Reklama

Kultura

Od Lady Gagi do Mahlera

O filmie, który stał się pretekstem do poznania niezwykłej muzyki.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Spectrum estetycznych zainteresowań Bradleya Coopera jest więcej niż szerokie. O ile Narodziny gwiazdy z racji stricte komercyjnego aspektu muzyki i obsady poprzedziła wielka kampania medialna, o tyle obraz Maestro, dedykowany postaci Leonarda Bernsteina, zaistniał w świadomości kinomanów i melomanów miesiąc przed premierą.

Jakby tego było mało, sama premiera została podzielona na kilka etapów. Wersja kinowa miała miejsce – w zależności od kraju – na przestrzeni prawie 3 tygodni, począwszy od 20 listopada, kiedy obraz poznali Amerykanie. Do polskich, bardzo nielicznych kin film trafił w ostatnim możliwym dniu – 8 grudnia. Co więcej, strumienia widzów raczej nie stymulowała informacja, że już 12 dni później Maestro będzie osiągalny na popularnej platformie streamingowej. W zasadzie na temat samego filmu więcej dowiadywaliśmy się dzięki zapobiegliwości wydawcy płyty zawierającej muzykę umieszczoną na ścieżce dźwiękowej niż dystrybutorom kinowym. Paradoks?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

Bradley Cooper – reżyser i odtwórca głównej roli – porwał się na rzecz chyba niemożliwą. Chciał pogodzić ogień z wodą, czyli ukazać coś, co jest nie do skopiowania. No bo czy można skopiować charyzmę kogoś takiego jak sam Bernstein? Znam lwią część jego spuścizny, miałem zaszczyt grać jego dzieła, podobnie jak te ikoniczne, które pojawiają się w filmie. Dość wspomnieć zarówno o Mahlerowskiej symfonii (o niej dalej), jak i o Chichester Psalms i III symfonii Kadisz Bernsteina. Miałem szczęście widzieć go „na żywo”, a serdeczny kolega grał w jego orkiestrze festiwalowej (to istna kopalnia ciekawostek o mistrzu).

Reklama

Gdzie więc jest problem? Myślę, że krzywdę wyrządziła filmowi strategia samej promocji, mocno bowiem bazowała na fakcie, że Cooper zasięgał lekcji u mistrzów dyrygenckiego fachu, prowadząc renomowane orkiestry pod okiem Yannicka Nézeta-Séguina, Michaela Tilsona Thomasa i Gustavo Dudamela. Co więcej, wszystko konsultował z dziećmi Bernsteina: Jamiem, Niną i Alexandrem. A wspomniany problem? Otóż Bernstein w pewien sposób przywrócił estradom świata twórczość Gustava Mahlera, a jego nagrania zaliczane są nie tylko do kanonu wykonawczego tej muzyki, ale do kanonu fonografii w ogóle. I Cooper z takim kanonem się mierzy. Przypomnę, że poświęciłem kiedyś na naszych łamach kilka publikacji tej muzyce, Mahlerowi zwłaszcza (jak sam mówił, był wiecznie obcy: Czech w Austrii, Austriak w Niemczech i na całym świecie – Żyd. Chyba dodałbym, że wśród Żydów jako ktoś, kto przyjął chrzest, też mógł się czuć wyobcowany). I tenże Cooper odtwarza w filmie finałową część genialnej II symfonii Zmartwychwstanie, w dodatku w miejscu, w którym Bernstein dokonał rejestracji przed dokładnie pół wiekiem, a mowa o katedrze w Ely (to najdłuższa gotycka świątynia w Europie – 172 m, paradoksalnie w niewielkim mieście, liczącym dzisiaj ok. 20 tys. mieszkańców). Widać w filmie, że bardzo się przyłożył do odtworzenia najdrobniejszych gestów, to jednak wprost doprowadziło do szału zagorzałych melomanów, zwłaszcza skupionych na sztuce Mahlera i wizji Bernsteina. I tu właśnie, moim zdaniem, leży problem, ten fragment genialnie ilustruje bowiem drogę „przejścia”, a może nawrócenia Bernsteina i jego powrót do żony (bardzo wzruszająca scena chwilę po wybrzmieniu ostatnich nut). Puryści okrzyknęli: walka z cieniem zakończona znokautowaniem Coopera. Inna sprawa, że sam maestro był postacią niezwykle skomplikowaną. Kompozytor, dyrygent, pianista, popularyzator muzyki, wykładowca, mentor... Jak mówi sam Yannick Nézet-Séguin: – Podczas gdy jego twórczość artystyczna pozostawiała go niedającym się sklasyfikować, występując i komponując dla orkiestr symfonicznych, przedstawień na Broadwayu, filmu i baletu, nieustannie walczył ze społeczną potrzebą kategoryzowania go, szufladkowania go do tego czy innego gatunku. Bernstein od najmłodszych lat i przez całe życie skupiał się na budowaniu mostów.

Sam film chyba trafnie określa stwierdzenie, że to list miłosny – do życia i sztuki. Maestro w swojej istocie jest emocjonalnie epickim portretem rodziny i miłości. Rodziny, do której z buciorami wchodzi biseksualność dyrygenta. I chyba ten wątek jest destrukcyjny dla związku Leonarda i Felicii Montealegre, zbyt ciąży na całej fabule. Ale wróćmy do istoty. Warto wiedzieć, że muzyka odgrywa ważną rolę w życiu Coopera. Jak wspomina: – Wiele albumów operowych i klasycznych było granych w naszym domu, gdy dorastaliśmy. Spędziłem wiele godzin, dyrygując wyimaginowaną orkiestrą najlepiej, jak potrafiłem, raptem jako 8-latek. Było jedno nagranie Leonarda Bernsteina, często trafiające się na gramofonie. Tak więc lampka kontrolna, której potrzebowałem do stworzenia Maestro, zapaliła się na wiele lat przed tym, jak zetknąłem się z tym projektem.

Co tu ukrywać, można mieć zastrzeżenia do tego, jak bernsteinowski jest Cooper, jak udanie nakreślił postać mistrza, jednak bezwzględnie stało się to kolejnym magnesem dla wielu do posłuchania przedstawionej w filmie muzyki w pierwotnej wersji. A jest czego słuchać! Reasumując, to bardzo niekompletna biografia człowieka, który wywarł wielki wpływ na muzykę XX wieku. Mistrza-ikony.

2024-01-09 11:42

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

W krainie kobiecości

Niedziela Ogólnopolska 36/2009, str. 16-17

[ TEMATY ]

muzyka

Kubakocoj/pl.wikipedia.org

Alicja Majewska

Alicja Majewska
Nie można wyglądać jak młoda dziewczyna, gdy się dobiega sześćdziesiątki. Banał i oczywista oczywistość. A jeśli się wygląda, to znaczy, że się wykonało wiele bardziej lub mniej tajemnych i nienaturalnych ingerencji we własne ciało. Alicja Majewska otworzyła nam pewnej słonecznej sierpniowej niedzieli, odziana tylko w kąpielowy jasny ręcznik. Biegła właśnie z powrotem do łazienki, bo jej sowia natura sprawia, że kładzie się późno i równie późno wstaje. Objuczeni sprzętem chłopcy z ekipy „Zacisza” o mało nie upuścili swoich pakunków. I Wy, moi Szanowni Czytelnicy, stanęlibyście jak wryci. I Wy, moje Kochane Czytelniczki, jęknęłybyście z zazdrości. Alicja Majewska w ręczniczku i bez makijażu wygląda po prostu zjawiskowo! Większość ekipy „Zacisza Gwiazd” stanowią mężczyźni. Tego dnia wraz ze mną były na planie cztery kobiety. I wszystkie cztery bardzo uważnie studiowałyśmy „widok” na panią Majewską z bardzo bliska (chyba się nie wydało, potrafimy być dyskretne). I zaręczam Wam: w ten „widok” nie było żadnych ingerencji! Żadnych skalpeli ani zastrzyków! Alicja Majewska po prostu tak ma, cokolwiek sobie o tym myślicie. Również sposób poruszania się, sposób bycia Alicji jest młodzieńczy, lekki, pełen energii i wdzięku. Pani Alicja natychmiast łapie kontakt z każdym członkiem ekipy, jest wesoła, dużo mówi, dba, by wszyscy czuli się dobrze. Pani Alicja zaprosiła do swego „Zacisza” (mieszczącego się - to nie żart - w warszawskiej dzielnicy Zacisze) najbliższych przyjaciół - Zbigniewa Wodeckiego i Włodzimierza Korcza. Byliśmy wszyscy umówieni na godzinę 11.00. O godz. 9.50 Alicja wpadła na pewien pomysł i zadzwoniła do Włodka Korcza, który jeszcze spał. - Włodek, a może byś skomponował jakąś muzykę do dzisiejszego nagrania „Zacisza Gwiazd”? Od Korczów do Majewskiej jedzie się około dwudziestu minut. Pan Włodek miał więc niewiele ponad pół godziny, aby wstać, ubrać się i skomponować utwór do „Zacisza”. Wymyślił go w wannie. Wpadł do domu Alicji i pobiegł do fortepianu, aby zagrać to, co wymyślił w czasie porannej toalety. My, zaciszowcy, pobiegliśmy za nim i przysiedliśmy z wrażenia. - „W Warszawie na Zaciszu… - Zacisze Gwiazd...” - zagrał i zaśpiewał kompozytor. Kocham swą pracę, ale muszę przyznać, że to był jeden z najpiękniejszych jej momentów. Włodzimierz Korcz tworzy do mojego programu urocze nutki, a Alicja Majewska i Zbyszek Wodecki je śpiewają! Wyszło tak fajnie, że pan Włodek zaproponował, aby w tym składzie nagrać płytę pt. „Zacisze Gwiazd”. Kto wie, może? W tym czasie Zbyszek i Włodek dworują sobie z Alicji nieustannie. Że kiedy mówi, to nie idzie, a kiedy idzie, to nie mówi - te dwie czynności się u niej wykluczają (Wodecki). Że kiedy idą razem ulicą, a pan Włodek opowiada coś ważnego, często orientuje się, iż mówi sam do siebie. Alicji już przy nim nie ma. Jak zwykle zatrzymała się przy jakimś lustrze po drodze i poprawia włosy. Co dziwi o tyle, że włosy Alicji są zawsze uczesane, zawsze pięknie naturalnie skręcone. Nie trzeba ich układać na szczotkę ani na wałki, ani żelazkiem... W ogóle nie trzeba z nimi nic robić. Po prostu wstaje rano i wygląda, jakby właśnie wyszła od fryzjera. To nie jest opis marzenia każdej kobiety. To najprawdziwsza opowieść o Alicji Majewskiej. Jeśli do tego dodamy, o czym donieśli zaproszeni przez nią do jej zacisza panowie, że Alicja się z reguły straszliwie spóźnia, że godzinami rozmawia przez telefon, że uwielbia komplementy - to będziecie już mieli obraz kobiety stuprocentowej, kwintesencję kobiecości. Alicja była taką kobietą, o jakiej śpiewa w piosence Korcza i Młynarskiego. Gdy jej mężem był dziennikarz telewizyjny - Alicja nie musiała robić nic. Mąż robił zakupy, Alicja nudziła się, czekając na niego w samochodzie. Mąż gotował i podawał do stołu. Mąż wyręczał ją we wszystkim. - Rzeczywiście nie musiała pani robić nic?! - nie dowierzam. - No, ja śpiewałam - uśmiecha się kokieteryjnie Alicja. Tyle że ta sielanka trwała zaledwie kilka lat, po których mąż zaczął się opiekować całkiem inną kobietą. A jeszcze później zachorował na raka i zmarł. Alicja opłakiwała go, bo po rozwodzie pozostali w przyjaźni. Zostawszy sama, Alicja musiała nauczyć się wszystkiego od początku. Dziś znakomicie radzi sobie z wszelkimi domowymi sprawami, a jej sałatek i śledzików Zbyszek i Włodek nie mogą się nachwalić. Znakomicie sprawdza się także jako architekt, by nie rzec - budowlaniec. Trudno uwierzyć, że jej świetlisty, jasny dom był kiedyś szarym, betonowym klockiem. Alicja sukcesywnie go rozbudowywała, powiększała i upiększała. Kiedyś chciała wyburzyć ścianę między salonem a jadalnią, ale okazało się to niemożliwe, gdyż była to ściana nośna. Wtedy Alicja wymyśliła łuki. Niedługo potem na obiedzie gościł u niej Jerzy Gruza. - To go zaszokowało: ten szary barak, a w środku pałacowe łuki. I z tej właśnie inspiracji powstała sławetna scena w serialu „Czterdziestolatek”. Na dobudowanym przez Alicję pięterku poza salą, gdzie odbywają się próby, mieści się sypialnia połączona z łazienką. Wcale nie ma tu drzwi. Łazienka stanowi integralną część domu, w niej także wiszą obrazy i stoją ozdoby, które można podziwiać, leżąc w łóżku. Mnie najbardziej przypadła do gustu stylowa kuchnia. Sierpniowe słońce przeświecające przez spowijającą okna winorośl tworzyło w niej klimat jakby z obrazu holenderskiego mistrza. Po koncertach Alicja wraca do domu, do 90-letniej mamy, która jest po udarze. Nie chodzi i nie mówi. Jednak Alicja i jej siostra znalazły sposób komunikowania się z mamą. Mama nie potrafi zacząć wyrazu, trzeba podpowiedzieć pierwszą sylabę, wtedy się udaje. Ale skąd Alicja wie, jaki to ma być wyraz i co mama chce powiedzieć? Skąd Alicja to wie?
CZYTAJ DALEJ

Ksiądz potrącony przez motocyklistę - pilna prośba o modlitwę

2026-09-22 23:13

[ TEMATY ]

modlitwa

Sanktuarium Matki Bożej Pani Myślenickiej

Ks. Przemysław Druszcz

Ks. Przemysław Druszcz

Sanktuarium Matki Bożej Pani Myślenickiej na swoim profilu w mediach społecznościowych opublikowało pilną prośbę o modlitwę za kapłana.

Nasz wikary, ks. Przemysław Druszcz, został dziś potrącony przez motocyklistę i bardzo potrzebuje modlitwy! - brzmi wpis.
CZYTAJ DALEJ

Błogosławiony Fulton J. Sheen!

2026-09-24 22:38

[ TEMATY ]

beatyfikacja

Abp Fulton J. Sheen

EWTN

Fulton Sheen nie został błogosławionym dlatego, że był gwiazdą radia i telewizji, znanym pisarzem czy człowiekiem słuchanym przez miliony. Istotą jego misji było coś znacznie głębszego: prowadzenie ludzi do Jezusa Chrystusa. Podczas Mszy beatyfikacyjnej w St. Louis kard. Luis Antonio Tagle ukazał nowego błogosławionego jako wzór ewangelizatora, który nie głosi samego siebie, lecz Chrystusa, i który potrafi odnaleźć Zbawiciela także w ranach ludzi ubogich i cierpiących.

Podczas beatyfikacji arcybiskupa Fultona J. Sheena kard. Luis Antonio Tagle zwrócił uwagę, że spośród wielu wymiarów życia nowego błogosławionego szczególnie wyróżniają się dwa: był on głosicielem Ewangelii oraz misyjnym pasterzem.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję