Reklama

Wiadomości

Skuteczne V4

Grupa Wyszehradzka wykazuje dziś swoją skuteczność. Przykładem jest fundusz do walki z koronawirusem na etapie badań nad szczepionką. Kraje V4 zadeklarowały 3 mln euro na ten cel – mówi Szymon Szynkowski vel Sęk w rozmowie z Piotrem Grzybowskim.

Niedziela Ogólnopolska 22/2020, str. 26-27

[ TEMATY ]

wywiad

Tymon Markowski MSZ

Szymon andrzej Szynkowski vel Sęk

Piotr Grzybowski: Zbliżająca się 30ta rocznica powstania Grupy Wyszehradzkiej to chyba właściwy moment na przypomnienie założeń i przyczyn jej utworzenia.

Szymon Szynkowski vel Sęk: Tak, to rzeczywiście dobry moment na dokonanie takiego podsumowania, chociaż to „przeddzień” w sensie symbolicznym, bo 30-lecie nastąpi w lutym przyszłego roku. Polska prezydencja odbywa się w kontekście właśnie tej rocznicy z jednej strony, a z drugiej strony w kontekście trudnej, nieoczekiwanej sytuacji pandemii koronawirusa. Powiem tylko na wstępie, że nasza prezydencja, jeśli chodzi o merytorykę i plany organizacyjne, była gotowa na początku marca, ale plany musiały ulec bardzo mocnej rewizji ze względu na ten szczególny kontekst.

PG: Jakie kluczowe cele przyjęto do realizacji w ramach tej współpracy?

SSz: Przełom polityczny końca lat 80 XX wieku w krajach regionu Europy Środkowej zaowocował zabiegami o odwrócenie sytuacji geopolitycznej: wycofanie wojsk radzieckich, likwidację podziału kontynentu, symbolizowanego przez symboliczną ,,żelazną kurtynę” i automatycznie niejako, na podstawie świadomości wspólnoty losów społeczeństw regionu, także w oparciu, co warto podkreślić, o kontakty działaczy opozycyjnych w ramach „Solidarności”, choćby Polsko- Czechosłowackiej, zakiełkowała idea dalszego zacieśniania współpracy tych państw w Europie Środkowo- Wschodniej, na drodze ku demokracji i docelowym uczestnictwie w strukturach: z jednej strony obronnych- północnoatlantyckich, co skonkludowało się w polskim przypadku w roku 1999 oraz współpracy ekonomiczno- politycznej, co skonkludowało się przystąpieniem Polski i pozostałych państw Wyszehradu do Unii Europejskiej w roku 2004. Po serii 2 i 3 stronnych konsultacji doszło do podpisania w lutym 1991 roku, w historycznym zamku Wyszehrad na Węgrzech, deklaracji o współpracy Czesko- Słowackiej Republiki Federacyjnej, Rzeczpospolitej Polskiej i Republiki Węgierskiej. Przypomnę, że wówczas to było jeszcze V3, bo deklaracja podpisywana była przez Czechosłowację, w V4 przekształciła się dopiero 3 lata, niespełna 3 lata później.

PG: Podpisanie tego porozumienia miało chyba także kontekst historyczny?

SSvS: Istotnie, spotkanie na wysokim szczeblu w Wyszehradzie w 1991 roku połączono symbolicznie ze spotkaniem historycznym, które odbyło się w tym samym miejscu w 1335 roku, a którego uczestnikami byli: Jan Luksemburski- król Czech, Karol I Andegaweński- król Węgier i Kazimierz III Wielki - król Polski. Tym samym motywem obu spotkań, zarówno tego historycznego z XIV wieku, jak i tego z 1991 roku, była wola zacieśniania współpracy i przyjaźni między 3 państwami Europy Środkowej. To jest to nasze dziedzictwo, sięgające XIV wieku, a w najnowszej historii- 30 lat.

PG: Jakie były cele Grupy Wyszehradzkiej ?

SSz: Na początku, kiedy grupa powstała, celami głównymi było wspólne dążenie do pełnego przywrócenia niezależności państwowej, suwerenności, demokracji, wolności, do budowania wspólnie potencjału gospodarczego, gospodarki wolnorynkowej, która uwolni się od jarzma i gorsetów wszystkich przejawów komunizmu i gospodarki planowej, do budowy demokracji parlamentarnej, państwa prawa, poszanowania praw człowieka i podstawowych wolności. Głównym punktem na horyzoncie, do którego państwa dążyły, był Sojusz Północnoatlantycki i członkostwo w nim z jednej strony oraz członkostwo w Unii Europejskiej z drugiej strony, a więc zabezpieczenie bytu krajów naszego regionu w kontekście bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego, ale także w kontekście rozwoju gospodarczego.

Te dwa cele założone pierwotnie w latach 90 udało się zrealizować, jak sądzę także dzięki współpracy wyszehradzkiej. To było łatwiejsze do realizacji w sytuacji integracji regionu, niż gdyby każde z państw tego rodzaju wyzwania podejmowało na własną rękę.

PG: Które z przyjętych celów udało się przez te 30 lat zrealizować, a co dziś jest najważniejszym wyzwaniem dla Wyszehradu?

SSz: Cele po drodze oczywiście się zmieniały, ewoluowały wraz z ewoluacją sytuacji państw wchodzących w skład V4.

Pierwszy etap, o którym powiedziałem, zakończył się symbolicznie w roku 2004, wraz z przystąpieniem krajów Wyszehradu do Unii Europejskiej, wcześniej zaś do NATO. Można uznać, że wszystkie elementy wychodzenia z jarzma komunizmu, socjalizmu w różnych aspektach, ta „żelazna kurtyna”, o której wspominałem, dla Wyszehradu rozpadła się ostatecznie w roku 2004. Ukoronowaniem zwycięstwa nad jarzmem komunizmu w naszych krajach był rok 2004 i włączenie się w zachodnioeuropejskie struktury integracji gospodarczej, wcześniej w północnoatlantyckie struktury bezpieczeństwa.

Po 2004 roku, my (mówię tutaj o obozie Zjednoczonej Prawicy, bo ten obóz reprezentuję w sensie politycznym) mówiliśmy - jeszcze przed przystąpieniem do UE, że to nie będzie organizacja, która zapewni nam wieczysty, powszechny dobrobyt, że to nie będzie „kraina mlekiem i miodem płynąca”, że my w tej UE musimy postawić sobie twarde zadania, że musimy walczyć o swoje, że musimy postawić pewne wytyczne kierunkowe, do których dążymy, bo tam nic nikt nikomu nie daje za darmo. UE jest pulą pewnych szans. Jest oczywiście wiele pozytywnych aspektów integracji europejskiej, ale są też zagrożenia z tą integracją związane. Z tą świadomością Prawo i Sprawiedliwość, które było ugrupowaniem prointegracyjnym, wspierało integrację europejską jednocześnie zwracając uwagę na obawy. Grupę V4 także cechowało takie pragmatyczne podejście.

Reklama

PG: Czy nie było to spojrzenie nazbyt zdystansowane?

SSz: Po roku 2004 to nasze spojrzenie okazało się spojrzeniem jak sądzę właściwym, bo okazało się, że w UE przez dobrych kilka lat nie otwarto dla Polski wszystkich rynków pracy, że ograniczenia konkurencyjności występowały i występują aż do dzisiaj, że są państwa, które chronią swoje rynki w sposób protekcjonistyczny, że do układu z Schengen przystąpiliśmy dopiero w 2007 roku. To nie jest tak, że tam wszyscy czekają na nas z otwartymi ramionami, tam też trzeba zabiegać o swoje interesy

PG: Czy V4 była skutecznym narzędziem do takiego działania?

SSz: Oczywiście. Nie tylko dobrym polem do współpracy regionalnej, ale i mówienia jednym, silnym głosem regionu w odniesieniu do ważnych dla regionu spraw. Na początku 2004 roku, po przystąpieniu do UE, domagania się wewnątrz UE sprawiedliwego traktowania na poziomie instytucjonalnym. Pamiętam, że gdy przystępowaliśmy do UE w momencie, w którym jeszcze dyskutowany był Traktat Konstytucyjny dla Europy, państwa Wyszehradu wskazywały na swoje obawy związane z przyjęciem dokumentu, który w znacznej mierze ograniczał suwerenność państw członkowskich. Ostatecznie propozycja Traktatu Konstytucyjnego dla Europy upadła, przystąpiliśmy do negocjacji nad Traktatem Lizbońskim i tutaj też rolą Wyszehradu było akcentowanie, że UE według naszej wizji to unia suwerennych państw, Europa ojczyzn, szanująca suwerenność państw członkowskich i starająca się służyć obywatelom, a nie narzucać im pewne twarde rygory na poziomie ponadnarodowym. Taka wizja współpracy wyszehradzkiej towarzyszy nam aż do dzisiaj.

PG: Czy zgrzytem w działaniach V4 nie była sprawa tzw. uchodźców?

SSz: Przypomnę te wydarzenia i - mimo wszystko - sukcesy Grupy Wyszehradzkiej w zakresie polityki migracyjnej. Należy wskazać dwie ważne daty. Z jednej strony wrzesień 2015 roku i niestety niedobrą decyzję rządu Pani Premier Kopacz, łamiącą solidarność Grupy Wyszehradzkiej, gdzie Polska godziła się na wdrażanie mechanizmu relokacji uchodźców wbrew stanowisku innych krajów V4. To była błędna decyzja nie tylko w kontekście zgody na niebezpieczny dla Polski mechanizm, ale to było też załamanie zaufania w Grupie Wyszehradzkiej, które później trzeba było mozolnie odbudowywać. Na szczęście udało się, choć trwało to długo. Drugą symboliczną datą w kontekście tego tematu jest czerwiec 2018 roku, kiedy to grupa państw zaangażowanych wpływa na konkluzję Rady Europejskiej, która w formie kompromisowej mówi o tym, że mechanizm relokacyjny może być stosowany tylko i wyłącznie dobrowolnie przez państwa, że nie można państwom narzucać automatyzmu tego mechanizmu. To jeden z takich przykładów, gdzie V4 może osiągać skutecznie pewne cele.

PG: Które z sukcesów Grupy V4 uznaje Pan za najważniejsze?

SSz: Przykładów jest wiele. Lepiej zabiegamy o odpowiednie środki na politykę spójności w ramach Grupy Wyszehradzkiej, ten głos jest słyszany i brany pod uwagę. Jesteśmy zgodni, co do poszerzania UE o kraje Bałkanów Zachodnich i V4 wspiera te cele. Udało się, także dzięki zaangażowaniu Grupy otworzyć negocjacje akcesyjne z Macedonią Północną i Albanią. Udało się wreszcie wybrać na przewodniczącą Komisji Europejskiej kandydatkę kompromisową, bo wiemy, że kiedy te dyskusje trwały, proponowano - z punktu widzenia Polski, ale i pozostałych naszych partnerów z Grupy, kandydatury kontrowersyjne. Udało się z tych kandydatów zrezygnować i wybrać kandydatkę kompromisową, choć nieidealną oczywiście dla nas w wielu kwestiach, ale dającą szansę na bardziej sprawiedliwe funkcjonowanie Komisji Europejskiej. To również sukces Wyszehradu.

PG: Jak wygląda druga strona tego równania? Czy są jakieś rozbieżności w naszych interesach?

SSz: Grupa Wyszehradzka, co jest jej wielką wartością, skupia się na szukaniu pozytywnej współpracy, nie na różnicach. Między polityką Polski, a niektórych naszych partnerów z Grupy są istotne różnice o podłożu historycznym czy doświadczeń narodowych. My je bardzo uczciwie i jasno omawiamy, nie unikamy tych tematów w czasie rozmów z naszymi partnerami, natomiast koncentrujemy się na polach wspólnych, w nich szukamy współpracy, bo to jest dla nas istotą końcowej skuteczności Grupy Wyszehradzkiej.

PG: Czy Pełnomocnik Rządu RP do spraw polskiego przewodnictwa w Grupie Wyszehradzkiej oraz obchodów jubileuszu jej 30-lecia może uchylić rąbka tajemnicy co do szczegółów swoich działań?

SSz: Dzisiaj jesteśmy jeszcze w fazie finalizowania rewizji koncepcji naszej prezydencji, ponieważ, tak jak powiedziałem, my ją mieliśmy gotową na początku marca, a później wszystko de facto trzeba było układać od nowa i teraz konkludujemy ten plan. Trzy tygodnie temu spotkaliśmy się z przedstawicielami ministerstw, żeby właśnie w nowym kontekście przyjąć pewne priorytety i pewne założenia. W tej chwili, już po przedstawieniu propozycji ministerstw, będziemy konsultować z naszymi partnerami w GW nasze plany, więc nie chciałbym jeszcze zbyt szczegółowo omawiać ich przed ostatecznym zaakceptowaniem planu prezydencji przez naszych partnerów z GW i polski rząd. Oczywiście w formule ogólnej mogę powiedzieć kilka słów o zasadniczych kierunkach. Na pewno, wobec pandemii koronawirusa, hasłem przewodnim będzie przywracanie normalności w różnych obszarach, choćby w obszarze gospodarczym, gdzie zerwane zostały łańcuchy dostaw, gdzie wstrząs zdestabilizował funkcjonowanie całych sektorów przemysłu, dużych sektorów gospodarki, sektora usług bardzo poważnie dotkniętego we wszystkich naszych krajach. Wspólnym wyzwaniem polskiej prezydencji będzie zastanowienie się w gronie krajów GW, jak we czwórkę można starać się przeciwdziałać wszystkim negatywnym gospodarczym skutkom pandemii koronawirusa. Przywracanie normalności musi się oczywiście odbywać w różnych obszarach. Jego elementem będzie również odtwarzanie więzi międzyludzkich. Tutaj np. mamy obostrzenia graniczne, uszczelnianie granic ostrymi przepisami dla zapewnienia bezpieczeństwa naszych rodaków. Nasi partnerzy również takie rozwiązanie wprowadzili, co bardzo istotnie wpłynęło na współpracę transgraniczną. Choć rozwiązania te zostały nieco poluzowane, jednak przywracanie normalności powiązań międzyludzkich na różnych płaszczyznach, również współpracy transgranicznej, będzie ważne.

Trzecia kwestia, agenda cyfrowa, która znajdowała się w planach naszej prezydencji. Dzisiaj natomiast pojawia się ona jako priorytet w znacznie wyższym miejscu. Dziś widzimy, jak ważne jest przełożenie do sieci możliwości funkcjonowania w różnych aspektach życia gospodarczego, czy społecznego; jak ważne jest to, żeby funkcjonowały sprawne i bezpieczne połączenia, żeby istniały rozwiązania techniczne cyfrowe, które umożliwią prace zdalną. Wspólnym naszym zainteresowaniem są prace nad efektywnym działaniem sztucznej inteligencji. Jest dużo tematów agendy cyfrowej, które chcielibyśmy zaakcentować w pierwszym okresie naszej prezydencji, kiedy także technicznie będziemy spotykać się pewnie cyfrowo.

Wreszcie tematyka bezpieczeństwa, która wspólnie wprowadziła nasze kraje do NATO. Dzisiaj jest równie ważne, jak - w tak trudnych okolicznościach - walczyć z dezinformacją, z zagrożeniami dotykającymi wspólnie naszych krajów w regionie.

Są więc w naszej prezydencji segmenty przywracania normalności społecznej, gospodarczej, agenda cyfrowa, bezpieczeństwo, przywracanie relacji międzyludzkich.

PG: Czy istnieją inne formaty polityczne w których uczestniczymy?

SSz: Jest oczywiście tak, że Polska polityka zagraniczna opiera swoją skuteczność nie tylko na jednym formacie. Grupa Wyszehradzka jest ważna, ale właśnie dlatego, że w niej nie zawsze znajdziemy poparcie naszych partnerów, szukamy innych formatów, takich jak Bukaresztańska 9, czyli 9 państw wschodniej flanki NATO w temacie bezpieczeństwa, jak Trójmorze, jak współpraca transatlantycka, jak relacje bilateralne z Niemcami, jak trójkąt Weimarski, który w tej chwili bardzo chcemy ożywiać, bo miał taki dłuższy czas mniejszej aktywności. Ta gra ,,na wielu fortepianach” powoduje, że potrafimy być skuteczni.

PG: Czy patrzy Pan z optymizmem na przyszłość Grupy V4?

SSz: Tak. Moja odpowiedź, jako pełnomocnika rządu do spraw prezydencji nie może być inna, ale nie jest to tylko urzędowy optymizm. Kiedy patrzę wstecz na okres przed 2015,to pozwolę sobie wyrazić pogląd, że te lata nie były zawsze dobrym okresem dla GW. Bywało, że współpraca traciła impet. Bywało, że polityczne kalkulacje krajów GW były na tyle rozbieżne, że trudno było szukać istotnego, politycznego wspólnego mianownika. Rząd Zjednoczonej Prawicy bardzo mocno postawił na ten format i starał się znaleźć dużo obszarów współpracy, pomimo że przecież nie we wszystkich krajach rządzi konserwatywna prawica. Na Węgrzech tak, ale już w Czechach - Pan Premier Babiś i koalicja, którą formuje jest politycznie daleka od prawicy i od często politycznych celów realizowanych w Polsce przez rząd Zjednoczonej Prawicy. Jednak bardzo dobry kontakt premierów Babiśia i Morawieckiego pozwala na to, żeby różnice przełamywać i działać na rzecz realizacji wspólnych celów. Ostatnie wybory na Słowacji z kolei i sformowanie rządu przez Premiera Igora Matovića postrzegamy jako szansę na to, że co najmniej utrzyma się relacja państw blisko współpracujących. Grupa Wyszehradzka wykazuje swoją skuteczność. Przykładem ostatniego tygodnia jest utworzony ad hoc fundusz do walki z koronawirusem na etapie badań nad szczepionką, gdzie kraje GW wspólnie zadeklarowały 3 mln. Euro na ten cel. Uważamy, że należy pokazywać zintegrowane spojrzenie narodu na te sprawy i ścisłą współpracę w, mogłoby się wydawać, drobnych gestach. Czeska prezydencja była aktywna, my jesteśmy z jej efektów bardzo zadowoleni. To cieszy. My też będziemy jej doświadczenia, które są dobre, w naszej prezydencji kontynuować.

PG: Bardzo dziękuję za rozmowę.

Szymon Andrzej Szynkowski vel Sęk
sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, pełnomocnik rządu RP do spraw polskiego przewodnictwa w Grupie Wyszehradzkiej oraz obchodów jubileuszu 30-lecia współpracy wyszehradzkiej

2020-05-26 18:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Szumowski: ponowne zamknięcie Polaków w domach raczej niemożliwe; obecnie epidemia wygasa (wywiad)

Ponowne zamknięcie Polaków w domach, ograniczenie ich aktywności zawodowej i społecznej jest raczej niemożliwe - powiedział w rozmowie z PAP minister zdrowia Łukasz Szumowski. Dodał, że w tej chwili jesteśmy na etapie wygaszania epidemii.

Minister zdrowia przyznał, że w tej chwili epidemia w wielu województwach jest "w formie szczątkowej". W niektórych diagnozuje się dziennie tylko pojedyncze zachorowania na COVID-19, a ich łączna dobowa liczba spadła poniżej 300. Nie można jednak założyć, że to już koniec. Niewykluczone, że dojdzie do wzrostu zachorowań jesienią, ale sytuacja wtedy będzie inna, bo przetarto już pewne ścieżki, wyprowadzono mechanizmy, działania, by skuteczniej przeciwdziałać jego rozprzestrzenianiu. Ponadto "nauczyliśmy się" żyć z tym wirusem, choć nadal do końca nie został on poznany.

Natomiast w kontekście wypełnienia jednego z dwóch możliwych scenariuszy, dotyczących niedzielnego głosowania na prezydenta, minister Szumowski stwierdził, że wybór prezydenta stolicy Rafała Trzaskowskiego wiąże się z niewiadomą, jeśli chodzi o politykę zdrowotną, bo jego program, to "puste obietnice". Z kolei prezydent Andrzej Duda w ciągu swojej prezydentury podejmował inicjatywy ustawodawcze w wielu kwestiach zdrowotnych.

PAP: Jesteśmy już na ostatniej prostej, jeśli chodzi o wybory. Możemy zatem "pogdybać". Realne są dwa scenariusze. Czego możemy spodziewać się w kontekście polityki zdrowotnej, gdyby doszło do reelekcji prezydenta Dudy, a czego, gdyby w pałacu prezydenckim pojawił się Rafał Trzaskowski?

Ł.Sz.: Trzeba zaznaczyć, że Rafał Trzaskowski był członkiem rządu Platformy Obywatelskiej i wówczas nie zabierał za bardzo głosu na temat nakładów na ochronę zdrowia, a przecież rząd jednak jest ciałem kolegialnym. Przez osiem lat rządów PO-PSL była tu stagnacja. Nakłady, jeżeli rosły to w bardzo ograniczonym zakresie. Dlaczego przez osiem lat ich rządów nie uchwalono takiej ustawy jak „ustawa 6 proc.”? Przypominam, że za rządów Zjednoczonej Prawicy i prezydentury Andrzeja Dudy taka ustawa powstała. Tylko do ubiegłego roku nakłady na ochronę zdrowia wzrosły o 30 mld zł. Na samą onkologię do 7,3 mld zł w 2019 roku z 4,9 mld zł z 2015 roku. Liczba refundowanych leków w leczeniu raka piersi zwiększyła się z dwóch do jedenastu. Dlaczego pan Trzaskowski będąc ministrem administracji i cyfryzacji nie zdecydował się wprowadzić informatyzacji w ochronie zdrowia: e-recepty, e-wizyty, e-skierowania? My to wszystko wprowadziliśmy.

PAP: Czy pana zdaniem jest możliwe, by nakłady na politykę zdrowotną wzrosły do 6 proc. PKB już w przyszłym roku? Ustawa przewiduje osiągnięcie tego pułapu za cztery lata. Prezydent Trzaskowski zapowiada m.in. zwiększenie wydatków na ochronę zdrowia w przeliczeniu na głowę każdego Polaka do 3676 zł wobec 2757 zł już w 2021 roku, czyli w ujęciu do PKB do 6 proc. z 5,03 proc. planowanych w 2020 roku.

Ł.SZ.: To są puste obietnice. Gdy pan Trzaskowski jako minister w rządzie PO-PSL miał realną władzę, nie zabiegał, zresztą jak cały rząd, o zwiększenie nakładów na służbę zdrowia. A teraz nagle, jako kandydat na prezydenta, tak dużo o tym mówi. To jest niepoważne. Dopiero rząd Zjednoczonej Prawicy podjął realną pracę w zakresie zwiększania finansowania służby zdrowia. Zwiększyliśmy wynagrodzenia, w tym urealniliśmy płace w zawodzie pielęgniarki czy ratownika. Te płace podstawowe wzrosły w sposób istotny, choćby od lipca wzrasta minimalne wynagrodzenie w sektorze ochrony zdrowia. Wzrosły wynagrodzenia rezydentów. To realne działania. Przez osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej, którego członkiem był pan Trzaskowski, nie widzieliśmy tego.

PAP: Jednak przy spełnieniu scenariusza nazwijmy go "B", czyli sytuacji wygranej prezydenta Trzaskowskiego, będziecie panowie musieli ze sobą współpracować, znaleźć punkty styczności, bo chodzi przecież o zdrowie Polaków.

Ł.Sz.: Nie mam pojęcia, jakie by one były, bo program pana Trzaskowskiego jest bardzo enigmatyczny, wręcz zdawkowy. To są puste obietnice. Nie ma realnego programu. Natomiast prezydent Andrzej Duda zainicjował realne projekty, jak choćby regulację dotyczącą onkologii, czyli tzw. cancer plan, w którym są m.in. nowe szczepionki, których rząd PO-PSL nie chciał wprowadzić. My wprowadzamy szczepienie na HPV, które ratuje kobiety przed rakiem szyjki macicy. Dodatkowo z inicjatywy prezydenta Andrzeja Dudy mamy projekt ustawy o Funduszu Medycznym. To w tym roku 2 mld zł, w kolejnych 4 mld zł na konkretne działania.

PAP: Pozostawmy w tej chwili najgorętsze wydarzenia. Cofnijmy się do marca. Mijające cztery miesiące musiały być dla pana, jako ministra zdrowia, jak zły sen. Wysiłek, odpowiedzialność, nowe regulacje pisane i wprowadzane błyskawicznie, pod wpływem zmieniającej się sytuacji. Z jednej strony musiał pan dbać o to, by system dał radę, z drugiej było wiele niewiadomych. Wirus rozprzestrzeniał się. Nikt nie wiedział jak szybko i głęboko będzie atakował. Gdyby pan mógł cofnąć czas i miał tę wiedzę, co dzisiaj, jakich decyzji nie podjąłby pan? Co zmienił?

Ł.Sz.: Zawsze z perspektywy upływającego czasu można powiedzieć, że pewne rzeczy można byłoby przeprowadzić lepiej. Ale o tym wiemy zawsze po czasie. Decyzje ocenia się jednak po efektach. Jakie mamy efekty, każdy widzi. Spowolniliśmy rozprzestrzenianie się wirusa, zabezpieczyliśmy łóżka i niezbędny sprzęt. Każdy chory wymagający hospitalizacji otrzymywał miejsce w szpitalu. Każdy wymagający respiratora był do tego respiratora podłączany. W innych państwach tych możliwości zabrakło. Na pewno z tą wiedzą, którą teraz mamy, konkretniej dostroilibyśmy się do początkowej fazy epidemii. Chodzi np. o sieć szpitali jednoimiennych, transport pacjentów zakażonych koronawirusem. Zapewne zasady dotyczące triażu pacjentów można było lepiej na początku doprecyzować. Ale pamiętajmy, że to my jako pierwsi wprowadziliśmy jednoimienne szpitale zakaźne, które okazały się bardzo dobrym rozwiązaniem. W przypadku pozostałych szpitali pewnie wprowadzilibyśmy izolatki czy oddziały izolacyjne dla pacjentów oczekujących na wynik badania pod kątem obecności koronawirusa. Szybciej wprowadzilibyśmy zapewne także zakaz pracy w kilku miejscach dla personelu medycznego. Oczywiście z rekompensatą. To jednak, można by rzec niuanse, przy tym, co realnie udało się zrobić. Wystarczy punkt odniesienia. Popatrzmy na Włochy, Hiszpanię, Wielką Brytanię, Niemcy, Francję. Popatrzmy na USA.

PAP: Przypuszczam, że niedługo czeka pana urlop, nabierze pan sił, ale czy jest pan gotów na drugie starcie z epidemią? Jak może ono wyglądać?

Ł.Sz.: W wielu krajach niestety obserwujemy ponowny wzrost zakażeń. Czytamy doniesienia o ponownym zamykaniu regionów i miast. W Polsce widzimy natomiast poprawę sytuacji i spadek zakażeń. Raporty wojewódzkich stacji sanitarno-epidemiologicznych pokazują, że liczba zdiagnozowanych nowych przypadków ustabilizowała się na niższym poziomie niż jeszcze dwa, czy trzy tygodnie temu. W niektórych województwach są to już tylko pojedyncze przypadki. To pokazuje, że w wielu województwach epidemia jest w formie szczątkowej. Wirusa mamy znacznie, znacznie mniej. Jeśli popatrzymy na wyniki badań przesiewowych u osób jadących do sanatoriów to z 18,5 tys. przebadanych - to gigantyczna grupa - tylko 30 osób jest chorych. To jest mniej niż 1,7 promila. Zrobiliśmy też przesiew u policjantów. Przebadaliśmy 3 tys. z nich i okazało się, że nie było żadnego chorego. To pokazuje, że w przesiewie populacji, nie w wyselekcjonowanych grupach, tego wirusa jest naprawdę niewiele. Stan epidemiczny w kraju uważam, że jest niezły i to nie na podstawie wymysłów, widzimisię, hipotez, ale na podstawie wyników badań.

PAP: Czego dowiedzieliśmy się o tym wirusie, patrząc na niego już z pewnej perspektywy i biorąc pod uwagę nasze doświadczenia?

Ł.Sz.: Powstały ostatnio prace mówiące na przykład o tym, że kod genetyczny niektórych osób daje mniejszą lub większą szansę na chorowanie i powikłania. Dowiedzieliśmy się też, że dość duża grupa osób choruje bezobjawowo, ale jest też grupa osób, dla których ma on poważne konsekwencje i w tym przypadku ta choroba ma bardzo ciężki przebieg. Wiemy, że zakaźność jest dość duża i zależy od samej formy zakażenia. Na przykład tylko 1/4 zakażonych górników, którzy w większości chorowali bezobjawowo, zaraziło swoje rodziny. To pokazuje, że u osób bezobjawowych ta zakaźność jest niższa. Myślę, że jeszcze długo, wręcz przez całe lata, będziemy analizowali te dane. Nadal uczymy się tego wirusa. Otwarte jest nadal pytanie, dlaczego tak mocno pozakażani byli górnicy? Być może wpłynęły na to warunki, w których pracują, czyli w kopalniach na dole, gdzie trudno zachować dystans i mamy dużą wilgotność powietrza.

PAP: Jeśli dojdzie do eskalacji choroby w następnych miesiącach, czy czekają nas kolejne obostrzenia? Czy gospodarkę i system opieki zdrowotnej będzie stać na ewentualne zamykanie wszystkiego na kłódkę, jak miało to miejsce w marcu i kwietniu? Tym bardziej, że oswoiliśmy już tego wirusa, lęk w społeczeństwie przed nim jest mniejszy, a zatem nie będzie już tak łatwo ograniczać aktywności społecznej i zawodowej Polaków, gdyby była taka konieczność.

Ł.Sz.: Pełnego lockdownu nie da się już przeprowadzić, zarówno z punktu widzenia medycznego, jak i gospodarczego. Gdyby naprawdę było niedobrze, wtedy można myśleć np. o większej kontroli kontaktów społecznych. Ale mam nadzieję, patrząc na te liczby w naszym kraju i krajach sąsiadujących, że nie będziemy mieli aż tak dramatycznego wzrostu. Trzeba też pamiętać, że mamy wypracowane już mechanizmy, procedury, szpitale jednoimienne, gotową sieć laboratoriów, testy genetyczne, szybkie testy na czas jesienny, by diagnozować możliwe zakażenia. To wszytko jest przygotowane. Będziemy też zachęcali do szczepień przeciw grypie.

PAP: Koronawirus schodzi na drugi plan, ale znowu powracają stare bolączki: rozpoczęta tylko w mikro stopniu reforma psychiatrii dziecięcej, kwestie chorób onkologicznych i rzadkich, kolejki do specjalistów, które jeszcze bardziej się wydłużą, bo pacjentów przybyło, przemęczony personel. Pojawiła się też nowa kwestia – lęk pacjentów przed bezpośrednim kontaktem z lekarzami, placówkami. Gdzie leżą największe wyzwania? Jakie są rokowania dla systemu zdrowia krótkofalowo i długofalowo? Czy uda się ten czas nadgonić, który jest też tak istotny w leczeniu?

Ł.Sz.: Należy pamiętać, że reformę psychiatrii rozpoczęliśmy od dorosłych. I ona w opinii psychiatrów poszła całkiem dobrze. Podobną reformę robimy w psychiatrii dziecięcej. Oczywiście koronawirus trochę zatrzymał postępowanie konkursowe dotyczące tworzenia poradni psychologiczno-psychoterapeutycznych. Jednak trzeba podkreślić, że dotychczas zakontraktowaliśmy 130 placówek z 300, które założyliśmy, że powstaną. Mam nadzieję, że teraz wszystko nabierze tempa i będziemy już niedługo mieli pełną sieć poradni. To, co epidemia przesunęła w czasie, to samą opiekę psychiatryczną nad dziećmi i młodzieżą. Wielu opiekunów wystraszyło się i przyjmowanie dzieci nie odbywało się w takiej formie i stopniu, jak zakładaliśmy. Korzystając jednak z okazji, chciałbym zaapelować do wszystkich pacjentów, by wracali do badań profilaktycznych. Nie obawiali się. Tak, jak mówiłem wcześniej, wirusa jest znacznie, znacznie mniej.

PAP: Jakie reperkusje dla światowej i polskiej polityki zdrowotnej będzie miało wycofanie się USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Czy Pana zdaniem rzeczywiście WHO działała zbyt opieszale, jeśli chodzi o reakcję na rozprzestrzenianie się wirusa?

Ł.Sz.: Na pewno WHO prezentowała dość chwiejne komunikaty na temat epidemii. Na tej podstawie wszystkie państwa wprowadzały zaś swoje działania. WHO mówiła na początku wyraźnie, że prawdopodobieństwo przejścia wirusa do Europy jest znikome lub bardzo niskie. Potem zmieniła zdanie. Po doświadczeniach Lombardii, wszyscy się przestraszyli i zobaczyli do czego ten wirus jest zdolny. Ale on nadal nie jest dobrze poznany. Trudno mieć za złe ekspertom, że zmieniają swoje zdanie na temat epidemii, jeśli wirus jest znany od miesiąca. Wydaje się też, że na decyzji USA o wyjściu z WHO zaważył nie tylko koronawirus. Nie tylko on był przedmiotem rozbieżności. Jest szereg różnych innych spraw, z którymi administracja amerykańska się nie zgadza.

PAP: Niewątpliwie ta decyzja rzutuje na postrzeganie Światowej Organizacji Zdrowia...

Ł.Sz.: Pamiętajmy, że WHO była postrzegana w różny sposób. Przez wiele lat kwestie światopoglądowe były przemycane w różnych aktach prawnych WHO. Ostatnio wspólnie z USA pisaliśmy negatywne stanowisko do jednej z takich akcji. Z drugiej strony WHO działa bardzo sprawnie w krajach trzeciego świata. Propaguje tam wiedzę medyczną, zachowania prozdrowotne. Światowa Organizacja Zdrowia nie jest ani biała, ani czarna.(PAP)

autorka: Klaudia Torchała

tor/ mhr/

CZYTAJ DALEJ

Sąd: jest wyrok ws. kierowcy seicento, który zderzył się z rządową kolumną w 2017r.

2020-07-09 15:49

[ TEMATY ]

rząd

wypadek

wypadek

Adobe Stock

Oświęcimski sąd rejonowy uznał w czwartek, że kierowca fiata seicento jest winien nieumyślnego spowodowania wypadku w 2017 r. w Oświęcimiu, w którym poszkodowana została m.in. Beata Szydło. Zarazem warunkowo umorzył postępowanie na rok. Sąd uznał, że także kierowca BOR złamał przepisy.

Kierowca seicento musi zapłacić po 1 tys. zł. nawiązki poszkodowanym w wypadku – byłej premier Beacie Szydło oraz funkcjonariuszowi BOR.

Wyrok, który zapadł w obecności kierowcy seicento Sebastiana Kościelnika (zezwolił na podanie nazwiska – PAP), jest nieprawomocny.

Sędzia Agnieszka Pawłowska wskazała w uzasadnieniu, że Kościelnik nie zachował wystarczającej ostrożności na drodze. Przepuścił pierwszy samochód rządowy i rozpoczął manewr skrętu.

Sędzia zaznaczyła, że także kierowca BOR złamał przepisy. Zdaniem sądu trzy rządowe auta nie stanowiły kolumny uprzywilejowanej, gdyż używały tylko sygnalizacji świetlnej. Nie było sygnalizacji dźwiękowej. Kierowca samochodu, w którym jechała była premier, został obarczony winą za wyprzedzanie na podwójnej ciągłej linii. Sąd postanowił poinformować o tym prokuraturę.

Mecenas Władysław Pociej, obrońca kierowcy, tuż po wyjściu z sali rozpraw zapowiedział złożenie apelacji. "W żaden sposób nie można Sebastiana Kościelnika uznać za winnego tego wypadku. (…) Bijemy się o zasadę. Nie może być tak, żeby kierowcy pojazdów nieuprzywilejowanych taranowali inne samochody na drodze (…)" – mówił.

Prokurator okręgowy z Krakowa Rafał Babiński powiedział, że śledczy zapoznają się z uzasadnieniem wyroku na piśmie. "W ustnym uzasadnieniu nie znalazłem odpowiedzi na kluczowe pytania postawione przez prokuraturę. Przede wszystkim sąd użył formuły, że rządowy samochód wyprzedał, a nie mijał fiata. To zmienia spojrzenie na rolę poszczególnych osób" – powiedział. (PAP)

Autor: Marek Szafrański

szf/ robs/

CZYTAJ DALEJ

Watykan: powstaje dyrektorium regulujące relacje między biskupami i zakonami

2020-07-10 14:38

[ TEMATY ]

Watykan

zakony

biskupi

BP KEP

W Watykanie trwają końcowe prace nad dyrektorium regulującym wzajemne relacje między biskupami i instytutami życia konsekrowanego. Zastąpi ono obowiązującą od 42 lat instrukcję „Mutuae relationes”. Dokument będzie miał charakter duszpasterski i kanoniczny.

Jego wypracowaniem zajmuje się grupa robocza powołana przez Kongregację ds. Biskupów i Kongregację ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego, pod kierunkiem biskupa pomocniczego archidiecezji mediolańskiej Paolo Martinellego, który sam należy do zakonu kapucynów. Grupa ta zebrała sugestie przedstawione przez regionalne konferencje biskupie oraz unie zakonnych przełożonych generalnych męskich i żeńskich. Swój wkład wniosły również: Sekretariat Stanu, Papieska Rada ds. Tekstów Prawnych i Kongregacja Nauki Wiary.

Projekt „Dyrektorium na temat relacji między biskupami i życiem konsekrowanym w komunii i misji Kościoła”, do którego dotarł hiszpański portal katolicki Vida Nueva, opiera się na trzech zasadach: soborowej eklezjologii komunii, spójności między darami hierarchicznymi pasterzy i darami charyzmatycznymi osób konsekrowanych oraz „słusznej autonomii” życia zakonnego, które ma swe miejsce w Kościele, a zarazem powinno pozostawać w komunii z jego biskupem. Chodzi o to, by – jak anonimowo powiedział Vida Nueva jeden z członków grupy roboczej – wzajemny szacunek przeważył nad odmiennością każdej ze stron. Trzeba bowiem uniknąć ryzyka tego, że wspólnota zakonna będzie obecna w diecezji bez żadnego związku z jej życiem i pracą duszpasterską, a jednocześnie tego, że jej obecność będzie się ograniczała do funkcjonalnego wymiaru posługi, jaką wykonuje.

Dyrektorium ma określić budzące niekiedy kontrowersje zasady erygowania (zakładania) domów zakonnych na terenie diecezji. Według projektu, wymaga to zgody biskupa, który wydaje ją po procesie rozeznawania tego, jaką korzyść może to przynieść diecezji w dziedzinie chrześcijańskiego świadectwa i pracy apostolskiej. Biskup musi także być konsultowany w sprawie zmiany przeznaczenia erygowanej placówki, choć nie jest tu wymagana jego formalna zgoda. Przełożeni zakonni muszą jednak dokonać wcześniej rozeznania, jakie skutki zamknięcie domu zakonnego będzie miało dla diecezji i dotychczas prowadzonej działalności duszpasterskiej. Ze swej strony biskup powinien podjąć wysiłki mające na celu uzupełnienie luki po instytucie opuszczającym diecezję.

Dokument zajmuje się także kwestią własności zakonnej. Precyzuje, że dochód ze sprzedaży zamykanego domu zakonnego należy do danego instytutu i powinien być wykorzystany na jego działalność apostolską. Biskup nie może więc domagać się przekazania nieruchomości diecezji. Gdy w grę wchodzi jedyny dom instytutu zakonnego na prawach diecezjalnych – decyzja o jego zamknięciu i przeznaczeniu dóbr będzie należeć do Stolicy Apostolskiej.

Jednocześnie podstawową zasadą pozostaje to, że własność zakonna jest własnością kościelną, dlatego trzeba starać się, aby pozostała w Kościele. Co nie oznacza, że opuszczając nieruchomość, instytut musi ją zawsze zostawić biskupowi – tłumaczy cytowany przez portal członek grupy roboczej.

Projekt dyrektorium bierze pod uwagę zmiany prawa kanonicznego, jakie nastąpiły od 1978 r., gdy wydano instrukcję „Mutuae relationes”. Dotyczy więc również innych niż instytuty zakonne form życia konsekrowanego, takich jak konsekrowane dziewice, wdowy i wdowcy, czy eremici. Zajmuje się również szerokim zjawiskiem prywatnych i publicznych stowarzyszeń wiernych, których członkowie - pozostając katolikami świeckimi - zobowiązują się do posłuszeństwa, czystości i nieposiadania dóbr materialnych, żyjąc we wspólnotach, samotnie lub z członkami rodziny.

Przy powoływaniu do życia instytutów na prawach diecezjalnych, dokument wzywa biskupów do troski o jakość powołań i planów formacyjnych, prowadzących do dojrzałości ludzkiej i duchowej ich członków, a nie tylko do troski o liczbę wstępujących. Przypomina, że biskupi nie są w takich instytutach przełożonymi, gdyż cieszą się one autonomią.

W sytuacji, gdy ksiądz diecezjalny pragnie przejść do instytutu życia konsekrowanego (lub odwrotnie), projekt dyrektorium zaleca „głębokie rozeznanie” motywacji duchowych, a także tego, czy taka decyzja nie spowoduje problemów w diecezji lub instytucie zakonnym.

Zaleca biskupom włączanie sióstr zakonnych w pracę duszpasterską w diecezji. Ich zaangażowanie w parafiach, szkołach, szpitalach, domach opieki itp. wymaga, by ich głos był słuchany i brany pod uwagę. Podkreśla godność sióstr zakonnych, znaczenie ich „kobiecego geniuszu” dla życia Kościoła i odrzuca wszelką formę ich dyskryminacji.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję