Reklama

Wiadomości

Polski szturm na K2

To Polacy otworzyli nową epokę w dziejach himalaizmu

17 lutego 1980 r. stało się coś, co przeszło do historii himalaizmu. Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki jako pierwsi na świecie weszli zimą na najwyższy szczyt świata. Był to pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty o tej porze roku. Na szczycie Mount Everestu Polacy zostawili różaniec od Jana Pawła II

Niedziela Ogólnopolska 2/2018, str. 10-13

[ TEMATY ]

himalaiści

Góry

Bogdan Jankowski/FORUM

Himalaje, Nepal. Polska wyprawa zimowa na Mount Everest. Polscy himalaiści w bazie głównej, wśród nich Krzysztof Wielicki (drugi z lewej). Wyprawa zakończyła się zdobyciem szczytu 17 lutego 1980 r. przez Leszka Cichego i Krzysztofa Wielickiego

My, Polacy, mamy we krwi zamiłowanie do szarż, docierania tam, gdzie nie stanęła jeszcze ludzka stopa. Dobrym przykładem może być nasz wkład w zimowy himalaizm. Jeszcze 40 lat temu nikomu nie śniło się zdobywanie najwyższych gór świata zimą. W środowisku wspinaczy uważano to za coś niemożliwego, wręcz szaleńczego. Wysokość ponad 8 tys. m n.p.m. to „strefa śmierci”, gdzie człowiek może przeżyć zaledwie kilka dni. Latem. A zimą?

Palec za wejście na szczyt

Nieodżałowanej pamięci Andrzej Zawada daleki był od takiego myślenia. Zamarzył, aby Polacy napisali historię himalaizmu. To w jego głowie zrodził się pomysł, aby wejść na któryś z ośmiotysięczników zimą. Kilka lat trwały pertraktacje z władzami Nepalu, które nie mogły się nadziwić, że ktoś chce zdobywać Himalaje o tej porze roku, skoro są ku temu odpowiedniejsze okresy. Kiedy jesienią 1979 r. zezwolenie z Nepalu nadeszło, Zawada zadecydował: „Bierzemy najwyższy”.

Jednym z członków ekipy został 30-letni wówczas Krzysztof Wielicki. Był przewidziany w drugiej ekipie, która miała zdobywać Mount Everest wiosną, jednak zwolniły się dwa miejsca – dwóch kolegów nie mogło pojechać ze względów osobistych i Wielicki zastąpił jednego z nich.

Reklama

– Jechaliśmy w ciemno. Nie wiedzieliśmy, jak wygląda zima w Himalajach. Myśleliśmy, że będzie co najmniej 2 m śniegu, a było go bardzo mało. Od razu uderzył nas zimny „jet stream”, potężny wiatr wiejący wąskim strumieniem. Walczyliśmy z żywiołem, który niszczył nam obozy – wspomina Krzysztof Wielicki. I dodaje: – Nie baliśmy się trudności. Bo dla alpinisty jak jest trudno, to jest fajnie. Byli tacy wśród nas, co mówili: oddałbym palec albo nawet dwa, żeby tylko wejść zimą na Mount Everest. Sam Wielicki pojechał do Nepalu z ledwo co zaleczonymi odmrożeniami.

– To nie jest walka z górą, lecz z samym sobą, ze swoimi słabościami – tłumaczy sens wspinaczki himalaista.

Wyposażenie ekipy – wiadomo, PRL – dalekie było od zachodnich standardów. Spodnie z wełny, kurtki z ortalionu uszyli domowym sposobem przyjaciele. Wielicki miał okulary spawalnicze. Brak dewiz uniemożliwiał zaopatrzenie się w sklepach na Zachodzie.

Reklama

– Nie sprzęt, lecz człowiek decyduje o powodzeniu akcji. Można mieć najlepsze wyposażenie, ale jak człowiek nie ma umiejętności i determinacji, to nic mu to nie pomoże. Najwyżej da poczucie komfortu – twierdzi Wielicki.

Wyprawa pod kierunkiem Andrzeja Zawady miała rangę narodowej. Do Nepalu polscy himalaiści zabrali różaniec od Jana Pawła II, podarowany im przez ks. Stanisława Kardasza – późniejszego legendarnego duszpasterza Solidarności, przez wiele lat proboszcza parafii Matki Boskiej Zwycięskiej w Toruniu, który był ratownikiem GOPR i uczestnikiem wielu wypraw wysokogórskich.

Matka Stanisława Latałły, operatora filmowego, niezapomnianego odtwórcy roli Franciszka Retmana w głośnej „Iluminacji” Krzysztofa Zanussiego, który zginął w 1974 r. na Lhotse, dała ekipie krzyżyk – z prośbą, aby koledzy zostawili go na szczycie pobliskiego Mount Everestu dla upamiętnienia jej syna.

Msza św. na wysokości 7 tys. m n.p.m.

W trakcie wyprawy dołączył do kolegów ks. Stanisław Kardasz. Niezapomnianym przeżyciem były Msze św., z których jedną celebrował na wysokości 7 tys. m n.p.m. Za ołtarz służył oblodzony głaz. – Nie słyszałem, żeby jakakolwiek wyprawa w Himalaje miała swego kapelana – mówi Krzysztof Wielicki.

Szerpowie (są buddystami), którzy pomagali Polakom w wyprawie (wśród nich był jeden oficer łącznikowy), przyglądali się ze zdziwieniem tym „magicznym” obrzędom. Aby nie być gorszymi od Polaków, urządzili sobie kapliczkę i praktykowali swoje obrzędy z posypywaniem ryżu. Widząc to, Andrzej Zawada powiedział: „Z pomocą naszego Boga i waszego Buddy na pewno wejdziemy na Mount Everest”.

Kierownik wyprawy dopingował kolegów słowami: „Chłopaki, nie możecie nie wejść, skoro Wanda (Rutkiewicz – przyp. G. P.) zdobyła Everest 16 października 1978 r.”. W naszym środowisku opowiadaliśmy sobie żart, jak to Wanda Rutkiewicz umawia się z kard. Wojtyłą: „Ty jedziesz zdobyć Watykan, a ja Mount Everest”. Rzeczywiście, jak powiedział Jan Paweł II , gdy przyjmował na audiencji Wandę Rutkiewicz: „Dobry Bóg tak chciał, że jednego dnia zaszliśmy tak wysoko”.

– To nas dodatkowo motywowało, żeby różaniec papieski znalazł się na szczycie – wspomina Wielicki.

Nieważne, kto wejdzie

O tym, kto z ekipy dokona „ostatecznego skoku”, decyduje naturalna selekcja. Pod koniec wyprawy z 20-osobowego zespołu zaledwie 5-6 osób było zdrowych i w pełni sił. Do ostatniego – i skutecznego, jak się wkrótce okazało – ataku na Mount Everest zostali wyznaczeni Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. – Wchodząc z Leszkiem, mieliśmy poczucie, że nie robimy tego dla siebie, lecz dla Polski. Byliśmy patriotycznie naładowani. Podstawą sukcesu było to, że mieliśmy nastawienie: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Nieważne było, kto wejdzie. Liczyło się tylko to, aby to był ktoś z nas i żeby polska flaga załopotała na szczycie Everestu – opowiada Wielicki.

Na fetowanie historycznego sukcesu nie było czasu. Wielicki z Cichym zrobili sobie „niedźwiedzia”, wykonali kilka zdjęć, z których dobrze wyszło tylko jedno. W czworonogu aluminiowym, który na najwyższym szczycie globu zainstalowała chińska wyprawa, zostawili obok różańca papieskiego i krzyżyka upamiętniającego Staszka Latałłę także termometr do badania minimalnych i maksymalnych temperatur. No i oczywiście – polską flagę. Zabrali kartkę zostawioną przez wspinacza z USA i trochę śniegu do zbadania (ku zdziwieniu naszej ekipy okazał się bardzo zanieczyszczony).

Zdobywcy musieli się spieszyć, bo 80 proc. śmiertelnych wypadków himalaistów następuje podczas zejść. W drodze powrotnej natrafili na zamarznięte ciało wspomnianego Amerykanina, a nieopodal – na zwłoki bohaterskiej niemieckiej himalaistki, która próbowała go ratować. Kiedy zmarł, sama nie zdążyła dojść do bazy, bo zapadł zmrok, i podzieliła los kolegi.

Sport, który ujawnia „królewskość” człowieka

Przed zejściem z Everestu jego szczęśliwi zdobywcy zawiadomili radiotelefonem o wejściu kierownika wyprawy. Andrzej Zawada przekazał informację do przyjaciół w Warszawie i do... Watykanu.

Papież odpowiedział jeszcze tego samego dnia pięknym listem, który przesłał na ręce kierownika wyprawy. Napisał m.in.: „Życzę Panu Andrzejowi Zawadzie i wszystkim uczestnikom wyprawy dalszych sukcesów w tym wspaniałym sporcie, który tak bardzo ujawnia «królewskość» człowieka, jego zdolność poznawczą i wolę panowania nad światem stworzonym.

Niech ten sport, wymagający tak wielkiej siły ducha, stanie się wspaniałą szkołą życia, rozwijającą w Was wszystkie wartości ludzkie i otwierającą pełne horyzonty powołania człowieka”.

Dlaczego tow. Gierek nie podał ręki zdobywcom Mount Everestu

No i zrobiła się spora afera. Władze komunistyczne się wściekły, gdy się dowiedziały, że nasi himalaiści zostawili na szczycie Mount Everestu różaniec papieski i krzyżyk, a o ich sukcesie przed I sekretarzem KC PZPR dowiedział się Papież. Z tego powodu Edward Gierek się obraził i nie złożył gratulacji zdobywcom Mount Everestu.

Tymczasem Polacy w kraju szaleli ze szczęścia. Sukces ekipy Andrzeja Zawady bardzo ich podbudował. Cieszyli się, że w każdych warunkach jesteśmy zdolni do osiągnięć, które zadziwiają świat.

Lodowi wojownicy

Bo też wejście Polaków w warunkach zimowych stało się światową sensacją. – Nieraz się zastanawiam, co by było, jakbyśmy wtedy nie weszli. Jak by się potoczył los eksploracji zimowej Himalajów. Może nadal by twierdzono, że żadnego z ośmiotysięczników nie można zdobyć zimą – mówi Krzysztof Wielicki.

W każdym razie Polacy, przełamując pewną barierę, rozpoczęli nową epokę w dziejach himalaizmu. I bynajmniej nie poprzestali na jednym wyczynie. Dość powiedzieć, że na trzynaście ośmiotysięczników zdobytych zimą aż dziesięciu pierwszych wejść dokonali polscy himalaiści! Dzięki temu w swoim środowisku nazywani są „ice warriors” – lodowymi wojownikami.

Różaniec u Basków

A co z różańcem papieskim? Prawem zdobywców jest zabranie ze szczytu tego, co zostawili poprzednicy. W związku z tym Andrzej Zawada miał mały ból głowy, bo następną ekipą na K2, tym razem wiosną, również mieli być Polacy. Rozumował, że w środowisku himalaistycznym mogłoby wzbudzić podejrzenie to, iż Polacy wnoszą i zabierają różaniec. Szczęśliwym trafem okazało się, że mniej więcej w tym samym czasie miała szturmować ten szczyt ekipa z kraju Basków. Zawada celowo opóźniał naszą wyprawę, aby Baskowie weszli przed Polakami. Tak też się stało. Różaniec zabrał jeden z członków baskijskiej ekipy – Martin Zabaleta. Podarował go swojej głęboko wierzącej mamie, która następnie oddała go do muzeum.

Gdy Andrzej Czok i Jerzy Kukuczka z ekipy Zawady stanęli 19 maja 1980 r. na Mount Evereście, zastali flagę baskijską separatystycznego ugrupowania ETA.

Niezdobyte K2, czyli wyprawa na Księżyc

Kiedy „Niedziela” z tym artykułem dotrze do czytelników, 13-osobowa ekipa polskich himalaistów pod kierunkiem 68-letniego Krzysztofa Wielickiego będzie rozkładać w Pakistanie obóz pod szczytem K2. Ta druga co do wysokości góra świata (8611 m n.p.m.) to jedyny z czternastu ośmiotysięczników niezdobyty jeszcze zimą.

Teraz temperatura dochodzi tam do -50°C, a wiatr hula z prędkością ponad 200 km/h. „Okna pogodowe”, kiedy nie wieje, zdarzają się rzadko. Wyzwanie dla polskich wspinaczy jest zatem przeogromne, przez środowisko alpinistyczne porównywane do wyprawy na Księżyc. Zimą K2 było szturmowane tylko cztery razy, w tym dwa razy przez ekipę, w której skład wchodził Krzysztof Wielicki. Za każdym razem decydujący atak się nie powiódł. Może teraz, na zasadzie „do trzech razy sztuka”?

Gdyby Polacy zdobyli K2 zimą, to i tak Krzysztof Wielicki nie dorówna wyczynowi wspaniałego włoskiego wspinacza – Simone Moro, który cztery razy zdobywał ośmiotysięczniki zimą. Szef wyprawy postanowił bowiem, że nie będzie odbierał satysfakcji kolegom z ekipy i nie zamierza wchodzić na szczyt. – Ja już swoje zdobyłem. Niech teraz młodzi piszą historię – mówi słynny himalaista. O tym, komu przypadnie ten zaszczyt, kierownik wyprawy zadecyduje na kilkaset metrów przed szczytem. Kryterium wyboru będą kondycja i stan zdrowia.

Simone Moro pokazał klasę, życząc powodzenia polskim kolegom. W wywiadzie dla Polskiego Radia powiedział: „Przecież to Polacy rozpoczęli grę o nazwie «himalaizm zimowy» w 1980 r., wchodząc na Everest. Byłoby wspaniale, gdyby 38 lat od tego wydarzenia ostatni z czternastu ośmiotysięczników został zdobyty przez polski zespół. Polacy rozpoczęli tę grę i to Polacy powinni ją zakończyć – takie jest moje marzenie. To byłby najlepszy koniec zimowego podboju najwyższych gór świata”.

Krzysztof Wielicki ma dwa marzenia: aby ktoś z jego kolegów wszedł na szczyt i aby ekipa w komplecie wróciła do Polski.

Krzysztof Wielicki (ur. 1950) – jeden z najsłynniejszych himalaistów świata, piąty człowiek, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli wszystkie ośmiotysięczniki. Jako pierwszy dokonał wejścia zimą na Mount Everest, Kanczendzongę i Lhotse. Na ten ostatni ośmiotysięcznik wszedł samotnie, w gorsecie ortopedycznym, który nosił po kontuzji kręgosłupa doznanej podczas wcześniejszej wspinaczki. Kilkakrotnie też wchodził samotnie na ośmiotysięczniki latem. Należy do ekskluzywnego „The Explorers Club”. Stowarzyszenie to przyznało mu w 2001 r., jako pierwszemu Polakowi, prestiżowe wyróżnienie „Lowell Thomas Award”.

2018-01-10 10:56

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Tragiczna śmierć Polki w Himalajach. Odłączyła się od kolegów. Znaleźli ją martwą szerpowie

[ TEMATY ]

śmierć

wypadek

wypadek

himalaiści

Nepal

Himalaje

wPolityce.pl / facebook.com/majlinww

Milena Piasecka

Milena Piasecka zginęła w czasie wyprawy trekkingowej w Himalaje. Chciała pokonać Wielki Szlak Himalajski, który liczy około 1700 kilometrów i prowadzi pod najwyższymi szczytami świata. Ciało Polski odnaleziono w Nepalu.

Pochodząca z Gniezna, a mieszkająca w Poznaniu Piasecka, chciała pokonać Wielki Szlak Himalajski. 7 września rozpoczęła wyprawę trekkingową (forma turystyki, uprawiana w trudnych warunkach terenowych i klimatycznych) a postępy dokumentowała w mediach społecznościowych.

Szlak ma 1700 km i prowadzi pod najwyższymi szczytami świata. Do wypadku doszło 18 października w regionie Namcze Bazar. Wszystko miało się dziać się na wysokości 3,5 tys. metrów n. p. m. Na dwa dni przed wypadkiem Piasecka odłączyła się od grupy i podróżowała samotnie. 16 października miała odłączyć się od dwóch towarzyszy. Jej ciało zostało znalezione przez szerpów, czyli himalajskich przewodników i tragarzy, przypadkowo w trakcie innej akcji ratunkowej. Ciało ma być sprowadzone do Katmandu.

Piasecka zasiadała między innymi w zarządzie poznańskiej fundacji zajmującej się projektami ekologicznymi, społecznymi i kulturalnymi.

CZYTAJ DALEJ

Wyznanie

Niedziela Ogólnopolska 28/2017, str. 33

Graziako/Niedziela

Brat Albert Chmielowski, „Wizja św. Małgorzaty” (fragment obrazu – XIX wiek)/Fot. Graziako

Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”. W tych słowach modlitwy i wyznania Chrystusa uderzają nas przedziwna naturalność i prostota mówienia do Boga i o Bogu.

Taka postawa Jezusa znajduje swoje potwierdzenie również w trudnej modlitwie Ogrójca i Golgoty. Mówienie Jezusa z Nazaretu skierowane ku Bogu – zdaniem Ladislausa Borosa – otworzyło swobodną przestrzeń nowemu rodzajowi modlitwy, stworzyło nową potęgę mówienia. Chrystus wypowiadał słowa bardzo proste, zwyczajne, a jednak ludzie, którzy Go słuchali, mówili ze zdumieniem: „Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak, jak ten człowiek przemawia” (J 7, 46). Nauka Jezusa poruszała słuchaczy, budziła refleksję, choć nie brakowało i takich, którzy w Niego wątpili. Krótko mówiąc: odchodzili z powodu „twardości” tej mowy. Tym bardziej więc trzeba podkreślić – za św. Pawłem Apostołem – że każda forma wyznania wiary w posłannictwo Jezusa jest w nas dziełem Ducha Bożego.

To właśnie On, Duch Tego, „który Jezusa wskrzesił z martwych”, jest w nas Sprawcą owego pokrzepiającego „przyjścia wiary” i „podjęcia Jezusowego jarzma”. To On, Duch Prawdy, uczy nas ewangelicznej łagodności i pokory serca, abyśmy uzdolnieni Jego łaską odkrywali Chrystusową prawdę. Przypomniał nam o tym św. Jan Paweł II: „Chrystus «zadał» Kościołowi swoją prawdę, aby ją odkrył i przekazał każdemu człowiekowi. Prawda jest zadaniem i zobowiązaniem”.

Dzieje zbawienia pouczają nas jednak o pewnym sprzeciwie wobec prawdy ze strony samego człowieka. Może on bowiem wybrać „życie według ciała”, które prowadzi do śmierci. Człowiek może posunąć się aż tak daleko, że nie tylko nie przyjmuje głoszonej mu prawdy, ale też radykalnie i wprost zaprzecza obecności Boga jako Źródła wszelkiej prawdy. Tego rodzaju postawa wobec prawdy może być również ujęta w pewien system filozoficzny, jako forma myślenia i kształtowania ludzkich postaw i zachowań. Wtedy jednak – jak zaznacza św. Jan Paweł II – pojawiają się w świecie tzw. znaki i sygnały śmierci. Są nimi: wyścig zbrojeń i niebezpieczeństwo zagłady nuklearnej, praktyka zabijania istot ludzkich przed narodzeniem, zamachy na życie ludzkie ze strony terroryzmu, zorganizowanego na skalę międzynarodową (por. „Dominum et vivificantem”, 57).

Z pomocą więc Ducha Bożego musimy ciągle na nowo podejmować trud szukania i zdobywania Chrystusowej prawdy, aby w niej „znaleźć ukojenie dla dusz naszych” i według niej kształtować swoje „życie według Ducha”.

Polecamy „Kalendarz liturgiczny” – liturgię na każdy dzień
Jesteśmy również na Facebooku i Twitterze

CZYTAJ DALEJ

Kard. Ravasi: Morricone miał żywą wiarę, dlatego zależało mu na muzyce religijnej

2020-07-06 14:31

[ TEMATY ]

muzyka

muzyka chrześcijańska

morricone

Włodzimierz Rędzioch/Niedziela

Ennio Moricone

Wymiar duchowy stanowił istotny aspekt twórczości Ennia Morricone – przypomina kard. Gianfranco Ravasi, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury. Włoski kompozytor zmarł w Rzymie w 91. roku życia.

Znany jest przede wszystkim z muzyki filmowej. Stworzył muzykę do ponad 500 filmów, między innymi do „Misji”, „Nietykalnych” czy „Dawno temu w Ameryce”. W swym dorobku ma też liczne utwory sakralne. Za pontyfikatu Benedykta XVI usilnie zabiegał o powrót chorału gregoriańskiego.

W rozmowie z Radiem Watykańskim kard. Ravasi wspomina ubiegłoroczne z nim spotkanie, kiedy to za swą twórczość Morricone otrzymał od papieża Franciszka złoty medal pontyfikatu. Włoski kompozytor przyjmował też zaproszenia na sesje Papieskiej Rady ds. Kultury. „Kiedy przygotowywał oratorium dedykowane Janowi Pawłowi II, udał się wraz ze mną na kilka dni do Polski. Wszystko to świadczyło o jego wierze, a on otwarcie się do niej przyznawał” – mówi kard. Ravasi.

„Bez wątpienia bardzo mu zależało na komponowaniu również muzyki sakralnej, religijnej. Mówił mi o tym wielokrotnie. Bo wymiar duchowy, wiara, były w nim bardzo żywe – powiedział purpurat. – Z drugiej strony przejawem tego wymiaru duchowego była również muzyka sama w sobie, tak jak on ją wyraził, w ogromnej różnorodności stylów, wręcz niewyobrażalnej, jeśli pomyślimy o takich filmach jak «Za garść dolarów» Sergia Leone, potem «Bitwę o Algier», «Ptaki i ptaszyska» Pasoliniego, «Dawno temu w Ameryce», filmy Felliniego, a nawet Hitchcocka. A zatem ogromna panorama filmów, wielka różnorodność twórczości, ale jemu zawsze chodziło o wielką muzykę. Bo wierzył, że wielka muzyka jest sama w sobie, zgodnie z jej wielką tradycją, językiem transcendencji. Jest to język, w którym przejawia się tajemnica, również wtedy, gdy jest to muzyka świecka. Piękno muzyki prowadzi nas stopniowo do wieczności i nieskończoności”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję