Reklama

Niedziela Łódzka

Moje „memento”

Z bp. Adamem Lepą o niezwykłej relikwii i jej historii, ludziach, którzy pozostawili ślad i o przebaczeniu, rozmawia Anna Skopińska

Niedziela łódzka 17/2017, str. 6-7

[ TEMATY ]

wywiad

bp Adam Lepa

Archiwum Konferencji Episkopatu Polski

Bp Adam Lepa

ANNA SKOPIŃSKA: – W kaplicy Księdza Biskupa znajduje się szczególny krzyż. Mały, niepozorny, ale jakże wymowny...

BP ADAM LEPA: – Ten krzyż otrzymałem od ks. płk. Mariusza Śliwińskiego, który tu, w Łodzi, był kapelanem w parafii wojskowej św. Jerzego. Wcześniej uczestniczył w czterech wojskowych misjach zagranicznych: w Bośni, Libanie, Pakistanie i Afganistanie. I z tych czterech miejsc pochodzą szczątki tego krzyża. Bo krzyż został zbudowany z odłamków, które wydobyto z ciał poległych polskich żołnierzy oraz z ran tych, którym udało się przeżyć. To relikwia, którą wykonali jego żołnierze. Ks. Śliwiński otrzymał dwa takie krzyże. I kiedy wyjeżdżał z Łodzi do Sieradza, w 2014 r., jeden krzyż przekazał mnie, bowiem często odwiedzałem żołnierzy z posługą biskupią. Swój sentyment do wojska otrzymałem po ojcu, który był zawodowym żołnierzem.

– Wiadomo, jak doszło do powstania krzyża? Kto wpadł na pomysł, by te odłamki pozbierać? To musiał być człowiek głęboko wierzący...

– Byłem tak zapatrzony w ten krzyż, że nie przyszło mi do głowy zapytać, co się za tym kryje. Jaka historia. Widać, że jest wykonany z fragmentów zespawanych ze sobą. Podejrzewam, że na koniec był pokryty czarną farbą. Wszak ten kolor najbardziej odpowiadał upamiętnieniu żołnierzy polskich, którzy przelali krew w niebezpiecznych misjach zagranicznych.

– Czym dla Księdza Biskupa jest ten krzyż?

– Gdy odwiedził mnie abp Marek Jędraszewski, to w mojej kaplicy zainteresował się właśnie tym krzyżem. I ucałował go. Ten krzyż robi wrażenie na każdym, kto go zobaczy. To nie tylko relikwia dla mnie, to w ogóle jest relikwia. To krzyż związany z żołnierzami, którzy umierali za Polskę albo przynajmniej za nią cierpieli. Zamknięte w krzyżu odłamki dotknęły fizycznie tych ludzi. Teraz ten krzyż przypomina mi zawsze, że powinienem się modlić za poległych żołnierzy polskich. Jest dla mnie takim znakiem, żeby nigdy nie zapomnieć o modlitwie. Więc ma on w mojej kaplicy także tę praktyczną funkcję, stanowiąc swoiste „memento”.

– Od razu wiedział Ksiądz Biskup, że weźmie go do swojej kaplicy? Że gdzieś dalej nie przekaże?

– Takich relikwii się nie przekazuje. O krzyżu wiedzą ci, którzy odwiedzają czasem moją kaplicę. I dla każdego jest to najbardziej wymowny relikwiarz.

– W kaplicy Księdza Biskupa nie tylko krzyż jest relikwią...

– W tym względzie można powiedzieć, że Pan Bóg mnie hojnie obdarowuje. Najpierw trafiła tu postać Jezusa z kościoła pw. Podwyższenia Świętego Krzyża. To, że figura znalazła się u mnie, to cud i bardzo wyrazisty znak. Mama we wspomnianym kościele modliła się przed figurą Chrystusa o szczęśliwe rozwiązanie, gdy była w stanie błogosławionym ze mną. Moja figura to model tamtej, pięknie wykonanej i bardzo subtelnej. Gdy odwiedzają moją kaplicę różne osoby, to zwracają uwagę, że jest to postać Chrystusa niezwykle delikatna, skłaniająca do pogłębionej refleksji. Nic dziwnego, stworzył ją Antoni Madeyski, najwybitniejszy rzeźbiarz polski z przełomu XIX i XX wieku.

– Dotykając krzyża, nie próbował Ksiądz Biskup liczyć, z ilu może składać się odłamków?

– Nie da się tego policzyć. Ale to nie jest tak istotne. Znamy miejsca, w których walczący w pokojowych przecież misjach ONZ żołnierze byli atakowani i tracili życie. Jestem też wdzięczny, że ks. Śliwiński ze mną się podzielił, to wielkie wyróżnienie. Wielkie i zobowiązujące.

– To na pewno za okazane żołnierzom serce...

– Byłem często do kościoła garnizonowego zapraszany i bardzo dobrze się tam wśród żołnierzy czułem. Może dlatego, że to wyjątkowi ludzie. Pamiętam ostatni niezwykły pogrzeb jednego z kapitanów i przejście w kondukcie na cmentarz przy ul. Ogrodowej. Wszyscy żołnierze z jednostki, w której służył kapitan, „pancerniacy” z jednostki im. gen. Maczka, nieśli trumnę całą drogę na cmentarz z kościoła garnizonowego. Odprowadzam wielu wojskowych na miejsce doczesnego spoczynku, ale z takim pietyzmem żołnierzy wobec zmarłego towarzysza broni spotkałem się po raz pierwszy.

– Ksiądz Biskup bardzo mocno jest związany nie tylko z obecnymi wojskowymi, ale i z kombatantami, z Sybirakami, akowcami, rodziną katyńską. Można się od nich czegoś nauczyć?

– Nauczyłem się przede wszystkim jednej rzeczy. Spytałem ich kiedyś: „Powiedzcie mi, przecież tam, na tej nieludzkiej ziemi, doznaliście wielkiej krzywdy, oprawcom chodziło o to, by was zupełnie zniszczyć, czy czujecie do nich nienawiść?”. I co oni odpowiadają? „My nie tylko nie czujemy nienawiści, ale dziękujemy Panu Bogu, że dzięki naszym przeżyciom na ziemi syberyjskiej powstały kościoły katolickie. Że parafie obsadzone są przez księży polskich, a nowe diecezje przez biskupów polskich”. Oni są przekonani, że to jest owoc ich cierpienia.

– Nie zastanawiał się Ksiądz Biskup, czy trudno wybaczyć?

– Nie wiem, ale proszę zwrócić uwagę, ile nam krzywdy wyrządzili Niemcy. A Sowieci, jak tragicznie zapisali się w historii Polaków. I my nie żywimy do nich nienawiści. Tacy już jesteśmy, jest coś takiego w nas. I dlatego, jak mówią niektórzy na Zachodzie, to od nas wyszedł św. Jan Paweł II i św. Faustyna. Pan Bóg wiedział, skąd brać do „misji specjalnych”.

– Czuje Ksiądz Biskup, że to wszystko jest tak bardzo wymowne i zarazem tajemnicze?

– To jest na pewno jakiś znak. A przecież wśród znaków żyjemy. Dużo w moim życiu jest takich sytuacji, które nazywam cudami. Na przykład spotkanie z człowiekiem. Wydawałoby się, że przypadkowe, a to tymczasem wcale nie jest przypadek. To początek czegoś bardzo wielkiego i ważnego.

– Tak jak historia krzyża....

– Czy to przypadek, że były dwa krzyże i jeden z nich kapelan przekazał dalej, to znaczy mnie. Historia tego krzyża to także historia dzielenia się. Jeździłem kiedyś do Kalisza na Msze św. „dachauowczyków” i zapamiętałem świadectwo jednego z kapłanów. Mówił, że jest pewien grzech, który go trapi, o którym nie może zapomnieć, choć się z niego spowiadał i który na pewno będzie go nękał do końca życia. Oto, jak powiedział, kolega w Dachau otrzymał w paczce od rodziny cztery pomidory. Podzielił się nimi. „Mnie dał dwa, a ja obydwa zjadłem...”. Po tym, jak zjadł, miał wyrzuty sumienia.

– Ale to też świadczy o szlachetności tego człowieka...

– Bo między innymi samo uwięzienie było kształtowaniem charakterów tych ludzi. Jeśli chodzi o obóz, to jest jeszcze coś, o czym za dużo się nie mówi. Tam zginął jeden biskup, sufragan włocławski bł. Michał Kozal. Miał zaledwie miesiąc biskupstwa, kiedy go aresztowano i wywieziono. Był jedynym biskupem w Dachau. Hitlerowcy wyżywali się nad nim, katowali go, zrzucali ze schodów. Biskup katolicki dla tych zboczeńców to przecież była wyjątkowa „gratka”. Chcieli go jak najbardziej upokorzyć. I wreszcie zakatowali. Sądzili, że udaje, że upadł, żeby się uchronić przed dalszymi ciosami. Ale okazało się, że dosłownie zatłukli go na śmierć... Następnego dnia komendant tego obozu, sam zbrodniarz, poinformował: „Wczoraj zmarł biskup polski, i dlatego teraz na apelu ogłaszam minutę ciszy”. To fakt, o którym dowiedziałem się ze wspomnień abp. Kazimierza Majdańskiego, który jako diakon przebywał w obozie i był tego świadkiem.

– Gdy stykał się Ksiądz Biskup z „dachauowczykami”, braćmi w kapłaństwie, to nie chciał Ksiądz Biskup za to, co oni przeszli, całować ich po rękach?

– Tak się złożyło, że dwóch proboszczów w mojej rodzinnej parafii przeszło przez Dachau. Gdy byłem wikariuszem w Dobroniu, mój pierwszy proboszcz przeszedł przez piekło w Dachau, potem w parafii Przemienienia Pańskiego w Łodzi ks. Edmund Bielicki – także. Oni nigdy nie wspominali o Dachau. Jedynie ks. Bielicki mówił o wyzwoleniu tego obozu. Ale w tym jego świadectwie, tej relacji, nie było nic z chęci odwetu, z mściwości. Tacy jesteśmy. I to jest wspaniała cecha naszego narodu. A zarazem jego rzeczywisty i prawdziwy obraz.

– Ksiądz Biskup dotykał życia nie tylko kapłanów z Dachau, ale też choćby świętości bp. Kazimierza Tomczaka, łódzkiego sufragana...

– Bp Tomczak był przez jakiś czas więziony w Radogoszczy. Jako diakon posługiwałem w parafii Podwyższenia Świętego Krzyża, gdzie był proboszczem. Pomagałem Księdzu Biskupowi we Mszach świętych, które on sprawował, siedząc w fotelu. Był dotknięty paraliżem. Parafią w tym trudnym dla niego czasie choroby kierował w zastępstwie ks. Stanisław Świerczek, również więzień Dachau. Bp Tomczak był na moich święceniach kapłańskich. To był niezwykły biskup i człowiek. Budowałem się jego postawą.

– Jak czytam o nim, to widzę, że był święty. Może trzeba o takich ludziach mówić i ich przypominać?

– Trzeba, na pewno, zwłaszcza że ci, którzy go znali dłużej, już odeszli. Przy okazji tych postaci, naszych świętych ostatnio cytuje się zdanie francuskiego dziennikarza: „Zawsze ostatnie słowo należy do Miłości”. I to skojarzenie przychodzi mi, gdy myślę o Stanisławie Leszczyńskiej, o której za mało mówimy, a była przecież bohaterką. To ona obozowemu lekarzowi w Auschwitz rzuciła w oczy słowa: „Panie doktorze, nie wolno zabijać dzieci”. Wydał jej bowiem rozkaz, żeby jako położna każde odebrane dziecko pozbawiała życia. A on? Zachował się „nienormalnie”, bo nie wyrządził jej krzywdy i prawdopodobnie dał przez to milczącą zgodę na dotychczasową działalność ratowania nowonarodzonych. Stało się to pod wpływem Miłości wyrażonej w zdecydowanej postawie Polki. Bo ostatnie słowo zawsze należy do Miłości.

2017-04-19 14:17

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Szumowski: ponowne zamknięcie Polaków w domach raczej niemożliwe; obecnie epidemia wygasa (wywiad)

Ponowne zamknięcie Polaków w domach, ograniczenie ich aktywności zawodowej i społecznej jest raczej niemożliwe - powiedział w rozmowie z PAP minister zdrowia Łukasz Szumowski. Dodał, że w tej chwili jesteśmy na etapie wygaszania epidemii.

Minister zdrowia przyznał, że w tej chwili epidemia w wielu województwach jest "w formie szczątkowej". W niektórych diagnozuje się dziennie tylko pojedyncze zachorowania na COVID-19, a ich łączna dobowa liczba spadła poniżej 300. Nie można jednak założyć, że to już koniec. Niewykluczone, że dojdzie do wzrostu zachorowań jesienią, ale sytuacja wtedy będzie inna, bo przetarto już pewne ścieżki, wyprowadzono mechanizmy, działania, by skuteczniej przeciwdziałać jego rozprzestrzenianiu. Ponadto "nauczyliśmy się" żyć z tym wirusem, choć nadal do końca nie został on poznany.

Natomiast w kontekście wypełnienia jednego z dwóch możliwych scenariuszy, dotyczących niedzielnego głosowania na prezydenta, minister Szumowski stwierdził, że wybór prezydenta stolicy Rafała Trzaskowskiego wiąże się z niewiadomą, jeśli chodzi o politykę zdrowotną, bo jego program, to "puste obietnice". Z kolei prezydent Andrzej Duda w ciągu swojej prezydentury podejmował inicjatywy ustawodawcze w wielu kwestiach zdrowotnych.

PAP: Jesteśmy już na ostatniej prostej, jeśli chodzi o wybory. Możemy zatem "pogdybać". Realne są dwa scenariusze. Czego możemy spodziewać się w kontekście polityki zdrowotnej, gdyby doszło do reelekcji prezydenta Dudy, a czego, gdyby w pałacu prezydenckim pojawił się Rafał Trzaskowski?

Ł.Sz.: Trzeba zaznaczyć, że Rafał Trzaskowski był członkiem rządu Platformy Obywatelskiej i wówczas nie zabierał za bardzo głosu na temat nakładów na ochronę zdrowia, a przecież rząd jednak jest ciałem kolegialnym. Przez osiem lat rządów PO-PSL była tu stagnacja. Nakłady, jeżeli rosły to w bardzo ograniczonym zakresie. Dlaczego przez osiem lat ich rządów nie uchwalono takiej ustawy jak „ustawa 6 proc.”? Przypominam, że za rządów Zjednoczonej Prawicy i prezydentury Andrzeja Dudy taka ustawa powstała. Tylko do ubiegłego roku nakłady na ochronę zdrowia wzrosły o 30 mld zł. Na samą onkologię do 7,3 mld zł w 2019 roku z 4,9 mld zł z 2015 roku. Liczba refundowanych leków w leczeniu raka piersi zwiększyła się z dwóch do jedenastu. Dlaczego pan Trzaskowski będąc ministrem administracji i cyfryzacji nie zdecydował się wprowadzić informatyzacji w ochronie zdrowia: e-recepty, e-wizyty, e-skierowania? My to wszystko wprowadziliśmy.

PAP: Czy pana zdaniem jest możliwe, by nakłady na politykę zdrowotną wzrosły do 6 proc. PKB już w przyszłym roku? Ustawa przewiduje osiągnięcie tego pułapu za cztery lata. Prezydent Trzaskowski zapowiada m.in. zwiększenie wydatków na ochronę zdrowia w przeliczeniu na głowę każdego Polaka do 3676 zł wobec 2757 zł już w 2021 roku, czyli w ujęciu do PKB do 6 proc. z 5,03 proc. planowanych w 2020 roku.

Ł.SZ.: To są puste obietnice. Gdy pan Trzaskowski jako minister w rządzie PO-PSL miał realną władzę, nie zabiegał, zresztą jak cały rząd, o zwiększenie nakładów na służbę zdrowia. A teraz nagle, jako kandydat na prezydenta, tak dużo o tym mówi. To jest niepoważne. Dopiero rząd Zjednoczonej Prawicy podjął realną pracę w zakresie zwiększania finansowania służby zdrowia. Zwiększyliśmy wynagrodzenia, w tym urealniliśmy płace w zawodzie pielęgniarki czy ratownika. Te płace podstawowe wzrosły w sposób istotny, choćby od lipca wzrasta minimalne wynagrodzenie w sektorze ochrony zdrowia. Wzrosły wynagrodzenia rezydentów. To realne działania. Przez osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej, którego członkiem był pan Trzaskowski, nie widzieliśmy tego.

PAP: Jednak przy spełnieniu scenariusza nazwijmy go "B", czyli sytuacji wygranej prezydenta Trzaskowskiego, będziecie panowie musieli ze sobą współpracować, znaleźć punkty styczności, bo chodzi przecież o zdrowie Polaków.

Ł.Sz.: Nie mam pojęcia, jakie by one były, bo program pana Trzaskowskiego jest bardzo enigmatyczny, wręcz zdawkowy. To są puste obietnice. Nie ma realnego programu. Natomiast prezydent Andrzej Duda zainicjował realne projekty, jak choćby regulację dotyczącą onkologii, czyli tzw. cancer plan, w którym są m.in. nowe szczepionki, których rząd PO-PSL nie chciał wprowadzić. My wprowadzamy szczepienie na HPV, które ratuje kobiety przed rakiem szyjki macicy. Dodatkowo z inicjatywy prezydenta Andrzeja Dudy mamy projekt ustawy o Funduszu Medycznym. To w tym roku 2 mld zł, w kolejnych 4 mld zł na konkretne działania.

PAP: Pozostawmy w tej chwili najgorętsze wydarzenia. Cofnijmy się do marca. Mijające cztery miesiące musiały być dla pana, jako ministra zdrowia, jak zły sen. Wysiłek, odpowiedzialność, nowe regulacje pisane i wprowadzane błyskawicznie, pod wpływem zmieniającej się sytuacji. Z jednej strony musiał pan dbać o to, by system dał radę, z drugiej było wiele niewiadomych. Wirus rozprzestrzeniał się. Nikt nie wiedział jak szybko i głęboko będzie atakował. Gdyby pan mógł cofnąć czas i miał tę wiedzę, co dzisiaj, jakich decyzji nie podjąłby pan? Co zmienił?

Ł.Sz.: Zawsze z perspektywy upływającego czasu można powiedzieć, że pewne rzeczy można byłoby przeprowadzić lepiej. Ale o tym wiemy zawsze po czasie. Decyzje ocenia się jednak po efektach. Jakie mamy efekty, każdy widzi. Spowolniliśmy rozprzestrzenianie się wirusa, zabezpieczyliśmy łóżka i niezbędny sprzęt. Każdy chory wymagający hospitalizacji otrzymywał miejsce w szpitalu. Każdy wymagający respiratora był do tego respiratora podłączany. W innych państwach tych możliwości zabrakło. Na pewno z tą wiedzą, którą teraz mamy, konkretniej dostroilibyśmy się do początkowej fazy epidemii. Chodzi np. o sieć szpitali jednoimiennych, transport pacjentów zakażonych koronawirusem. Zapewne zasady dotyczące triażu pacjentów można było lepiej na początku doprecyzować. Ale pamiętajmy, że to my jako pierwsi wprowadziliśmy jednoimienne szpitale zakaźne, które okazały się bardzo dobrym rozwiązaniem. W przypadku pozostałych szpitali pewnie wprowadzilibyśmy izolatki czy oddziały izolacyjne dla pacjentów oczekujących na wynik badania pod kątem obecności koronawirusa. Szybciej wprowadzilibyśmy zapewne także zakaz pracy w kilku miejscach dla personelu medycznego. Oczywiście z rekompensatą. To jednak, można by rzec niuanse, przy tym, co realnie udało się zrobić. Wystarczy punkt odniesienia. Popatrzmy na Włochy, Hiszpanię, Wielką Brytanię, Niemcy, Francję. Popatrzmy na USA.

PAP: Przypuszczam, że niedługo czeka pana urlop, nabierze pan sił, ale czy jest pan gotów na drugie starcie z epidemią? Jak może ono wyglądać?

Ł.Sz.: W wielu krajach niestety obserwujemy ponowny wzrost zakażeń. Czytamy doniesienia o ponownym zamykaniu regionów i miast. W Polsce widzimy natomiast poprawę sytuacji i spadek zakażeń. Raporty wojewódzkich stacji sanitarno-epidemiologicznych pokazują, że liczba zdiagnozowanych nowych przypadków ustabilizowała się na niższym poziomie niż jeszcze dwa, czy trzy tygodnie temu. W niektórych województwach są to już tylko pojedyncze przypadki. To pokazuje, że w wielu województwach epidemia jest w formie szczątkowej. Wirusa mamy znacznie, znacznie mniej. Jeśli popatrzymy na wyniki badań przesiewowych u osób jadących do sanatoriów to z 18,5 tys. przebadanych - to gigantyczna grupa - tylko 30 osób jest chorych. To jest mniej niż 1,7 promila. Zrobiliśmy też przesiew u policjantów. Przebadaliśmy 3 tys. z nich i okazało się, że nie było żadnego chorego. To pokazuje, że w przesiewie populacji, nie w wyselekcjonowanych grupach, tego wirusa jest naprawdę niewiele. Stan epidemiczny w kraju uważam, że jest niezły i to nie na podstawie wymysłów, widzimisię, hipotez, ale na podstawie wyników badań.

PAP: Czego dowiedzieliśmy się o tym wirusie, patrząc na niego już z pewnej perspektywy i biorąc pod uwagę nasze doświadczenia?

Ł.Sz.: Powstały ostatnio prace mówiące na przykład o tym, że kod genetyczny niektórych osób daje mniejszą lub większą szansę na chorowanie i powikłania. Dowiedzieliśmy się też, że dość duża grupa osób choruje bezobjawowo, ale jest też grupa osób, dla których ma on poważne konsekwencje i w tym przypadku ta choroba ma bardzo ciężki przebieg. Wiemy, że zakaźność jest dość duża i zależy od samej formy zakażenia. Na przykład tylko 1/4 zakażonych górników, którzy w większości chorowali bezobjawowo, zaraziło swoje rodziny. To pokazuje, że u osób bezobjawowych ta zakaźność jest niższa. Myślę, że jeszcze długo, wręcz przez całe lata, będziemy analizowali te dane. Nadal uczymy się tego wirusa. Otwarte jest nadal pytanie, dlaczego tak mocno pozakażani byli górnicy? Być może wpłynęły na to warunki, w których pracują, czyli w kopalniach na dole, gdzie trudno zachować dystans i mamy dużą wilgotność powietrza.

PAP: Jeśli dojdzie do eskalacji choroby w następnych miesiącach, czy czekają nas kolejne obostrzenia? Czy gospodarkę i system opieki zdrowotnej będzie stać na ewentualne zamykanie wszystkiego na kłódkę, jak miało to miejsce w marcu i kwietniu? Tym bardziej, że oswoiliśmy już tego wirusa, lęk w społeczeństwie przed nim jest mniejszy, a zatem nie będzie już tak łatwo ograniczać aktywności społecznej i zawodowej Polaków, gdyby była taka konieczność.

Ł.Sz.: Pełnego lockdownu nie da się już przeprowadzić, zarówno z punktu widzenia medycznego, jak i gospodarczego. Gdyby naprawdę było niedobrze, wtedy można myśleć np. o większej kontroli kontaktów społecznych. Ale mam nadzieję, patrząc na te liczby w naszym kraju i krajach sąsiadujących, że nie będziemy mieli aż tak dramatycznego wzrostu. Trzeba też pamiętać, że mamy wypracowane już mechanizmy, procedury, szpitale jednoimienne, gotową sieć laboratoriów, testy genetyczne, szybkie testy na czas jesienny, by diagnozować możliwe zakażenia. To wszytko jest przygotowane. Będziemy też zachęcali do szczepień przeciw grypie.

PAP: Koronawirus schodzi na drugi plan, ale znowu powracają stare bolączki: rozpoczęta tylko w mikro stopniu reforma psychiatrii dziecięcej, kwestie chorób onkologicznych i rzadkich, kolejki do specjalistów, które jeszcze bardziej się wydłużą, bo pacjentów przybyło, przemęczony personel. Pojawiła się też nowa kwestia – lęk pacjentów przed bezpośrednim kontaktem z lekarzami, placówkami. Gdzie leżą największe wyzwania? Jakie są rokowania dla systemu zdrowia krótkofalowo i długofalowo? Czy uda się ten czas nadgonić, który jest też tak istotny w leczeniu?

Ł.Sz.: Należy pamiętać, że reformę psychiatrii rozpoczęliśmy od dorosłych. I ona w opinii psychiatrów poszła całkiem dobrze. Podobną reformę robimy w psychiatrii dziecięcej. Oczywiście koronawirus trochę zatrzymał postępowanie konkursowe dotyczące tworzenia poradni psychologiczno-psychoterapeutycznych. Jednak trzeba podkreślić, że dotychczas zakontraktowaliśmy 130 placówek z 300, które założyliśmy, że powstaną. Mam nadzieję, że teraz wszystko nabierze tempa i będziemy już niedługo mieli pełną sieć poradni. To, co epidemia przesunęła w czasie, to samą opiekę psychiatryczną nad dziećmi i młodzieżą. Wielu opiekunów wystraszyło się i przyjmowanie dzieci nie odbywało się w takiej formie i stopniu, jak zakładaliśmy. Korzystając jednak z okazji, chciałbym zaapelować do wszystkich pacjentów, by wracali do badań profilaktycznych. Nie obawiali się. Tak, jak mówiłem wcześniej, wirusa jest znacznie, znacznie mniej.

PAP: Jakie reperkusje dla światowej i polskiej polityki zdrowotnej będzie miało wycofanie się USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Czy Pana zdaniem rzeczywiście WHO działała zbyt opieszale, jeśli chodzi o reakcję na rozprzestrzenianie się wirusa?

Ł.Sz.: Na pewno WHO prezentowała dość chwiejne komunikaty na temat epidemii. Na tej podstawie wszystkie państwa wprowadzały zaś swoje działania. WHO mówiła na początku wyraźnie, że prawdopodobieństwo przejścia wirusa do Europy jest znikome lub bardzo niskie. Potem zmieniła zdanie. Po doświadczeniach Lombardii, wszyscy się przestraszyli i zobaczyli do czego ten wirus jest zdolny. Ale on nadal nie jest dobrze poznany. Trudno mieć za złe ekspertom, że zmieniają swoje zdanie na temat epidemii, jeśli wirus jest znany od miesiąca. Wydaje się też, że na decyzji USA o wyjściu z WHO zaważył nie tylko koronawirus. Nie tylko on był przedmiotem rozbieżności. Jest szereg różnych innych spraw, z którymi administracja amerykańska się nie zgadza.

PAP: Niewątpliwie ta decyzja rzutuje na postrzeganie Światowej Organizacji Zdrowia...

Ł.Sz.: Pamiętajmy, że WHO była postrzegana w różny sposób. Przez wiele lat kwestie światopoglądowe były przemycane w różnych aktach prawnych WHO. Ostatnio wspólnie z USA pisaliśmy negatywne stanowisko do jednej z takich akcji. Z drugiej strony WHO działa bardzo sprawnie w krajach trzeciego świata. Propaguje tam wiedzę medyczną, zachowania prozdrowotne. Światowa Organizacja Zdrowia nie jest ani biała, ani czarna.(PAP)

autorka: Klaudia Torchała

tor/ mhr/

CZYTAJ DALEJ

Duda: wygrać wybory prezydenckie przy 70 proc. frekwencji to niebywała wiadomość, jestem wzruszony

2020-07-12 21:09

[ TEMATY ]

prezydent

Andrzej Duda

TVP Info

Wygrać wybory prezydenckie przy 70 proc. frekwencji, to niebywała wiadomość, jestem wzruszony; taka frekwencja wystawia piękne świadectwo naszej demokracji - mówił prezydent Andrzej Duda podczas wieczoru wyborczego w Pułtusku.

Według wyników Exit poll Ipsos w II turze Andrzej Duda uzyskał 50,4 proc., Rafał Trzaskowski - 49,6 proc.

"Niech żyje Polska" - zaczął swoje wystąpienie prezydent, który na scenie pojawił się wraz z pierwszą damą i córką.

"Widzieliście tę wspaniałą frekwencję, prawie 70 proc. - dziękuję z całego serca. Wygrać wybory prezydenckie. przy 70 proc. frekwencji, to jest niebywała wiadomość, jestem ogromnie wzruszony, dziękuje z całego serca wszystkim moim rodakom" - dodał Andrzej Duda.

Dziękował rodakom, którzy poszli do wyborów. "Taka frekwencja wystawia nam piękne świadectwo, wystawia piękne świadectwo naszej demokracji" - dodał prezydent. (PAP)

autor: Mateusz Roszak, Rafał Białkowski, Sonia Otfinowska

mro/ rbk/ sno/ mrr/

CZYTAJ DALEJ

Ważny jest pierwszy krok

2020-07-14 09:14

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

Caritas Archidiecezji Łódzkiej

Caritas Archidiecezji Łódzkiej

Stowarzyszenie „Dom Wschodni” – Domus Orientalis i Caritas Archidiecezji Łódzkiej od kilku lat prowadzą wspólnie projekty wspierające mieszkańców Syrii. W ramach działań pod hasłem „Łódź dla Aleppo” udało się do tej pory wesprzeć m.in. budowę basenu dla dzieci i młodzieży we franciszkańskim ośrodku Terre Sainte w Aleppo, ufundować stypendia naukowe czy pomóc Syryjczykom w rozwoju własnej działalności gospodarczej. Dzięki wspólnemu zaangażowaniu, do kościoła św. Sergiusza i Bakchusa w Maluli w Syrii powróciły ikony, które zawisły w miejscu skradzionych ikon, podarowanych przez generała Władysława Andersa, przebywającego w Maluli podczas II wojny światowej. Stałą inicjatywą jest też comiesięczny „Różaniec za braci” odmawiany w intencji mieszkańców Bliskiego Wschodu. Właśnie rusza program „Pierwszy krok” – mecenat na rzecz rozwoju i edukacji dzieci z Aleppo, w Syrii.

- Sytuacja w Aleppo jest tragiczna – pisze, pracująca we franciszkańskiej parafii św. Franciszka z Asyżu w Aleppo, s. Brygida Maniurka FMM. - Kryzys gospodarczy w całym regionie Bliskiego Wschodu, doprowadził do dramatycznego spadku wartości funta syryjskiego i nagłego wzrostu cen towarów i usług. Rodziny syryjskie żyją w skrajnej nędzy. Nawet ludzie, którzy pracują w urzędzie państwowym i mają w miarę stabilną pracę, nie są w stanie zakupić na cały miesiąc podstawowych produktów, takich jak chleb czy cebula – opowiada franciszkanka z Aleppo, dzięki której, organizowana przez Caritas i Dom Wschodni pomoc, dociera do potrzebujących. A do tego wszystkiego obecny na Bliskim Wschodzie koronawirus, który jest w fazie wzrostu.

W Syrii, podobnie jak winnych krajach, zamknięte są szkoły, a mieszkańcy mają ograniczony dostęp do miejsc publicznych. Drobni przedsiębiorcy musieli zamknąć swoje interesy, a ci, którzy mieli szczęście i pracowali, są teraz bezrobotni. W szczególnie trudnej sytuacji są rodziny, których dzieci powinny we wrześniu wrócić do szkoły. Nie wiadomo czy możliwa będzie normalna nauka. Wiadomo, że szkoły podniosą od września opłaty, niektóre prawie o 100%. Rodzice, którzy i tak ledwie wiążą koniec z końcem zmuszeni są przenosić swoje dzieci do szkoły państwowej, bo nie stać ich było na opłatę prywatnej. W bezpłatnych szkołach publicznych klasy są bardzo liczne, nawet 50-osobowe.

- Od dawna leżał nam na sercu problem edukacji dzieci w Syrii – mówi ks. Przemysław Szewczyk, prezes łódzkiego Stowarzyszenia „Dom Wschodni”, które od lat wspiera mieszkańców Bliskiego Wchodu. - Przy każdej wizycie w Aleppo, s. Brygida opowiadała nam o trudnej sytuacji rodzin i dzieci, które są w szkołach. Jednak ostatnie doniesienia sprawiły, że podjęliśmy decyzję o uruchomieniu programu wsparcia edukacji dzieci i młodzieży. Przyszliśmy z tym do naszych przyjaciół z łódzkiej Caritas i tak narodził się „Pierwszy krok” – dodaje ks. Szewczyk. - Kiedy usiedliśmy nad pomysłem programu stypendialnego dla dzieci z Aleppo, nie mieliśmy wątpliwości, że warto skorzystać z koncepcji sprawdzonego przez lata programu „Skrzydła”, który powstał przed 15 laty w łódzkiej Caritas i stał się programem ogólnopolskim, dzięki któremu kilkanaście tysięcy dzieci w Polsce otrzymało długofalowe wsparcie w zaspokajaniu różnorakich potrzeb edukacyjnych – wyjaśnia ks. Andrzej Partyka, dyrektor Caritas Archidiecezji Łódzkiej. – Dosyć szybko udało się opracować niezbędną dokumentację programu i uzgodnić wszystkie szczegóły z parafią św. Franciszka z Asyżu w Aleppo, która odpowiada za zgłoszenia uczniów do programu i wydatkowanie przekazanych pieniędzy na wsparcie – dodaje dyrektor Caritas.

Jak działa program? Parafia w Aleppo typuje uczniów potrzebujących pomocy, weryfikuje sytuację materialną rodziny i składa wniosek o wsparcie w ramach programu „Pierwszy krok”. Tu, w Polsce, organizatorzy programu przyjmują deklaracje darczyńców - osób prywatnych, firm czy instytucji, którzy zobowiązują się do objęcia opieką ucznia na okres minimum pół roku, z miesięczną darowizną w wysokości 60 złotych, bo program będzie skuteczny, kiedy pomoc będzie długofalowa. Przekazywane środki mają charakter wsparcia stypendialnego, pokrywającego część kosztów związanych z edukacją dziecka. Darczyńcy, którzy nie deklarują długofalowego wsparcia, a chcą wesprzeć program mniejszą kwotą, mogą zasilić tzw. „Skarbonkę” programu, z których opłacane będą korepetycje, wyjazdy czy wyprawki szkolne. Zebrane pieniądze łódzka Caritas przekaże do parafii w Aleppo, która następnie wypłaci wsparcie poszczególnym rodzinom.

Do Caritas i Domu Wschodniego wpłynęły już wnioski o objęcie programem 30 uczniów z Aleppo. Zanim program ruszył na dobre, deklaracje wsparcia złożyło 14 darczyńców, a wśród nich Ksiądz Arcybiskup Grzegorz Ryś, który przez najbliższy rok wspierał będzie edukację 13-letniej Cyntii.

Każdy, kto chce przystąpić do programu „Pierwszy krok” może to zrobić na stronie internetowej programu: www.pierwszykrok.domwschodni.pl lub skontaktować się bezpośrednio z koordynatorem programu w Stowarzyszeniu „Dom Wschodni”: + 48 668 571 976, e-mail: kontakt@domwschodni.pl

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję