Reklama

Niedziela Kielecka

Wśród swoich

Niedziela kielecka 11/2019, str. IV

[ TEMATY ]

Kazachstan

repatriacja

TER

Helena i Aleksander Bagińscy – nowi mieszkańcy Krasocina

Za granicami Polski mieszka około piętnastu milionów Polaków. Tysiące z nich wyjechało wiele lat temu „za chlebem”, szukając w innych krajach swojego miejsca na ziemi. Tak było i tak jest również dzisiaj. Wielu Polaków, marząc o lepszym bycie, wyjeżdża za granicę. Jednak za granicami Polski mieszkają tysiące Polaków oraz ich potomków, którzy nigdy z Polski nie wyjeżdżali, i nigdy nie zamierzali z niej wyjeżdżać. Ich życie zmieniło się w ciągu jednego dnia po tym, jak ustalone zostały w XX wieku nowe granice Polski. Po wojnie z Sowiecką Rosją setki tysięcy naszych rodaków zostało za wschodnią granicą. Wśród nich była rodzina Bagińskich.

Państwo Bagińscy

Pani Helena jest spokojna i mało mówi, za to jej mąż Aleksander opowiada, nic a nic się nie krępując, jakby wywiadów udzielał przez całe życie. Widać, że chciałby już płynnie mówić po polsku, trochę go to deprymuje, kiedy brakuje mu słów, patrzy wtedy na swoją żonę i czeka, że ona mu pomoże. – Helena wszystko rozumie, ale jakoś nie chce mówić – śmieje się i od razu dodaje – jak troszkę pomieszkamy tutaj i pójdziemy do pracy, to szybko się nauczymy mówić po polsku – obiecuje. Pan wójt Ireneusz Gliściński jest skarbnicą wiedzy o nowych mieszkańcach Krasocina. Długo opowiada o historii rodziny Bagińskich, co jakiś czas pytając Aleksandra, czy dobrze mówi.

– Dobrze, dobrze, tak było – przytakuje Aleksander, dodając od siebie kilka zdań. Helena i Aleksander powinni już przywyknąć do wywiadów, w końcu tylu redaktorów z nimi rozmawiało, ale nie, widać, że ta „sława” jest im niepotrzebna i nie cieszy ich kolejna rozmowa. Cieszy ich, że znaleźli dom, życzliwych ludzi i że są wśrod swoich, że w końcu są u siebie, o czym ich rodzice nie mogli nawet marzyć.

Reklama

Z Żytomierza w stepy Kazachstanu

Żytomierz został założony około 884 r. Należał do największych miast Rusi Kijowskiej. Około 1225 r. św. Jacek Odrowąż założył tam klasztor dominikanów a w 1444 r., kiedy król Władysław Warneńczyk zginął pod Warną, jego brat król Kazimierz Jagiellończyk nadał Żytomierzowi prawa miejskie. W późniejszych latach miasto weszło w skład Korony Królestwa Polskiego, było siedzibą starostwa grodowego, sejmików i sądów szlacheckich. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i zakończonej wojnie z Rosją Sowiecką, w 1921 r. na mocy pokoju ryskiego, Żytomierz pozostał za wschodnią granicą II Rzeczypospolitej. W Żytomierzu oraz jego okolicy mieszkało około miliona Polaków, dlatego też, sto km od miasta powstał polski rejon narodowościowy – Marchlewszczyzna. Długo Polacy nie nacieszyli się spokojem. Wiosną i na jesieni 1936 r. Sowieci przeprowadzili operację „oczyszczania” pasa przygranicznego z Polską z „polsko-niemieckiego elementu nacjonalistycznego”. Około 70 tys. naszych rodaków wepchnięto do bydlęcych wagonów i wywieziono na wschód, wśród nich była rodzina Bagińskich. Tak naprawdę Bagińsy mieli szczęście, bo rok później sowieci przeprowadzili tak zwaną „operację polską”, która miała wszelkie cechy ludobójstwa: mordowano mężczyzn – głowy rodzin, ich żony wywożono do łagrów, przymusowo przesiedlano dzieci do wyznaczonych domów dziecka, rozdzielano rodzeństwa i krewnych. Trafili na ludzkich oprawców z NKWD, oni ich tylko wywieźli, a przecież mogli zabić.

W ziemi kopali jamy

Nie wszyscy dotarli do Kazachstanu. Kto był słaby, nie przetrwał kilkutygodniowej gehenny. Ciała starców i dzieci układano wzdłuż torów kolejowych, nie było czasu na pochówek. Kiedy pociąg w końcu dojechał do jakiegoś miasta i kazano wszystkim wychodzić, myśleli, że to koniec ich tułaczki. Niestety, nie zamieszkali w mieście, sowieci wywieźli ich w step. Tam kilkadziesiąt kilometrów od ludzkich skupisk kazano Polakom kopać sobie ziemianki. Początki były straszne. Ludzie kopali doły, przykrywali je gałęziami, darnią, i gnieździli się w nich po kilka rodzin. Nie wiedzieli, że zimy w Kazachstanie są takie mroźne i takie długie. Śmierć zbierała obfite żniwo. Ciągle głodowali. Z czasem dzięki Kazachom, którzy również klepali biedę, nauczyli się jak przeżyć w stepie, uprawiając jałową ziemię. Iwan Bagiński miał 38 lat, jego żona Petronela była o rok młodsza, mieli czwórkę dzieci: Józefa, Zosię, Adama i Antoniego, który w chwili deportacji miał 8 lat. Cudem przeżyli ten straszny czas, aby wraz z innymi Polakami tworzyć zręby małych wiosek.

Ze stepów do Szczecina

Kiedy Niemcy napadli na ZSRR i żołnierze sowieccy cofali się na całym froncie, Stalin potrzebował żołnierzy. Stosunek do Polaków uległ poprawie, ponieważ potrzebni byli, by walczyć na froncie. Najstarszy syn Bagińskich Józef, mając 20 lat, zgłosił się do Wojska Polskiego i wraz z Armią Berlinga dotarł do Berlina. Nie wrócił do Kazachstanu, zamieszkał w Szczecinie. Po wojnie rozpoczął starania, by ściągnąć rodzinę z Kazachstanu do Polski. Niestety w 1958 r. uległ śmiertelnemu wypadkowi, co przekreśliło jego plany. Józef żonaty z Marią miał troje dzieci: Józefa, Halinę i Leszka. Śmierć Józefa przerwała wszelkie kontakty z rodziną w Kazachstanie, nigdy się nie widzieli i nie wiedzą o dalszych ich losach.

Reklama

Drugi syn Adam ożenił się z Rosjanką. Zosia wyszła za mąż za Aleksandra Jasińskiego. Ich syn Włodzimierz Jasiński z żoną mieszkają w Wrocławiu.

A może do Polski?

Ojciec Aleksandra Antoni w latach 50. ubiegłego wieku wyjechał do miasteczka Aktas położonego nieopodal Karagandy. Pracę znalazł w kopalni. W Atkasie poznał i poślubił Elżbietę. Ich jedyny syn Aleksander urodził się w 1962 r. Po zakończeniu szkoły i odbyciu służby wojskowej pracował na trawlerze. Pływał po Morzu Barentsa i Morzu Białym. Po kilkunastu latach wrócił do Aktas, by idąc w ślady ojca pracować w kopalni jako spawacz. W 1991 r. ożenił się z Heleną, a rok później urodziła się ich jedyna córka Ira. Ira obecnie mieszka w Aktas wraz z mężem i dwiema córkami. Ojciec Aleksandra zmarł w 1994 r., a mama w 2001. Być może wtedy narodziła się myśl, żeby wrócić do kraju przodków. Aleksander rozpoczął starania o wyjazd do Polski. Na szczęście w archiwum zachowały się dokumenty potwierdzające jego polskie pochodzenie. Wielu potomków Polaków ma problemy z udowodnieniem swojego pochodzenia. W czasach stalinowskich za samo podejrzenie, że jest się Polakiem, oraz za mówienie w ojczystym języku szło się do łagrów. Dlatego też bardzo często Polacy niszczyli wszelkie dokumenty, aby nie stać się ofiarami represji.

Dzień urodzin wójta i polskie obywatelstwo dla Bagińskich

– Kiedyś oglądałem amatorski film o panu Młyńczaku z Krasocina, który został wywieziony do obwodu mołdawskiego. To był wzruszający obraz. Pomyślałem, że potomków tych Polaków, którzy tyle wycierpieli, trzeba by ściągnąć do ojczyzny. Tak też zrobiłem – mówi wójt Gliściński. Zaczął zapoznawać się z procedurami oraz szukaniem rodziny, która by chciała zamieszkać w Krasocinie. Szło opornie, ale nie poddawał się, w końcu wszystko się udało. – Dla rodziny z Kazachstanu mieliśmy przygotowany gminny lokal. Ostatnio procedury zmieniły się i rząd dofinansowuje remont mieszkań, lub domów dla Polaków ze Wschodu kwotą przeszło 100 tys. zł – mówi. Polacy otrzymują także zapomogę pieniężną – na start a także państwo płaci przez rok pensję pracodawcy, który ich zatrudni. – 19 stycznia to dzień urodzin wójta – mówi Aleksander i właśnie w tym dniu przyleciałem z żoną do Polski, „urodziliśmy” się na nowo, otrzymując polskie obywatelstwo. – Wiedzieliśmy, gdzie jedziemy, oglądaliśmy Krasocin w internecie, nie chcieliśmy mieszkać w mieście, wolimy wieś, spokój, tu jest tak ładnie tyle drzew, w Kazachstanie tylko step – mówi. Bardzo by chcieli do Polski ściągnąć córkę z mężem i dwiema wnuczkami, może im się uda? Krasocin im się podoba. – Wójt nas bierze do samochodu i obwozi po okolicy, bardzo ładne tereny, bardzo ładne – mówi Aleksander, a Helena tylko kiwa głową potwierdzając jego słowa.

Pomóżmy wrócić rodakom

– Obowiązkiem nas wszystkich jest pomoc potomkom Polaków w Kazachstanie. Przedstawiciele samorządów powinni stanąć na wysokości zadania i znaleźć u siebie miejsce, dla jednej, czy dwóch rodzin. Na powrót do Polski czeka przeszło 30 tys. osób w Kazachstanie – mówi wójt Gliściński.

– To naprawdę niewiele kosztuje, nasz obecny rząd pomaga finansowo, wystarczy zadeklarować, że ma się jakieś mieszkanie, czy dom, a dzięki rządowym funduszom możemy je wyremontować i urządzić. Naprawdę trzeba tylko trochę dobrej woli – dodaje. Gdy państwo Bagińscy się trochę zaklimatyzują, być może gmina ściągnie kolejnych Polaków do siebie.

Jak czytamy w dokumencie o deportacjach Polaków przygotowanym przez Biuro Analiz i Dokumentacji Kancelarii Senatu: z 2016 r. „Większość potomków przesiedlonych Niemców powróciła do swej historycznej ojczyzny na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. Natomiast potomkowie wysiedlonych Polaków, pomimo licznych deklaracji płynących przez ostatnie ćwierćwiecze z Polski, nigdy realnie takiej szansy nie mieli”. Czy jesteśmy w stanie to zmienić? Władze Krasocina pokazały, że można.

2019-03-13 10:57

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Deportacje i powroty Polaków „do” i „z” Kazachstanu

Z Anatolem Diaczyńskim, autorem książki O tych zapomnianych powiedzcie choć słowo – literatem, repatriantem z Kazachstanu – rozmawia Leszek Wątróbski.

Leszek Wątróbski: Przymusowe przesiedlenia ludności polskiej do Kazachstanu odbywały się w połowie lat 30. oraz w latach 1940-41. Wówczas to Polaków osiedlano w rejonie miast Akmolińsk, Kustanaj, Kokczetaw, Krasnoarmiejsk, Pietropawłowsk. Na tych obszarach powstawały miejscowości, którym Polacy nadawali własne nazwy, np. Kalinówka, Wiśniówka, Jasna Polana, Zielony Gaj, Konstantinówka. Piszesz o tym wszystkim w swojej nowej książce O tych zapomnianych powiedzcie choć słowo…

Anatol Diaczyński: Książka ukazała się jesienią 2019 r. Dedykowałem ją moim rodakom – Polakom przesiedlonym właśnie w 1936 r. z zachodniej Ukrainy do Kazachstanu, w setną rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. Książka ta ukazała się już wcześniej po rosyjsku i ukraińsku oraz w skróconej wersji po polsku. Było to jednak 20 lat temu i od tego czasu ze Wschodu wróciło do Polski tysiące repatriantów. Praktycznie nikt z nich o tamtych książkach nic nie słyszał.

Ty razem z rodziną wróciłeś do Polski w roku 1995…

Tak, przyjechałem jako jeden z pierwszych. Sporo sił mnie to wówczas kosztowało. Jeżeli chodzi o książkę, to dopiero teraz, po latach, postanowiłem dopełnić i doprecyzować jej wcześniejsze polskojęzyczne wydanie, które nosiło tytuł To my jesteśmy, Polsko! i przygotować do druku nową jej wersję. Liczę, że tym razem powiększy ona grono jej czytelników w całej Polsce. Byłoby dobrze, gdyby stała się lekturą obowiązkową dla wszystkich repatriantów powracających do Polski w ośrodkach adaptacyjnych. Liczę też, że historię deportacji i repatriacji wraz z jej szczegółami poznają także czytelnicy polonijni całego świata.

O czym jest Twoja książka?


Jest to powieść napisana w formie artystycznej, ale maksymalnie oparta na faktach i zdarzeniach historycznych z życia współczesnych kazachstańskich Polaków – w tym mojej własnej rodziny, przyjaciół, sąsiadów i znajomych. Jest to historia, o której władze PRL wolały zapomnieć. Również władze „nowej, demokratycznej” III RP nieszczególnie kwapiły się, aby realnie pokazać siebie jako dobrą matkę wszystkich Polaków. Dopiero teraz…
W okresie, kiedy rozpadał się ZSRR, w Kazachstanie, według oficjalnego spisu ludności, było ok. 60 tys. Polaków. Obecnie jest ich tam jeszcze blisko 30 tys. I tylko kilku tysiącom z nich dzięki swoim ogromnym wysiłkom, uporczywości i szczęściu udało się dostać do Polski. Inni w mieszanych małżeństwach wyjechali do Rosji, Niemiec, a nawet na Ukrainę. Tam wcześniej zrozumieli, że najdroższą walutą dla każdego państwa jest własny naród.
W Polsce natomiast, nawet w sprawie repatriacji, próbowano szukać politycznych, ekonomicznych i religijnych korzyści. I gdyby nie realne zagrożenie niekontrolowaną falą imigrantów z Bliskiego Wschodu czy wręcz Afryki, to kto wie, jak byłoby nadal z tą repatriacją. Chociaż trzeba też przyznać, że dzisiejsze władze są o wiele bardziej przychylne repatriacji niż ich poprzednicy. Nowelizacja Ustawy repatriacyjnej z 2016 r. ponownie rozbudziła spore nadzieje na powrót tysiącom moich ziomków. Tym bardziej, że teraz repatriantom stwarza się o wiele lepsze warunki ekonomiczne.

A jak wygląda dziś sytuacja Polonii kazachstańskiej?


Uważam, że wiedza o moich ziomkach jest obecnie dużo większa. Jeszcze na przełomie lat 80. i 90. mało kto w Polsce przypuszczał, że w dalekim Kazachstanie nadal mieszkają dziesiątki tysięcy Polaków i osób polskiego pochodzenia. I prawie wszyscy byli pewni, że zesłani tam po klęsce wrześniowej Polacy, wkrótce po zakończeniu działań wojennych w 1945 r., wrócili do nowej Rzeczypospolitej. A tak naprawdę, to wrócili do domu tylko ci, którzy wojnę przeżyli. I dotyczyło to tylko Polaków, których wywieziono za Ural w 1940 i 1941 r. Ale była jeszcze pierwsza fala wywózki do Kazachstanu, zwłaszcza w latach 1936-37. Zsyłano wtedy tych Polaków, którzy pozostawali poza granicami odrodzonej po I wojnie światowej, po długim 123-letnim niebycie Polski. Wywozili ich ze specjalnie utworzonego właśnie dla nich w połowie lat 20. ubiegłego stulecia polskiego autonomicznego rejonu im. J. Marchlewskiego na sowieckiej zachodniej Ukrainie, czyli pod Żytomierzem i w okolicach (a już w połowie lat 30. zlikwidowanego).
Wywożono nas do Kazachstanu jako tych, którzy nie spełniali oczekiwań i nadziei władz radzieckich, jako element niepewny, możliwą „piątą kolumnę” przy granicy z „burżuazyjną” Polską. Wywożono ich właśnie za to, że byli Polakami. Wszystkie zaś powojenne traktaty i umowy, zawarte pomiędzy Polską i ZSRR, o repatriacji ludności wywiezionej na Wschód – ich nie dotyczyły. Tak więc pozostaliśmy tam jako ludzie bez przeszłości i bez ojczyzny. A i bez przyszłości również. Wszyscy mieliśmy zostać tam z czasem jako typowi, jednolici „ludzie radzieccy” i rozpłynąć się wśród mnóstwa innych plemion i narodów dawnego ZSRR.
Taką właśnie polityką zainteresowane były władze ZSRR… i zgodziła się na to powojenna Polska. W sumie nie miała większego pola manewru. Była bowiem w znacznym stopniu podporządkowana ZSRR. Zresztą stało się to też za zgodą naszych dawnych zachodnich sojuszników. Wszystko szło więc w kierunku zapomnienia. Ale widocznie takiej niesprawiedliwości to nawet sam Pan Bóg w niebie nie mógł wytrzymać.

Co było później?


Zaczęli w końcu do nas przyjeżdżać Polacy z różnych oficjalnych i nieoficjalnych instytucji oraz organizacji. I tak zaczęliśmy, w tym również ja, ponowną walkę o powrót do dawnej Ojczyzny, co bardzo pasowało do mojego charakteru. Ale w szczegółach o tym wszystkim, jak to wyglądało, jak przebiegała ta wywózka, jak żyliśmy w Kazachstanie i jak mieszkaliśmy tam przez te wszystkie dziesięciolecia – od połowy lat 30. do lat ostatnich postarałem się opowiedzieć w tej książce – jak najbardziej prawdziwie, barwnie i ze szczegółami. Jestem przecież literatem nie tylko z powołania, ale też z wykształcenia. Chyba jako jedyny kazachstański Polak skończyłem w Moskwie Instytut Literacki.
Opowiedziałeś to wszystko na przykładzie losów swojej rodziny… krewnych, sąsiadów, znajomych i nieznajomych ludzi. Korzystałem też z nielicznych kazachstańskich archiwów. Moja książka, chciałbym to jeszcze raz powtórzyć, oparta jest na konkretnych faktach. Nie chciałbym jednak, aby uważano ją za powieść dokumentalną, ale literaturę artystyczną. Starałem się chociaż trochę zmienić nazwiska, imiona lub zajmowane stanowiska moich bohaterów, aby w przyszłości nikt nie próbował odnaleźć siebie i swoich krewnych w tym lub innym bohaterze i nie zwracał się do mnie z jakimikolwiek pretensjami. Powieść O tych zapomnianych powiedzcie choć słowo to przede wszystkim literatura piękna.

Dziękuję Ci, Anatolu, za rozmowę. Twoja książka godna jest uwagi i polecam ją wszystkim!

Dziękuję również. Książka została wydana w Wydawnictwie Poligraf k. Wrocławia.

Anatol Diaczyński urodził się w  1951 r. we wsi Zielony Gaj w północnym Kazachstanie, w rodzinie polskich zesłańców. Pracował w kołchozie, następnie przeprowadził się do miasta Kokczetaw, gdzie podejmował się różnych prac i jednocześnie studiował. Jest absolwentem Instytutu Literackiego im. A. M. Gorkiego w Moskwie. Na przełomie lat 80. i 90. tworzył struktury polonijne i pełnił funkcję przewodniczącego Polskiego Kulturalno-Oświatowego Stowarzyszenia Polonia Północna w Kokczetawiu. Jest autorem wielu książek drukowanych w językach polskim, ukraińskim i rosyjskim. Jest także członkiem Związku Literatów Polskich i laureatem nagrody „Złote Pióro” z 2000 r. rzeszowskiego oddziału ZLP.

CZYTAJ DALEJ

Amerykański teolog: „nasiona błędu” nosi nie Sobór, lecz błędne jego interpretacje

2020-08-07 18:34

[ TEMATY ]

Sobór Watykański II

teologia

teolog

Wikipedia

Sobór Watykański II

„Duch Święty nie może być niezgodny z samym sobą” – przypomina amerykański teolog z katolickiego Uniwersytetu Notre Dame w stanie Indiana John Cavadini, tłumacząc, dlaczego wiarę wyrażaną i wyjaśnianą przez sobory powszechne – często prowokujące w Kościele spory i konflikty – chroni Trzecia Osoba Boska. Specjalizujący się w intelektualnej historii chrześcijaństwa teolog, którego w 2009 roku do pracy w Międzynarodowej Komisji Teologicznej Kościoła powołał Benedykt XVI, zwrócił uwagę, że „wypowiedzi soboru powszechnego, które błędnie zinterpretowano, mogą być niezgodne z poprzednim nauczaniem Kościoła”.

Naukowiec zaznaczył, że dokumenty kościelne czasami wymagają doprecyzowania, ale konstatacja ta nie jest tożsama ze założeniem podzielanym przez niektórych współczesnych krytyków, że sobór powszechny może nauczać lub zawierać błędy dotyczące wiary katolickiej.

Teolog z Notre Dame w ten sposób odniósł się do zarzutów publicznie stawianych przez takie postaci jak były nuncjusz apostolski w Stanach Zjednoczonych abp Carlo Viganò, który uznał, że podczas Soboru Watykańskiego II „wrogie siły” doprowadziły do „abdykacji Kościoła katolickiego” poprzez „niesamowite oszustwo”. „Błędy okresu posoborowego zostały zawarte jak w pigułce w dokumentach soborowych” – stwierdził hierarcha, oskarżając Sobór, a nie tylko jego skutki, o powielanie jawnego błędu.

Według abp Viganò, Sobór Watykański II katalizował ogromną, ale niewidoczną schizmę w Kościele, zapoczątkowując fałszywy Kościół, funkcjonujący obok prawdziwego Kościoła. W zeszłym miesiącu grupa katolików, w tym księża, osobistości medialne i niektórzy uczeni, podpisali list chwalący zaangażowanie byłego nuncjusza w sprawę, wskazując, że należy przedyskutować kwestię, czy można pogodzić Sobór Watykański II z Tradycją. „Ciągłość Soboru Watykańskiego II z Tradycją jest hipotezą, którą należy sprawdzić i przedyskutować, a nie traktować jako niepodważalną rzeczywistość” – podkreślono w oświadczeniu.

W odpowiedzi na zarzuty abp. Viganò, Cavadini przyznaje, że przychylnie odnosi się do zaniepokojenia katolików, „dotyczącego oczywistego zamieszania w dzisiejszym Kościele, osłabienia wiary eucharystycznej, banalizacji liturgii, mającej być dziedzictwem Soboru itp.”. „Czy jednak słuszne jest obwinianie Soboru, odrzucenie go jako pełnego błędów? Czy nie oznaczałoby to, że Duch Święty pozwolił Kościołowi popaść w ogromny błąd, dopuszczając, by pięciu papieży nauczało go entuzjastycznie przez ponad 50 lat?” – pyta Cavadini.

Zaznaczył, że wydaje się rzeczą podejrzaną, iż abp Viganò nie dostrzega nawet jednej dobrej rzeczy, będącej owocem Soboru Watykańskiego II. Przyznał, że soborowe reformy doprowadziły, szczególnie w USA do zbanalizowania liturgii, wypełnienia jej hymnami bez walorów estetycznych, zawierających błędy doktrynalne, zwłaszcza dotyczące Eucharystii. Zwrócił uwagę z drugiej strony, że sam przeżył w krajach afrykańskich wiele pięknych liturgii, które były owocem Soboru Watykańskiego II.

Teolog pochwalił również powszechne wezwanie do świętości zawarte w „Lumen gentium”, dokumencie Soboru Watykańskiego II. W tej Konstytucji dogmatycznej o Kościele przypomniano, że świętość, czyli bliskość z Bogiem, jest nie tylko domeną kapłanów i zakonników, ale wszystkich ludzi. „To jest coś, co wydawało mi się tak wzniosłe, kiedy po raz pierwszy przeczytałem go w wieku 19 lat, że pragnienie, by żyć zgodnie z tą wizją jest dziś wciąż równie mocne” – podkreśla teolog. Zaznaczył, iż w aspekcie wielu ważnych wypowiedzi teologicznych lub duszpasterskich Soboru, twierdzenie, że soborowe dokumenty noszą „nasiona” błędu teologicznego nie wytrzymuje krytyki.

„Czy Sobór Watykański II jest złym ziarnem? Czy też ziarno, o które tu chodzi, jest raczej efektem wykoślawianego wyboru teologów, by rozwinąć jeden wątek nauczania soborowego kosztem innych? Nie wspominając już o pasterzach, którzy tak priorytetowo traktują prawdziwe dobro, aby chrześcijańskie nauczanie było dostępne i zrozumiałe dla współczesnych ludzi, że bagatelizują jego wyjątkowość traktując jako żenująco przestarzałe?”
– pyta i apeluje, by katolicy, a zwłaszcza przywódcy kościelni, poważnie przeczytali dokumenty Soboru Watykańskiego II i postarali się włączyć je w swoje rozumienie Kościoła.

W komentarzach dla agencji CNA amerykański teolog zauważa, że także inne sobory w historii Kościoła były błędnie interpretowane i wzbudzały kontrowersje. Po niektórych, takich jak Sobór Chalcedoński (451 r.), kontrowersje trwały nawet przez długie wieki.

Wskazał także na przykład Soboru Nicejskiego z 325 roku, gdzie w toku dyskusji o Trójcy Świętej oświadczono, że Syn jest współistotny (homoousios) Ojcu. Cavadini przypomniał, że użytemu słowu sprzeciwiali się wówczas biskupi i teologowie, którzy zrównali wypowiedź soborową z sabelianizmem – potępioną przez Kościół herezją z III wieku. Dopiero po odróżnieniu hipostaz (osób) od ousia (substancji, istoty) dwuznaczności w tej sprawie ostatecznie wyjaśniono.

„Ale - warto podkreślić - nie był to błąd w samym nauczaniu, stanowczo nie! Jednak sam akt orzekania tworzy nową sytuację, która często wymaga dalszej interpretacji” – wyjaśnia teolog i tłumaczy, że użyte w Nicei „homoousios” było w tamtym czasie „skażonym słowem”.

„Czy nasi krytycy Soboru Watykańskiego II nie krzyczeliby w proteście, że to był błąd? Oni po prostu nie pamiętają, że nawet ten najsłynniejszy z soborów był na tyle odważny, że ryzykował użycie skażonego słowa w nowym znaczeniu, z nowym zamiarem” – stwierdza teolog i akcentuje, że w sprawach wiary „sobór powszechny jest chroniony od błędu”.

„To nie znaczy, że wszystko zostało wyrażone tak dobrze, jak mogło było być, ponieważ Duch Święty nie gwarantuje tego. To oznacza po prostu, że Kościół, w swoim autorytatywnym nauczaniu jest zachowany od jawnie błędnych deklaracji” – powtórzył Cavadini.

W historii Kościoła rzymskokatolickiego było 21 synodów powszechnych, nazywanych soborami: od Soboru Nicejskiego I (325 r.) po Sobór Watykański II (1962-1965).

CZYTAJ DALEJ

Ministerstwo Zdrowia opublikowało projekt nowej listy leków refundowanych

2020-08-07 20:57

[ TEMATY ]

leki

Ministerstwo Zdrowia

refundowane

Adobe Stock

Ministerstwo Zdrowia opublikowało w piątek projekt nowej listy leków refundowanych, która miałaby obowiązywać od września. Po raz pierwszy znalazła się tam wstępna lista bezpłatnych leków dla kobiet w ciąży.

Resort poinformował na swojej stronie internetowej, że czeka na ewentualne uwagi do czwartku 13 sierpnia do godz. 10.00.

Ministerstwo podkreśliło, że nadal trwają intensywne prace nad ostatecznym kształtem programów lekowych.

Wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski przekazał na Twitterze, że projekt zawiera leki zatwierdzone do refundacji, ale co do których trwają jeszcze ostateczne uzgodnienia co do kształtu i treści programów lekowych.

"Aby weszły na listę wszyscy uczestnicy danego programu muszą wyrazić zgodę na dopuszczenie nowych produktów do refundacji" – napisał.

Projekt – jak wskazało ministerstwo – zawiera też m.in. pierwszą listę leków dostępnych bezpłatnie dla kobiet w ciąży. Lista ta – jak zapewnia resort – będzie sukcesywnie weryfikowana i rozszerzana.

Projekt obwieszczenia ministra zdrowia w sprawie wykazu refundowanych leków, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych, który wejdzie w życie 1 września 2020 r. dostępny jest pod adresem: https://www.gov.pl/web/zdrowie/projekt-obwieszczenia-ministra-zdrowia-w-sprawie-wykazu-refundowanych-lekow-srodkow-spozywczych-specjalnego-przeznaczenia-zywieniowego-oraz-wyrobow-medycznych-ktory-wejdzie-w-zycie-1-wrzesnia-2020-r (PAP)

Autor: Katarzyna Lechowicz-Dyl

ktl/ joz/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję