźby. Ich dziadowie przygarnęli we wojnę jakiegoś uciekiniera czy dezertera i on z wdzięczności im to wyrzeźbił. Mówią, że ma twarz nestora rodu. Pokazują na nos – wszyscy męscy potomkowie mają taki charakterystyczny niewielki garb, z profilu widać to najlepiej. Wychodzimy na otwartą przestrzeń. Pod strzechą szopy zauważam, że suszą się powiązane w snopki jakieś liście.

– To tytoń? – pytam.

– Nie, to zioła jeszcze z tamtego roku. Potrzebujemy ich do nalewek i syropów.

Nie bardzo rozumiem, o czym mówią, bo na swój użytek robi się takie rzeczy wtedy, jak zioła są świeże, i do tego nie trzeba aż takiej ilości. Gospodyni chyba widzi to moje zdezorientowanie, bo mówi do męża.

– Stasiu, pokaż księdzu fabrykę.

– No właśnie, jak już ksiądz jest na miejscu, to czemu nie.

Prowadzi mnie w stronę stawu. Pejzaż jak z dawnych oleodruków, dziwna historia, domy stoją na znacznym wzniesieniu, a pośrodku staw albo małe jezioro wielkości trzech boisk do piłki nożnej pięknie okolone drzewami.

– Ktoś nam kiedyś opowiadał, że to lej bardzo starego wulkanu. No tak sprzed, nie wiem, tysięcy czy nawet milionów lat – mówi gospodarz, odpowiadając na niezadane pytanie. – My tu sama rodzina, to interesy też mamy wspólne. O, tu, tam – pokazuje na takie budowle okalające staw. To coś w rodzaju wolnostojących piwnic, sklepionych beczkowo czerwoną cegłą, tylko znacznie obszerniejszych. Wchodzimy do jednej, tej z jego strony. Dziwny zapach, jakieś kotły, palenisko, instalacje, rurki, niesamowita plątanina tego wszystkiego.

– Tu dojrzewa zacier, a tam robimy destylację. Instalacja jest w stawie, tam się chłodzi i spływa już po drugiej stronie.

– Ale co wy tu wytwarzacie? – Naiwne pytanie.

Reklama

– No, bystrą tu pędzimy. Potrzebna nam jest do tych nalewek, wyciągów i syropów. Chce ksiądz spróbować?

– Nie – odpowiadam zbyt energicznie na wspomnienie tamtego poczęstunku przy kopcu kartofli. – Już kiedyś próbowałem, o mało mi oczy nie wypadły.

– To niemożliwe, musiała być nie nasza. Hanka, daj no księdzu jałowcówki.

Zanim się obróciłem, już się pojawiają karafka i szklaneczki. Na nic moje protesty. Próbuję już teraz ostrożnie, pomny przykrego doświadczenia, i jakież jest moje zdziwienie. To coś niesamowitego. Smak, aromat, kolor. No cóż, na jednej się nie skończyło, bo jeszcze taka, a inna, a tamta zaś ulubiona przez babcię. Wracamy w lepszych znacznie humorach, rozmawiamy całą drogę, pod nogami mam koszyk z ich produktami wszelakimi. Pożytek z tego niewielki dla mnie. Proboszcz czeka u drzwi. Wydaje się zniecierpliwiony.

– Co tak długo? – mówi i wyciąga rękę po koszyk.

2026-05-05 14:37

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pogrzeb z poślizgiem i historia Zenki

Pogrzeby to kolejny temat moich zadziwień. Majestat śmierci jest tu traktowany z całą powagą, większą pewnie niż gdzie indziej, i celebrowany uroczyście, z największą starannością. Czas zwalnia, wręcz w sposób odczuwalny, zarówno wśród najbliższych, jak i w całej wiosce, gdzie ktoś umiera. Wszystko, choćby najpilniejsze sprawy, musi odejść na dalszy plan, zwykle do trzeciego dnia po pogrzebie. Przez ten czas temat jest jeden – żałoba. To ona bierze w posiadanie myśli, wyobraźnię, rozmowy, zachowania. Wszystko i wszystkich sobie podporządkowuje. Nikomu też nie przyjdzie do głowy, żeby zakwestionować choć jeden zwyczaj czy zachowanie albo skracać czas żałoby. Szacunek wobec tradycji jest powszechny. Tak było. Tak musi być. Tak jest dobrze. Różnice się trafiają w poszczególnych wioskach, ale dotyczą drobiazgów, rzeczy nieistotnych. Najpierw przez 3 dni czuwa się przy trumnie w domu zmarłego. Za punkt honoru uważa się obowiązek udziału przynajmniej w jeden wieczór. Są też wyspecjalizowani przewodnicy tych czuwań. Wiedzą, co, kiedy, jak; mają grube śpiewniki z odpowiednimi pieśniami. Ten rytuał ma swój scenariusz i klimat, i chyba właściwe sobie działanie terapeutyczne. Pogrzeb, jeśli z dalszej części parafii, trwa i trwa. Na umówioną godzinę przyjeżdżają konie. Wóz czy bryczka ubrane żałobnie. Jedzie się długo w milczeniu. Niestosowne jest wszelakie zagadywanie, nawet o nieboszczyka. Do kościoła idzie się pieszo, w kondukcie, bez względu na to, ile jest kilometrów i jaka droga. W kościele najpierw spowiedź – a idzie do spowiedzi, kto żyw – potem egzekwie, Msza i wymarsz na cmentarz. Tam jeszcze stosowne modlitwy i mowy. Bywa, że schodzi prawie cały dzień. I to jest w porządku. Pośpiech byłby obrazą, wręcz bluźnierstwem. Wszystko wymaga czasu, musi wybrzmieć. Żałoba najbardziej. Pogrzeby w zimie to sprawa oddzielna. Wiozą nas raz jakieś 8-9 km, okrężną drogą, bo ta najbliższa cała zawiana. Na miejscu wszystko jak powinno być – płacz przy pożegnaniu i zakrywaniu trumny, żałobny śpiew i ruszamy. Okazuje się, że kondukt zawsze chodził tą najbliższą drogą, więc i tym razem tamtędy. Na początku się cieszę, bo to jednak o 2-3 km bliżej, ale radość z mniejszej odległości przechodzi bardzo szybko. Przede mną idzie tylko mężczyzna z krzyżem, tuż za nim ja. Śniegu jest powyżej kolan, a bywa i znacznie grubiej miejscami. Ten z krzyżem zna drogę i chwała Bogu, bo często nie widać zupełnie, gdzie droga, a gdzie rów czy inne atrakcje. Zadzieram sutannę i kapę i brnę w tym puchu po kolana. Marzy mi się, żeby jak najszybciej przebić się do tej przejezdnej drogi. Tam już będzie łatwiej. Czoło mam spocone pod biretem, jestem mokry do pasa i zmarznięty. Przebrać się? Nie ma mowy, ludzie czekają przy konfesjonale. Nie można nagle przerwać celebracji z racji mokrych portek. Jest jedna wieś ze szczególnie rozbudowaną obrzędowością i formą żałoby. Jedziemy tam właśnie w środku zimy, bo zmarł najstarszy mieszkaniec. Proboszcz mnie uświadamia.
CZYTAJ DALEJ

Nowy biskup w Pelplinie: Świat potrzebuje ludzi wiary odważnej i autentycznej

2026-06-27 19:06

CENTRUM MEDIALNE DIECEZJI PELPLIŃSKIEJ

Bp Przemysław Szulc

Bp Przemysław Szulc

Świat potrzebuje ludzi wiary odważnej i autentycznej, bez kompromisów i udawania. Módlmy się o taką wiarę dla każdej i każdego z nas – powiedział bp Przemysław Szulc na zakończenie uroczystości, podczas których przyjął sakrę biskupią. Święcenia biskupa pomocniczego diecezji pelplińskiej odbyły się w bazylice katedralnej w Pelplinie, w uroczystość głównej patronki diecezji, Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy, 27 czerwca br.

Głównym konsekratorem bp. Przemysława Szulca był biskup pelpliński Ryszard Kasyna, a współkonsekratorami nuncjusz apostolski w Polsce abp Antonio Guido Filipazzi oraz metropolita szczecińsko-kamieński abp Wiesław Śmigiel.
CZYTAJ DALEJ

Polscy metropolici na czuwaniu w Rzymie przed włożeniem paliuszy

2026-06-28 19:56

Vatican Media

Od lewej: abp Andrzej Przybylski, kard. Konrad Krajewski i kard. Grzegorz Ryś

Od lewej: abp Andrzej Przybylski, kard. Konrad Krajewski i kard. Grzegorz Ryś

Masz doświadczenie miłosierdzia, możesz na nie otwierać. Nie masz, to nawet nie próbuj - powiedział kard. Grzegorz Ryś, metropolita krakowski podczas Eucharystii w rzymskim kościele św. Stanisława Biskupa i Męczennika 28 czerwca w trakcie czuwania w intencji nowych metropolitów. Mszy świętej przewodniczył kard. Konrad Krajewski, metropolita łódzki. W koncelebrze był m.in. abp Andrzej Przybylski, metropolita katowicki. Jutro otrzymają oni paliusz z rąk Leona XIV.

Wszyscy trzej metropolici otrzymają w uroczystości Świętych Apostołów Piotra i Pawła, otrzymają z rąk Papieża Leona XIV paliusz, znak jedności z biskupem Rzymu i troski o Lud Boży.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję