Reklama

W wolnej chwili

Wieża Babel symbol podziału

Niedziela Ogólnopolska 3/2020, str. 60-61

[ TEMATY ]

Biblia

nauka

Pieter Bruegel (starszy). Wieża Babel (1563)

Mieszkańcy kraju Szinear chcieli zbudować wieżę sięgającą nieba, która służyłaby im jako punkt orientacyjny i byłaby widomym znakiem ich wielkości. Historia tej budowy stała się dla autora Księgi Rodzaju okazją do opisania grzechu pychy i kary, którą Bóg zesłał na ludzi (por. 11, 1-9). Wieża Babel stała się symbolem klęski. Była wyłącznie symbolem czy istniała naprawdę?

Troja, Assos, Babilon...

Koniec XIX wieku był okresem, kiedy chylące się ku upadkowi Imperium Osmańskie zaczęło wpuszczać na swoje terytorium ekspedycje europejskich archeologów. Jednym z nich był Robert Koldewey, niemiecki architekt, pracujący w latach 1882-83 dla amerykańskich poszukiwaczy, którzy odkryli ruiny Assos, miasta w Azji Mniejszej, odwiedzonego przez św. Pawła podczas jednej z jego podróży. Koldewey prowadził później badania w basenie Morza Śródziemnego, w Grecji i we Włoszech. Był jednym z założycieli Niemieckiego Towarzystwa Orientu, którego celem było prowadzenie prac wykopaliskowych w miejscach jeszcze dobrze niezbadanych, a dających nadzieję na ciekawe odkrycia. Aby przekonać sponsorów w kraju do finansowania swoich zamierzeń, przywiózł znad Zatoki Perskiej ciekawe okazy glazurowanych cegieł i płaskorzeźb, czym wzbudził zainteresowanie samego cesarza Wilhelma II. Resztki miasta, ledwo widoczne spod piasku, gdzie postanowił prowadzić wykopaliska, to Babilon, wielokrotnie wspominane na kartach Biblii miasto-państwo, którego władcy przez wiele stuleci kształtowali politykę całego regionu.

Podczas prac wykopaliskowych, trwających blisko 20 lat, znaleziono bardzo wiele różnych przedmiotów, odkopano całe ulice dawnego Babilonu, często bardzo ważne z punktu widzenia miasta-państwa, przy których wznosiły się resztki monumentalnych budowli. Rzeźby, reliefy na ścianach, glazurowane kolorowe cegły – wszystko to świadczyło o bogactwie Babilonu. Koldewey odnalazł miasto, które przez 2 tys. lat przechodziło różne koleje losu, było wielokrotnie plądrowane, palone i odbudowywane. Bardzo wiele zabytków pochodziło z czasów, które w Biblii opisywane są jako „niewola babilońska narodu żydowskiego”, kiedy to z rozkazu króla Nabuchodonozora II kilka tysięcy najznaczniejszych przedstawicieli narodu wybranego zostało przesiedlonych do stolicy jego państwa i okolic.

Reklama

Ziggurat E-temenanki

Najważniejszymi miejscami kultu w babilońskich miastach były zigguraty, budowle przypominające nieco piramidy lub góry. Herodot, który miał okazję odwiedzić stołeczny ziggurat babiloński, opisał, że składał się on z kilku bogato zdobionych platform – każda w innym kolorze i każda poświęcona innemu bóstwu. Na szczycie konstrukcji ustawiona była mała świątynia. Ponieważ odbywały się uroczystości religijne z udziałem rzesz ludności miasta, a w świątyni na szczycie wieży było to właściwie niewykonalne, zigguraty były otoczone kompleksem świątyń i pomieszczeń, w których można było przeprowadzać wszelkie religijne czynności. Koldewey odkrył pozostałości zigguratu E-temenanki (dosłownie nazwa ta tłumaczy się jako „Dom – platforma fundacyjna nieba i świata podziemnego”). Wieża u podstawy była kwadratem o boku 90 m i prawdopodobnie mierzyła co najmniej tyle samo wysokości; była więc ogromną budowlą w środku miasta. Prawdopodobnie istniała od początku założenia Babilonu, bywała niszczona i plądrowana. Nabuchodonozor II nakazał odbudowę i powiększenie zigguratu, co było gigantyczną inwestycją, przy której pracowały setki lub tysiące robotników różnych narodowości, mówiących wieloma językami, ściągniętych do stolicy ze wszystkich zakątków państwa.

Śladem budowy zigguratu E-temenanki jest opowieść o budowie wieży i miasta zawarta w Księdze Rodzaju.

Dla religijnych Żydów stawianie niebotycznej budowli – na której szczycie miało mieszkać bóstwo – było wyzwaniem rzuconym jedynemu Bogu. Upadek takiej budowli wydawał się nieunikniony i rzeczywiście krótko po śmierci Nabuchodonozora Babilon został podbity przez Persów, a sam ziggurat w 479 r. przed Chr. częściowo zniszczony przez króla perskiego Kserksesa I po stłumieniu antyperskiego powstania. Później w większości został rozebrany na polecenie Aleksandra Macedońskiego, który w tym miejscu chciał zbudować pałac; ostatecznie pozostał kamieniołomem, który wykorzystywali pobliscy mieszkańcy.

Stella Schoyena

Zapewne ziggurat zostałby zapomniany, gdyby nie wzmianka w Księdze Rodzaju. Przez sto lat po odkryciu można było tylko przypuszczać, jak wyglądał, lub bazować na opisie Herodota, trudno było jednak ten opis potwierdzić. Szczęściu pomógł – jak to często bywa – przypadek. Kilkanaście lat temu brytyjskim naukowcom zajmującym się starożytnym Babilonem została udostępniona prywatna kolekcja norweskiego przedsiębiorcy Martina Schoyena. Zawiera ona m.in. tabliczki i stelle pokryte pismem klinowym. Na jednej z nich – półokrągłej tablicy z czarnego kamienia – znajduje się rysunek wieży składającej się z sześciu platform i świątyni na szczycie z podpisem, że przedstawia on ziggurat E-temenanki. Obok niego narysowana została postać króla Nabuchodonozora z informacją, że zakończył podnoszenie do nieba wieży zbudowanej z cegieł i smoły bitumicznej, a podczas budowy służyło mu wiele narodów z całego królestwa. Opis jest bardzo podobny do biblijnego; można więc z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że zarówno opowieść z Księgi Rodzaju, jak i zdania ze stelli dotyczą tego samego budynku.

Reklama

Wieża Babel stała się symbolem podziału i rozłamu jako skutku pychy i wybujałych ambicji. Symboliczne także stały się prawdziwe dzieje babilońskiego zigguratu. Został zniszczony i zapomniany a pamięć o nim przetrwała dzięki tym, którzy zostali zmuszeni do pracy przy jego powstaniu.

2020-01-14 10:24

Ocena: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Astronauta z Dragona: czułem się jak wewnątrz zwierzęcia

2020-08-05 07:42

[ TEMATY ]

nauka

PAP

Podczas wchodzenia w ziemską atmosferę kapsuła Dragon "naprawdę ożyła" - powiedział we wtorek astronauta NASA Bob Behnken, tłumacząc, że czuł się "jak wewnątrz zwierzęcia".

Załogowa kapsuła Dragon pomyślnie wodowała w niedzielę w Zatoce Meksykańskiej u wybrzeży Florydy. Na jej pokładzie znajdowało się dwóch amerykańskich astronautów, którzy spędzili dwa miesiące na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Było to pierwsze wodowanie przeprowadzone przez NASA od 1975 roku.

Podczas powrotnego lotu Dragona przez atmosferę ziemską temperatura poza kapsułą dochodziła do 2 tys. stopni Celsjusza, a prędkość statku przekraczała nawet 25 tys. kilometrów na godzinę. Na wtorkowej wirtrualnej konferencji prasowej w Houston astrunauci Bob Behnken i Doug Hurley zapewniali, że ich powrót na Ziemię przebiegł bezproblemowo, tak jak uczeni byli na symulatorach.

"Wchodzenie w atmosferę było komfortowe mimo że czuliśmy się jak wewnątrz zwierzęcia" - stwierdził Behnken. Porównując dźwięki kapsuły do odgłosów wydawanych przez zwierzęta, relacjonował, że wydawało się jakby "maszyna ożyła". Swoje odczucia przy odrzuceniu w trakcie lotu części statku porównał do "uderzenia kijem bejsbolowym".

Przez część 19-godzinnego powrotu astronauci spali. Po wodowaniu okna kapsuły były na tyle przypalone, że Behnken i Hurley nie widzieli dokładnie ekipy NASA. Unosząc się przez pół godziny w Dragonie na falach dzwonili do rodziny oraz przyjaciół.

Oprócz ekipy NASA do kapsuły podpływały także prywatne statki. Było to niebezpieczne, gdyż Dragon wciąż miał paliwo. SpaceX i NASA obiecują, że w przyszłych misjach nie dopuszczą do bliskiego podpływania do kapsuł.

Z powodu wydzielających się oparów, od wciągnięcia Dragona na specjalny statek do otwarcia go, minęła blisko godzina. NASA twierdzi, że w przypadku takich misji nie jest to nic nadzwyczajnego.

Po powrocie z ISS Behnken i Hurley wykonują specjalne ćwiczenia, które mają pomóc im do powrotu do pełnej sprawności po dwóch miesiącach spędzonych przy mikrograwitacji. Po pomyślnym wodowaniu w niedzielę pozwolili sobie jednak na chwilę słabości - ich pierwszym posiłkiem była pizza.

Dwóch astronautów spędziło w kosmosie 63 dni. W trakcie swojego pobytu na ISS wykonywali m.in. badania naukowe. Głównym ich celem było jednak przetestowanie nowych możliwości transportowych na stację kosmiczną. Zakończona w niedzielę misja Dragona ma wyznaczać początek ery bardziej dostępnych lotów w kosmos.

Kapsułę Dragon, którą pod koniec maja wyniosła na orbitę okołoziemską rakieta Falcon 9, wykonała na zlecenie NASA firma SpaceX. Po raz pierwszy w kosmos dowiózł astronautów statek wyprodukowany przez prywatną firmę.

Równocześnie była to pierwsza załogowa misja na ISS z terytorium USA od prawie 10 lat. Wraz z definitywnym wycofaniem w 2011 roku ze służby amerykańskich wahadłowców NASA została pozbawiona własnych środków transportowania astronautów i zaopatrzenia na ISS. Wymiana członków załogi stacji realizowana była wyłącznie za pomocą rosyjskich statków Sojuz.

Z Waszyngtonu Mateusz Obremski (PAP)

CZYTAJ DALEJ

Bas nad basy

Niedziela Ogólnopolska 31/2012, str. 12-13

Dominik Różański

Bernard Ładysz z żoną Leokadią Rymkiewicz-Ładysz, śpiewaczką sopranistką

ALICJA DOŁOWSKA: - Czy ten wspaniały głos odziedziczył pan po kimś z rodziny?

BERNARD ŁADYSZ: - Tego nie wiem. Pamiętam jednak, że zarówno ojciec, jak i matka mieli nadzwyczaj piękne głosy. Matka - sopran. Ojciec śpiewał tenorem. Byliśmy bardzo biedną rodziną. Oni nie mieli czasu ani warunków, by szkolić głosy. Wspólnie z matką, ojcem, braćmi, wujem i ciotkami występowaliśmy w chórze „Hasło”, prowadzonym przez prof. Jana Żebrowskiego w wileńskim kościele Ojców Bernardynów. Brat śpiewał basem, wuj natomiast śpiewał w chórze basem partie solowe. W 1935 r. nasz chór zdobył na konkursie w Warszawie pierwsze miejsce ex aequo ze stołecznym chórem „Harfa”. Musieliśmy być naprawdę dobrzy, skoro „Hasło” postawiono na równi z „Harfą” - najlepszym chórem w Europie.
W Wilnie istniał wtedy jeszcze drugi świetny chór - „Echo”. Chór Żebrowskiego skupiał środowisko rzemieślnicze: krawców, szewców, piekarzy. „Echo” nazywaliśmy chórem pańskim, bo w nim śpiewali dyrektorowie, szeroko pojęta inteligencja. Ale to nasz był lepszy. Miał piękne brzmienie. Utwory śpiewało się szczerze, każdy starał się pokazać najpełniej swoje wokalne możliwości. Dzisiaj chóry śpiewają tak sobie. Nie przykładają wagi nawet do prawidłowej artykulacji samogłosek, co w brzmieniu pieśni jest ogromnie ważne. Drażni mnie np., że śpiewają płaskie „a”, podczas gdy wykształceni śpiewacy śpiewają „a” okrągłe. To jest kwestia pokazania śpiewającej młodzieży, że nie tylko głos, ale również artykulacja głosek czy całych wyrazów jest w śpiewie szalenie ważna. Dopiero opanowanie tej umiejętności sprawi, że dźwięk zabrzmi bardzo ładnie. Nikt ich tego nie uczy.

- Piszą o Panu - bas. Ale brzmienie Pana głosu określają również jako bas baryton. Jak Pan sam nazwie skalę swego głosu?

- Bas baryton. Podczas śpiewu mogę głos obniżać. W brzmieniu mego głosu jest trochę jednej i drugiej tonacji. Głos to dar od Boga. Albo się go ma, albo nie. Ale z głosem jest jak z nieoszlifowanym diamentem: żeby zabłysnął pełnym blaskiem, trzeba go oszlifować. Kunszt osiąga się poprzez doskonalenie warsztatu i techniki.

- Jak to jest być najwspanialszym polskim basem? Czy brak konkurencji nie sprawia, że człowiek czasami spuszcza z tonu? Czy też opinia, że ktoś jest najlepszy, każe trzymać poprzeczkę wysoko, żeby nie zawieść?

- Nie kalkulowałem. Po prostu śpiewałem zawsze szczerze, z sercem. I nigdy nie markowałem. Zdarzały się, oczywiście, kiksy, ale to normalne. Do dziś żyję rolą Borysa Godunowa. Ta opera Musorgskiego zapadła we mnie głęboko. Podążając fraza za frazą - widać, ile jest tam głębi. Kompozytor, choć na portrecie Riepina może dziś przypominać bandytę, był genialny. W prowadzeniu myśli i głosów - mistrzowski. Może tylko szkoda, że „ruski”. Bardzo żałuję, że tego dzieła nie napisał Moniuszko. Nazwano mnie rusofilem, ale rusofilem nie jestem. Lubię muzykę rosyjską, bo taka jest moja natura: szeroka i otwarta. Nie mogę śpiewać np. Mozarta, bo jest dla mnie zbyt zamknięty w surowych rygorach. W muzyce Czajkowskiego, Musorgskiego, Rachmaninowa łapię oddech. To dopiero jest śpiewanie! Rosjanie i Włosi tworzyli muzykę dla basu, a polscy kompozytorzy - nie. Śpiewając, cały czas myślałem o roli. Zastanawiałem się na scenie: Po co ja kogoś o coś w tej operze pytam. O co mi chodzi.

- Myślenia o roli ktoś jednak Pana uczył.

- Wracam do tego, o czym mówiłem. Chóry, chóry i jeszcze raz chóry. Chórem trzeba żyć. Z chórem trzeba śpiewać. Muzykę należy przeżywać, bo to są emocje. Chóry rozwijają. Szkoda, że się tego nie docenia. Ale dziś nie kształcimy wrażliwości. Składa się na nią także poezja, literatura, malarstwo. Dożyliśmy czasów, gdy nawet maszyna może zrobić muzykę. Ale prawdziwego śpiewania „na żywo” nie zastąpisz, tego smaku i brzmienia...

- Ale też u Was w rodzinie istniała tradycja śpiewania domowego. W ogóle na Kresach śpiewało się w domu chętnie i często...

- O tak! U Ładyszów śpiewało się nie tylko z okazji imienin, świąt czy uroczystości rodzinnych. Śpiewało się, ot, po prostu - w chwilach wolnych i wieczorami. Gdy człowiekowi od smutku rozdzierała się dusza i gdy było radośnie. Wszyscy w rodzinie śpiewali. A że mieli piękne głosy, to aż sąsiedzi schodzili się posłuchać.
W chórach śpiewaliśmy ze słuchu, mówiło się, że „z ucha”, bo przecież nikt nie znał nut, żeby rozeznać tony i zrozumieć, jak są rozpisane głosy. Ale gdy chórzysta miał dwie, trzy oktawy, zawsze mieścił się w wyznaczonej tonacji. A dzisiaj, co? Zastanawiam się, dlaczego w polskich kościołach w repertuarze chórów nie ma Moniuszki. Tego wielkiego polskiego kompozytora. Jest autorem pięknego utworu „Oto drzewo krzyża”. Nie ma też bardzo starej pieśni „Ludu, mój ludu”. Tego chóry na ogół dzisiaj nie wykonują, choć są to przecież skarby polskiej kultury. A jeśli śpiewają, to okazjonalnie.

- Po wygraniu konkursu śpiewaczego w Vercelli otwierała się przed Panem światowa kariera. Ale Pan, owszem, śpiewał w mediolańskiej La Scali razem z Marią Callas w „Łucji z Lammermoor”, nagrał arie operowe dla Columbii, występował nawet w Chinach, ale nie czmychnął za granicę na stałe.

- Wciąż myślałem o Warszawie. Nigdy nie zapomnę, jak Warszawa nas przyjęła, gdy przyjechaliśmy z obozu w Kałudze w 1947 r. W łagrze pracowaliśmy przy wyrębie lasu. Było ciężko. Po wojnie też, bo Wilno nie było już po polskiej stronie. Zakochałem się w Warszawie, gdy wróciliśmy z Rosji. Wjechaliśmy do miasta gruzów. I ono nas przyjęło, bo byliśmy partyzantami i wróciliśmy stamtąd. Ta biedna Warszawa oddała nam serce. Oddała 20-metrowy pokój dwudziestu osobom, chociaż miejsca było tylko dla czterech. Pamiętam: siedzieliśmy w kawiarni „Maxim” i gdy zaczęliśmy śpiewać, ludzie płakali. Płakaliśmy wspólnie nad polskim losem. Dlatego kocham Warszawę.

- Kocha Pan też Wilno.

- Tęsknię za Wilnem. Za Matką Boską Ostrobramską. To świat mego dzieciństwa, wczesnej młodości. Nikt mi go nie zabierze. Byliśmy kilka lat temu z żoną, która też jest wilnianką, na występach w Domu Polskim w Wilnie. Przeżyliśmy wspaniałe chwile wzruszenia. Odsłoniliśmy pamiątkową tablicę, którą Polacy chcieli mnie uhonorować. Miała zawisnąć na murze domu, w którym mieszkałem na Zarzeczu. Jednak wskutek protestów Litwinów dotąd tablicy nie udało się tam zamontować. Oni najchętniej wyrugowaliby wszelkie ślady polskości. A przecież przez tyle wieków tworzyliśmy wspólną historię i kulturę.

- Nie żałuje Pan rezygnacji z międzynarodowej kariery?

- Pewnie ówczesne polskie władze by do niej nie dopuściły. Ale ja na obczyźnie bym usechł. Nie mógłbym rozmawiać po polsku. Jestem Polakiem.

- Czy z ręką na sercu może Pan powiedzieć, że realizował się Pan w pełni w krajowych warunkach?

- Nie. Dużo rzeczy nie zaśpiewałem, do wielu miejsc nie pojechałem. Zablokowano np. moje tournée po zwycięstwie w Vercelli. Wszystko przez środowiskową zawiść. Kiedy patrzę na całe swoje śpiewanie, widzę, że ktoś mi cały czas przeszkadzał. Mówiono: Pięknie śpiewasz. I - do widzenia. Dzisiaj o wielu sprawach wreszcie wiem. Układają się w ciąg przyczynowo-skutkowy. Gdy miałem przez Pagart (instytucję wysyłającą polskich artystów za granicę) wyjechać na koncerty do Izraela, dokąd trzykrotnie mnie zapraszano - i ludzie tam na mnie czekali - zawsze wprowadzano zapraszających w błąd, że albo jestem chory, albo wyjechałem na koncerty, albo przygotowuję coś w kraju i jestem zajęty. Wyglądało na to, że ja te środowiska lekceważę, podczas gdy o zaproszeniach nie miałem zielonego pojęcia. Śpiewałem w ONZ - niemal w ogóle o tym nie pisano. A przecież to był zaszczyt.

- Uważa Pan, że na miarę takiego talentu można było osiągnąć więcej?

- Z różnych przyczyn na pewno nie. To był przecież bardzo trudny okres polityczny, gdy układy, donosy i anonimy ważyły na karierach. Mój talent i głos nie były w smak niektórym osobom i środowiskom. Tym bardziej że nie należałem do pokornych.

- Ale kochała Pana polska publiczność.

- I to było dla mnie najważniejsze.

* * *

Bernard Ładysz

Największy polski bas od czasów Adama Didura 24 lipca 2012 r. kończy 90 lat! Urodzony w Wilnie w 1922 r., miał 17 lat, kiedy wybuchła wojna. Był żołnierzem AK. Zesłany do obozu w Kałudze na Syberii, wrócił do kraju w 1947 r. Chciał być malarzem, został śpiewakiem. Pierwsze sukcesy zaczął odnosić jako solista Centralnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego. W 1951 r. kończy studia muzyczne, zostaje zaangażowany do Teatru Wielkiego i na scenie Opery Narodowej śpiewa przez 29 lat. W 1956 r. w konkursie śpiewaczym w Vercelli zdobywa najwyższe wyróżnienie - III primo premio assoluto. W mediolańskiej La Scali śpiewa z Marią Callas. W 1959 r. w Londynie nagrywa z Callas operę „Łucja z Lammermoor” Donizettiego dla wytwórni Columbia. Jako pierwszy polski śpiewak nagrywa dla Columbii indywidualną płytę z ariami operowymi. Występuje na całym świecie. Śpiewa z największymi: oprócz Marii Callas, m.in. z jej słynną rywalką Renatą Tebaldi, a w Operze Wiedeńskiej z Elizabeth Schwarzkopf. W Warszawie robi furorę w kreacjach Mefista w „Fauście” Charles’a Gounoda i jako odtwórca tytułowej roli w „Borysie Godunowie” Modesta Musorgskiego. Do legendy przeszła też jego aria Skułoby w „Strasznym dworze” Stanisława Moniuszki. Brał udział w prawykonaniach utworów Krzysztofa Pendereckiego, m.in. „Pasji wg św. Łukasza”, „Jutrzni”, a także opery „Diabły z Loudun”. Był znakomitym odtwórcą partii Tewjego w musicalu „Skrzypek na dachu”. W 2008 r. otrzymuje doktorat „honoris causa” Akademii Muzycznej w Warszawie. Ostatnią płytą, jaką wydał, jest zbiór pieśni patriotycznych „A to Polska właśnie”. Ładysz uważa, że wstyd nie być patriotą. Jest obrońcą Telewizji Trwam i pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej. Na kolejne miesięcznice tragedii smoleńskiej chodzi już jednak w imieniu ich dwojga jego żona - sopranistka Leokadia Rymkiewicz-Ładysz. Oboje również wytrwale uczestniczą w rozprawach sądowych w procesie, który Adam Michnik wytoczył Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi. Bernard Ładysz ma dwóch synów - Zbigniewa i Aleksandra. Obaj śpiewają. Pierwszy - barytonem, drugi - basem. Czcigodnemu Jubilatowi życzymy długich lat życia w zdrowiu i by oczarował nas swoim głosem jeszcze nie raz.

CZYTAJ DALEJ

Z Wawelu na Jasną Górę ruszyła 40. Piesza Pielgrzymka Krakowska

2020-08-06 11:48

Anna Bandura

Z Wawelu na Jasną Górę ruszyli uczestnicy 40. Pieszej Pielgrzymki Krakowskiej. Słowo na drogę i intencje modlitewne przekazał pielgrzymom abp Marek Jędraszewski.

– Ta rozpoczynająca się dzisiaj pielgrzymka ma bardzo określone cele (…). Celem tej pielgrzymki jest przemiana – każdej i każdego z was, ale też przemiana tych wszystkich, których spotkacie na swojej drodze. Przemiana polegająca na tym, że jeszcze bardziej zjednoczycie się z Chrystusem, jeszcze bardziej pogłębicie te więzy, które powstały od chwili chrztu – powiedział metropolita krakowski na Eucharystii sprawowanej na wzgórzu wawelskim.

Zobacz zdjęcia: Z Wawelu na Jasną Górę. Start 40. Pieszej Pielgrzymki Krakowskiej

Ksiądz arcybiskup prosił, aby pątnicy zanieśli pod tron Matki Jasnogórskiej trzy myśli dziękczynne: dziękczynienie za dar życia i pontyfikatu Jana Pawła II, Cud nad Wisłą i powstanie „Solidarności”. Zachęcał również, aby pielgrzymi prosili dobrego Boga o pokój w naszej Ojczyźnie i obronę przed ateistycznymi ideologiami. – Módlmy się o pojednanie i zgodę w sprawach zasadniczych dla naszego kraju budowanych na prawdzie o autentycznych wartościach i solidarności, która wykracza poza indywidualne interesy.

Zobacz zdjęcia: Z Wawelu na Jasną Górę. Start 40. Pieszej Pielgrzymki Krakowskiej

– Idźcie do Maryi, naszej Matki i Królowej i przedstawiajcie Jej te wszystkie święte dla nas sprawy, aby tak jak sto lat temu, także teraz okazała się zwycięską orędowniczką polskich spraw – zakończył abp Marek Jędraszewski.

W 40. Pieszej Pielgrzymce Krakowskiej uczestniczy ok. 1000 osób. W ubiegłym roku pielgrzymów było 8,5 tys. Pątnicy dotrą do Częstochowy 11 sierpnia. Nad sprawnym i bezpiecznym przebiegiem wędrówki czuwają porządkowi. Miejsca postojowe i noclegowe mają być dezynfekowane.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję