Reklama

Wiadomości

Polacy we współczesnym Kazachstanie

Historia jest wielkością ciągłą. Czas obecny wynika z przeszłości, a to, co buduje się jako przyszłość, wyrasta z dnia dzisiejszego

Beatyfikacja ks. Władysława Bukowińskiego jest pierwszą tego typu uroczystością w historii Kazachstanu. Zamknęła pewien rozdział w dziejach tego kraju, a otwiera kolejny. Dla Polaków, którzy nadal przebywają w Kraju Stepów, to ogromna nadzieja, a zarazem poważne spojrzenie za siebie, na czas, który minął, na historię męczeństwa i pokonywania kolejnych trudów życia na ziemi, której nie wybrali sami.

W wyniku masowych deportacji – przymusowych przesiedleń, w latach 1940 – 1941 w Kazachstanie było około 200 tysięcy polskich obywateli. Dokumenty NKWD pozwalają określać tę liczbę na około 80 – 82 tysiące osób polskiego pochodzenia. Polscy badacze twierdzą, że to zdecydowanie zaniżona liczba.

Część z ich opuściła kazachski step w 1942 roku z armią gen. Władysława Andersa, a potem z armią gen. Zygmunta Berlinga w latach 1943 – 1944. Statystyki powrotów Polaków do Ojczyzny ciągle są badane i zmieniane. Przyjmuje się zasadniczo, że na górą półtora miliona wywiezionych do roku 1948, opuściło ZSRR: 114 500 osób w 1942 roku – z armią gen. Andersa; 263 413 osoby na podstawie umów z 1944 i 1945 roku oraz 35 000 z „dywizją Kościuszki”. Ogółem powróciło z głębi Rosji ponad 400 000 Polaków. Przypuszcza się, że duża ich część zmarła do 1948 roku. Setki tysięcy Polaków znajdowało się w więzieniach, łagrach i na zesłaniu.

Reklama

Znaczna część Polaków musiała czekać aż do podpisania umowy repatriacyjnej, co nastąpiło 6 lipca 1945 roku. Na jej podstawie prawo powrotu do kraju uzyskały osoby narodowości polskiej i żydowskiej, które legitymowały się obywatelstwem polskim przed 17 września 1939 roku.

Według danych Urzędu Repatriacyjnego w latach 1946 – 1948 z Kazachstanu do Polski repatriowało się 69 428 osób. W tym: z obwodu ałmaackiego – 2420 Polaków; z akmolińskiego – 3770; z aktiubińskiego – 4000; z czimkienckiego – 10715; z dżambulskiego – 9842; z z guriewskiego – 500; z karagandyjskiego – 4989; z ust-kamienogorskiego – 800; z kustanajskiego – 2985; z kyzyłordyjskiego – 1459; z pietropawłowskiego – 6991; z semipałatyńskiego – 3456; z tałdykurgańskiego – 2324; z obwodów kokczetawskiego i uralskiego – 7250 osób.

Wielu Polakom władze sowieckie odmówiły prawa wyjazdu i powrotu do Ojczyzny. Uzasadniali to najczęściej brakiem właściwych dokumentów, które potwierdzałyby ich tożsamość narodową. Dla nich kolejna szansa wyjazdu pojawiła się dopiero w 1956 roku.

Reklama

O wyjazd, w ramach repatriacji, starała się też pewna grupa przesiedleńców z lat 30. XX wieku, których jednak umowa repatriacyjna nie obejmowała. Byli to żołnierze armii Berlinga, którym po zakończeniu wojny, zgodnie z uchwałą Prezydium Rady Najwyższej ZSRR z dnia 22 czerwca i 14 lipca 1944 roku, umożliwiono pozostanie w Polsce. Wieli jednak z nich powróciło do Kazachstanu, aby zabrać z sobą własne rodziny. Władza sowiecka nie pozwoliła im później na wyjazd. Pozostali obywatelami Związku Radzieckiego. Wyjazdy Polaków i pożegnania z tymi, którzy musieli pozostać na miejscu, były niezwykle dramatyczne. W jednym z opisów rozstań, czytamy: „Wreszcie wszystkie cztery zaprzęgi ruszyły. Wszyscy Polacy, cała wieś Jużnoje szła z nami po śniegowej drodze. (…) Idąc śpiewaliśmy wszyscy polskie stare pieśni religijne: ‘Serdeczna Matko’, ‘Zdrowaś Maryja’. Tak doszliśmy wszyscy do cmentarza i do pamiętnego krzyża. Polacy z Jurnego uklękli na śniegu. Wyciągnęli do nas ręce. Wielki szloch wstrząsnął nimi i nami. Za chwilę myśmy odjechali na Zachód, na męczącą podróż do kraju, a oni zostali, klęcząc na śniegu, mała, zagubiona, czerniejąca na białej pustyni garstka płaczących Polaków”.

Do zesłańców przedwojennych i okresu wojny dołączyli w Kazachstanie – już w marcu 1945 roku – górnicy z Górnego Śląska, oskarżeni o współpracę z Niemcami podczas wojny. Łącznie deportacja Górnoślązaków objęła od 30 tys. do 90. tys. wywiezionych. Nieduża ich część trafiła do Kazachstanu, gdyż rozlokowano ich m.in. w Krzywym Rogu, Doniecku, Dniepropietrowsku, Zagłębiu Kiemierowskiego , w Zachodniej Syberii. Często byli to jedyni żywiciele rodzin – pozostawili w kraju żony i dzieci. Jeden z górników zeznawał: „Dojechaliśmy do Karagandy w Kazachstanie. (…) Po kilku godzinach ponownie zapędzono nas do wagonów i powieziono do obozu w Dżezkazganie . W tym obozie rozładowano cały transport. Usytuowany on był w stepie. Umieszczono nas w barakach, zbudowanych z gliny i trzciny. Część takiego baraku znajdowała się w ziemi, część nad ziemią. Spaliśmy na drewnianych pryczach (zwykłe deski), bez sienników. Przykrywano się jedynie własnym odzieniem. Obozu pilnowali żołnierze sowieccy. Był otoczony podwójnym drutem kolczastym. Na wieżyczkach czuwali strażnicy uzbrojeni w pistolety maszynowe. Powiedziano, że w pobliżu obozu są tartak i huta szkła. Podzielono ludzi do pracy”. Nowi skazańcy dołączyli do grupy doświadczonych już życiem na zesłaniu Polaków.

Liczba Polaków w Kazachstanie dotąd jest niedookreślona. Dotyczy to zwłaszcza Polaków z deportacji z lat 30. XX wieku. Nie znana jest liczba Polaków, którzy zamieszkiwali ten obszar przed 1936 rokiem. Spis ludności z 1926 roku wskazywał, że w Kazachskiej SRR zamieszkuje 1807 osób pochodzenia polskiego. Zdaniem badaczy liczba ludności polskiej w Kazachstanie przed rokiem 1936 nie przekraczała 5 tysięcy osób. Do sowieckich spisów ludności należy podchodzić ostrożnie, gdyż były one manipulowane, a więc są mało wiarygodne. Np. był wymóg, że narodowość ma być wpisana w dowód tożsamości, a większa część Polaków jeszcze w 1959 roku nie miała dokumentów osobistych. Paszporty otrzymali dopiero pod koniec lat sześćdziesiątych, a niektórzy dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku. Jak wspomina jedna z Polek: „Nie wolno nam było wyjeżdżać. Do wojny nas nie sprawdzano, bo znali, że nigdzie nie podziejemy się. Nie było nam wolno, a paszportów ni było aż do 1980 roku. Ciężko nam było wziąć paszporty, bo metryki urodzenia na Ukrainie zostali się. Posyłali my prośby, żeby nam przysłali(…). Jak gdzieś jedziesz weźmiesz ‘sprawkę’ (zaświadczenie), to z nią i jedziesz. A jeździć my nie jeździli za bardzo, bo nawet z początku w Ałmaty nie wolno było jechać. Dopiero jak dali paszporty mogliśmy jeździć.”

Władza miejscowa bardzo często myliła – przypadkowo lub celowo – ludność polską, zapisując ja jako Ukraińców lub Rosjan. Wywierano nadto presję, by zmienić narodowość, szydząc z pochodzenia „paniczów” polskich. Osoby polskiego pochodzenia były postrzegane jako niepewne, podejrzane i nieprzychylnie nastawione do Związku Radzieckiego i całej państwowej ideologii.

W konsekwencji – zgodnie z sowieckimi spisami ludności – liczba Polaków Kazachstanie wynosiła w 1959 roku 53 102 obywateli; w 1970 roku – doliczono się ich więcej: 61 445. Kolejne spisy ludności odnotowały: w 1976 roku – 61 136 osób, a w 1989 roku – 59 956 osób.

Pozostali w Kazachstanie Polacy wzrastali w tę „obcą ziemię” wraz z całymi rodzinami, które tutaj przeżyły, lub które założyli. Ich dzieci, młode pokolenie – dzieci zesłańców – były poddawane indoktrynacji, korzystając z systemu szkolnego i poddane państwowej formacji ideologicznej. Nosiły w sobie wewnętrzny konflikt, który wynikał ze zderzenia się wartości wyniesionych z domów rodzinnych, gdzie pielęgnowano praktyki religijne i przekonania chrześcijańskie, z hasłami i nurtem bezbożnictwa sowieckiego. System wychowawczy radziecki zakładał bowiem ateistyczne wychowanie dzieci już od przedszkola. Było ono kontynuowane w szkole podstawowej, a także miało być wdrożone w szkole średniej i podczas ewentualnych studiów. Kolejne etapy edukacji zależne były od poddania się indoktrynacji, której owoce u poszczególnych uczniów bacznie śledzono. Czyniono to zwłaszcza poprzez organizacje młodzieżowe, do wstępowania do których zachęcano, a nawet niekiedy zmuszano.

Na kazachstańskiej ziemi nadal mieszka wielu Polaków. Po rozpadzie Związku Radzieckiego (1991 r.), zaczęła się zdecydowanie budzić poczucie polskości. Utworzono np. Kongres Polaków Federacji Rosyjskiej, wspomagający polskich organizacji o różnych nazwach. Wspomagała je Macierz, wspierając wysiłki w zakresie odradzania kultury i świadomości etnicznej rodaków. Działalność „Wspólnoty Polskiej” czy Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie” oraz Kościoła katolickiego ożywia tendencje do zorganizowania się wspólnot polskich pozostających w granicach państw postradzieckich.

W Kazachstanie Polacy już wcześniej wykorzystali okres „odwilży” w późnych latach siedemdziesiątych XX wieku. Jan Plater-Gajewski, jako działacz Towarzystwa Polsko-Radzieckiego nawiązał kontakty z Polską Ludową. Zaowocowało to powstaniem w Kazachstanie polskich zespołów ludowych, bibliotek (zorganizowano ich 20), a także wielu klubów przyjaźni polsko-kazachskiej – ogółem 90 oddziałów Towarzystwa Przyjaźni Polsko - Kazachskiej. Organizowały one systematycznie koncerty polskiej muzyki, baletu, wykłady i wieczory (łącznie 52 publiczne polskie wystawy). Po raz pierwszy także udało się zorganizować wyjazdy młodzieży szkolnej do Polski oraz z Polski do Kazachstanu. Odnotowano także w kronikach Towarzystwa odnalezienie 22 rodzin polskich i skojarzenie kilku rozdzielonych małżeństw.

W 1975 roku wprowadzono lektoraty języka polskiego na Wydziale Filozofii i Historii Uniwersytetu w Karagandzie. Z inicjatywy Towarzystwa wprowadzono także naukę języka polskiego w miejscowej Politechnice oraz na wyższej Szkole Pedagogicznej. Organizowano kursy języka polskiego w szkołach, instytucjach i urzędach. Powstały samouczki dla samodzielnie podejmujących naukę języka polskiego. Z Kraju przekazano 50 egzemplarzy elementarza i 16 pełnych kompletów odpowiednich pomocy naukowych. Brakowało jednak polskich nauczycieli. Zaczęto upominać się o przyznanie Polakom w Kazachskiej SRR większych uprawnień, kierując kolejne listy i memoriały do władz centralnych w Moskwie. W jednym z nich J. Plater-Gajewski wskazywał, że Polacy pozostają dyskryminowana mniejszością narodową w Republice Kazachskiej. Jeden z listów, adresowanych do L. I. Breżniewa, został opublikowany w 1979 roku w niezależnym polskim piśmie katolickim „Spotkanie” i był ważnym elementem budowania świadomości Polaków w Kraju o potomkach zesłańców w odległych obszarach Imperium Sowieckiego.

Zmiany i nadzieje na trwającą „odwilż” nie trwały długo, gdyż po 1980 roku, wraz z powstaniem i rozwojem w Polsce Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”, władza sowiecka zakazała utrzymywania dalszych kontaktów z Polakami w Kraju. Zaczęto ich znowu traktować jako wrogów komunizmu i państwa sowieckiego.

Istotne zmiany miały dopiero nadejść wraz z ogłoszeniem przez Kazachstan niepodległości i rozpoczęciem procesu budowania własnej, suwerennej państwowości. Sama transformacji ustrojowa początkowo pogorszyła sytuację ekonomiczną społeczeństwa, także Polaków. Nastąpiła redukcja miejsc pracy, powstały zaległości w wypłacaniu wynagrodzeń i świadczeń socjalnych. Inflacja p[ochłonęła oszczędności ludzi. Nieuzasadnione przerwy w dostawie prądu, wody, ogrzewania i gazu i podstawowych artykułów żywnościowych spowodował drastyczne obniżenie się poziomu życia.

Niepokojącym dla Polaków w Kazachstanie było wprowadzenie ustawy o języku państwowym, którym miał być język kazachski – chociaż uczy się go w szkole, to niewielu go zna. Dawała o sobie znać długoletnia sowietyzacja, wynarodawianie i niszczenie kultury Kazachów.

Powoli, ale następowało jednak odrodzenie się Kościoła katolickiego, zarówno w Rosji, jak i w krajach, które tworzyły były Związek Radziecki. Na całym obszarze Wspólnoty Niepodległych Państw żyje około 8 – 9 miliona ludzi, którzy mają polskie pochodzenie. Duża część z nich nie jest tego nawet świadoma.

W Kazachstanie oficjalne spisy ludności w 1989 roku mówiły o 59 956 osobach stanowiących polską diasporę. Były to osoby, które przyznawały się do polskiego pochodzenia.

W latach 80. i 90. XX wieku do głównych skupisk Polaków w Kazachstanie należały: obwód kokczetawski i akmoliński. Do większych skupisk Polaków należały: Jasna Polana, Zielony Gaj, Kalinówka, Wiśniowce, Podolski, Donieck, Konstantynówka, Nowohreczanowce oraz miasta: Kellerowka, Krasnoarmiejsk, Cąkałów oraz Kokczetaw. W obwodzie akmolińskim skupiska Polaków były mniejsze, stanowiąc 11 miejscowości, w tym: Pierwomajka, Nowokubanka, Kamionka. Inny okręg skupiający Polaków to okolice Ałma Aty, szczególnie wioski: Dmitrijewka i Oktiabr. W samej Ałma Acie pod koniec lat 80. było około 7 tysięcy Polaków, co stanowiło 0,6 procent ogółu mieszkańców tego miasta. Trzecim okręgiem skupiającym Polaków była Karaganda, z dzielnicą Michajłowka oraz okolice Karagandy. W samym mieście mieszkało około 3800 Polaków, co stanowi około 0,6 procent wszystkich mieszkańców. Niewielka skupiska Polakó1) można też spotkać w obwodzie kustanajskim i tałdy-kurgańskim, a także w okolicach Ust’Kamienogorska i Pietropawłowska oraz w innych obwodach, jak: aktiubiński, gurjewski, dżambulski, dżezkazgański, kzyłordyński, semipałatyński, burgaski, uralski i czymkencki.

Najwięcej osób polskiego pochodzenia mieszka w rejonie tajszyńskim, w obwodzie północnokazachstańskim. Zajmują oni tutaj drugie miejsce, po Kazachach, co do liczby mieszkańców sklasyfikowanych narodowościowo. Nazywany jest on „małą Polską”. Aż 22,82 procent ludności to ludnośc o polskich korzeniach. Granicach administracyjnych tego obszaru leży wiele miejscowości zamieszkałych przez Polaków. Jedna z nich, wieś Oziornoje, nazywana jest „Warszawą”. Liczy 700 mieszkańców, z czego 70 procent to potomkowie Polaków, zesłanych w latach trzydziestych z Ukrainy. Wielu pamięta jeszcze deportacje, chociaż więcej opowiadań to już jedynie przekazy ustne i zapamiętane przez potomków opowieści.

Po 1989 roku nastąpił liczebny spadek zbiorowości polskiej w Kazachstanie. Ostatni spis ludności, z 2009 roku, wykazał, że tylko 34 057 osób zadeklarowało polskie pochodzenie. W porównaniu z rokiem 1999 liczba ta zmniejszyła się o 13 245 osób. Zmianom narodowości sprzyjała ogólne sytuacja społeczna. Często decyzję taką podejmowano ze strachu, niekiedy z własnej inicjatywy – aby móc przeżyć lub mieć możliwość awansu społecznego lub zawodowego. Można więc spotkać w Kazachstanie osoby o polskobrzmiących nazwiskach, ale narodowości rosyjskiej lub innej niż polska. Jak zauważył jeden z badaczy: „Jeżeli ktoś zdecydował się zmienić swoją narodowość, swoją wiarę na inną, bardziej właściwą, to od razu zaczynało mu się żyć lepiej. Na szczęście takich było niewielu. Każde zaprzaństwo wiary i narodowości wśród swoich ziomków zawsze uważano za przestępstwo natury moralnej i właściwie zawsze uchodziło za hańbę i wstyd”.

Warunki życia Polaków w Kazachstanie nie odbiegają, na początku XXI wieku, radykalnie od średniej krajowej. Najtrudniej żyje się jednak na obszarach wiejskich, ale Polacy są już zahartowani do radzenia sobie w rolnictwie. To Polacy uczestniczyli przez całe dziesiątki oat w zagospodarowywaniu stepów, rozwijali rolnictwo, ale ich rola nie została doceniona. Nie wspomina się o tym w żadnym podręczniku historii Kazachstanu. Ten kraj był, za czasów Związku Sowieckiego, zapleczem zbożowym, nazywany „spichlerzem ZSRR”.

Rada Najwyższa Kazachstanu, 14 kwietnia 1993 roku, zatwierdziła „Ustawę o rehabilitacji ofiar masowych represji politycznych”. Na jej podstawie przyznano, także kazachskim Polakom, rekompensatę pieniężną za okres od 1936 do 1956 roku oraz dodatkowe ulgi na transport, usługi energetyczne i telefoniczne.

Obecna polityka Kazachstanu ma pewną tendencję nacjonalistyczną: na kierownicze stanowiska w administracji i w innych instytucjach publicznych mogą być powoływani tylko rdzenni mieszkańcy. Spoza Kazachów osoba może zostać najwyżej zastępcą lub pełnić inną, nie kierowniczą funkcję. Bardzo rzadko zdarzają się wyjątki, ajk np. ten, że rejonie tajszyńskim przez kilka lat akimem (nadzorcą terytorialnej władzy administracyjnej, przedstawiciele prezydenta i rządu) był Anatol Makowiecki, syn deportowanych Polaków z Ukrainy. W 2012 roku uzyskał on, w wyniku wyborów parlamentarnych, mandat deputowanego Mażalasu (niższej izby parlamentu).

Temat Polaków w Kazachstanie ciągle powraca, chociażby w kontekście polityki imigracyjnej Państwa Polskiego. Podejmowane są wysiłki, by ożywić kontakty między Polską a Kazachstanem, co z pewnością wpływa na sytuację ludności polskiej w Kraju Stepów. Historia zatoczyła koło i znowu pojawia się możliwość naprawienia krzywd, które zesłańcy i ich potomkowie, noszą w swym sercu. Początkiem musi być jednak poznanie ich historii i obecnej sytuacji. A przyszłość polskiego domu na stepach Kazachstanu zależy ciągle od wielu decyzji i działań, które dopiero są przed nami.

2016-10-12 08:50

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

105 lat temu do Warszawy wkroczyły wojska Cesarstwa Niemieckiego

2020-08-05 07:29

[ TEMATY ]

historia

CBN Polona

Wojska niemieckie w Warszawie. 09.08.1915. Źródło: CBN Polona

105 lat temu, 5 sierpnia 1915 r., do Warszawy wkroczyły wojska Cesarstwa Niemieckiego. Dzień ten oznaczał koniec rosyjskiego panowania, a jednocześnie początek nowej okupacji. Mieszkańcy miasta z niepewnością spoglądali w przyszłość.

O poranku 5 sierpnia 1915 r. mieszkańców Warszawy zbudził huk, którego miasto nie słyszało w swojej dotychczasowej historii. Wojska rosyjskie w odstępie kilkudziesięciu minut wysadziły wszystkie warszawskie mosty na Wiśle. Pierwszy zniszczony został oddany do użytku dwa lata wcześniej Most im. Cesarza Mikołaja II, nazywany przez warszawian „trzecim mostem” lub „mostem Poniatowskiego” (w 1913 przypadała setna rocznica śmierci księcia Józefa). Godzinę później, tuż po siódmej rano, eksplodowały ładunki wybuchowe na Moście Aleksandryjskim (Kierbedzia). Na koniec wybuchł most kolejowy przy Cytadeli – jedyne tego typu połączenie zachodniej i wschodniej części miasta.

W tym czasie niemal całość sił rosyjskich była już na Pradze. Świadkowie wydarzeń z 5 sierpnia wspominają, że eksplozje obudziły garstkę rosyjskich oficerów, którzy ostatnią noc w Warszawie spędzali w luksusowych hotelach. Prawdopodobnie wpadli w ręce Niemców. Ich obecność była już tylko obiektem żartów warszawskiej ulicy, która zapomniała, że dokładnie rok wcześniej Rosjanie wyruszający na front żegnani byli kwiatami i postrzegano ich jako „naszych”, którzy idą walczyć z niemieckim barbarzyństwem.

Po raz pierwszy od kapitulacji wojsk powstańczych w 1831 r. Warszawa była wolna. Już w nocy z 4 na 5 sierpnia władzę w lewobrzeżnej stolicy przejął Komitet Obywatelski Warszawy pod przewodnictwem księcia Zdzisława Lubomirskiego. Ulice patrolowała Straż Obywatelska. Po głównych arteriach jawnie defilowali członkowie tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej. W kontekście brutalności tej wojny może zaskakiwać oburzenie, z jakim „Tygodnik Ilustrowany” informował, że ostatni rosyjski prezydent miasta Aleksander Müller pozostawił Lubomirskiemu środki na zaledwie dwa miesiące funkcjonowania stolicy. Prawdopodobnie dzięki wpływom Lubomirskiego Rosjanie zrezygnowali z zastosowania taktyki spalonej ziemi w pełnej skali. Wbrew planom nie zniszczyli gazowni, elektrowni ani centrali telefonicznych. Ich łupem padało jednak wyposażenie fabryk i ich robotnicy, których tysiące przymusowo ewakuowano na wschód.

Niewielkie straty przyniosły cztery niespokojne dni, które nastąpiły po 5 sierpnia. Rosjanie opuścili tylko lewobrzeżną Warszawę i z Pragi prowadzili ostrzał drugiego brzegu. Pociski wybuchały m.in. na Krakowskim Przedmieściu i placu Zamkowym. Miasto atakowały również rosyjskie samoloty. Mieszkańcy znali już niebezpieczeństwo ataku z powietrza. W minionych miesiącach niemieckie samoloty i sterowce bombardowały strategiczne punkty miasta, m.in. dworce kolejowe oraz Cytadelę.

Wszystkie wspomniane znienawidzone nazwy rosyjskie, nadawane na cześć monarchów mieniących się w swojej tytulaturze „królami Polski”, niemal natychmiast odeszły w niepamięć. W kolejnych miesiącach i latach podobny los miał spotkać inne symbole rosyjskiego panowania – nazwy ulic, pomniki, szyldy, niemal wszystkie prawosławne świątynie i bizantyńską architekturę. Z miasta zniknęły też tysiące jego mieszkańców – wojskowych, urzędników, nauczycieli, profesorów ewakuowanych uczelni i duchownych prawosławnych. „Popłoch między Rosjanami umykającymi na Pragę był tak wielki, że furgony, na których uciekali, nie mogły pomieścić wszystkich zbiegów. Obok dygnitarzy sądowych, częstokroć bez czapek na głowach, sadowili się ich woźni, sołdaci bez broni, żony czynowników z dziećmi. Nierzadko na tych furgonach spostrzegano trzodę chlewną, stosy bochenków razowego chleba, sprzęty domowe, malowidła świętych dźwigane przez popów. Wszystko to przedstawiało groteskowy obraz strwożonej, tchórzliwej gromady, szukającej ratunku w ucieczce przed groźnym, żądnym zemsty i łupów wrogiem” – opisywał publicysta i historyk Aleksander Kraushar w krótkim dziele „Warszawa podczas okupacji niemieckiej 1915–1918. Notatki naocznego świadka”.

Początek okupacji wcale nie przypominał dumnego zajęcia przez zwarte i niepokonane siły armii słynącej z dyscypliny. Około południa przy rogatkach Warszawy pojawiły się pierwsze patrole niemieckie. „Miało się przed sobą gromady niezgrabnych, zgłodniałych, brudnych, w zabłoconych butach i szarawarach żołdaków, którym z oddalenia przypatrywały się liczne rzesze mieszkańców, niepewne losu, jaki miał spotkać zajętą bez walki stolicę” – pisał Kraushar. Niemcy dostrzegając fatalny stan higieny rosyjskich żołnierzy, spodziewali się, że mieszkańcy do spraw czystości przykładają równie niewielką wagę. W pierwszych dniach na murach Warszawy pojawiły się nawet skierowane do niemieckich żołnierzy informacje, w których ostrzegano przed takimi zagrożeniami jak choroby weneryczne. Jak pisał Kraushar, po kilku dniach niemieccy oficerowie „odłożyli szpicruty” i nieco przyjaźniej patrzyli na zajęte miasto i jego mieszkańców. Doceniali także warszawskie restauracje, kawiarnie i domy publiczne.

W ciągu kolejnych trzech lat Niemcy nie wzbudzili zbyt wielkiej sympatii. Dominowały nieufność i dystans. Jednak w przeciwieństwie do wielu zakątków Królestwa Polskiego nie posuwali się do represji wobec ludności cywilnej lub grabieży własności prywatnej. Jednak do ostatnich dni okupacji prowadzili rabunkową politykę gospodarczą.

Warszawa pod rosyjskim panowaniem była miastem bogacącym się i coraz bardziej dostatnim. Pierwsze miesiące wojny wzbogaciły wielu robiących interesy na dostawach dla armii rosyjskiej. Tuż po wkroczeniu wojsk niemieckich przed sklepami pojawiły się kolejki, szalała inflacja i spekulacja cenami podstawowych produktów. Na ulicach przebywało również wielu żebraków, często byłych robotników pozbawionych zatrudnienia. Spadł także ruch uliczny. Nowi okupanci rekwirowali wozy, konie i nieliczne samochody. Ku zadowoleniu mieszkańców rozpoczęli też zacieranie śladów rosyjskiego panowania. Ich łupem padł pozłacany, miedziany dach Soboru św. Aleksandra na placu Saskim. Do jesieni 1917 r. zburzono rosyjskie pomniki – m.in. Iwana Paskiewicza, który stał przed Pałacem Namiestnikowskim, i wyjątkowo znienawidzony pomnik oficerów-lojalistów poległych w Noc Listopadową na placu Jana Henryka Dąbrowskiego (wówczas plac Zielony). Niemcy uważali, że likwidacja carskich monumentów zapewni im sympatię Polaków. Złom z pomników i cerkwi zasilał zaś ich przemysł wojenny.

W 1915 r. w Niemczech ukazała się książka politologa Friedricha Naumanna „Mitteleuropa”. Jej myślą przewodnią było stworzenie wielkiej strefy państw Europy Środkowej uzależnionych gospodarczo i militarnie od zwycięskich państw centralnych. Polska, Ukraina i kraje bałtyckie miały się cieszyć niezależnością kulturową i administracyjną. Koncepcja Naumanna szybko zyskała przychylność niemieckich kręgów politycznych. Szybko zdali sobie sprawę, że przepędzenie Rosjan nie przysporzy im sympatii Polaków i konieczne są kolejne kroki mające przygotować grunt pod powołanie uzależnionego od Berlina i Wiednia państewka polskiego.

Już 15 listopada 1915 r. w obecności niemieckiego gubernatora gen. Hansa von Beselera zainaugurowano rok akademicki na odrodzonym Uniwersytecie Warszawskim. W tym samym roku miejsce Warszawskiego Instytutu Politechnicznego Cesarza Mikołaja II zajęła Politechnika Warszawska. 3 maja 1916 r., w 125. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja, ulicami stolicy przeszła gigantyczna manifestacja patriotyczna. Była to pierwsza legalna uroczystość tego rodzaju od upadku Powstania Listopadowego. W sierpniu tego samego roku pod murami Cytadeli odsłonięto kamień i krzyż upamiętniające Romualda Traugutta i pozostałych członków Rządu Narodowego. W teatrach wystawiano dramaty zakazane pod panowaniem rosyjskim. Wielką popularnością cieszyła się m.in. „Noc listopadowa” Stanisława Wyspiańskiego. Każdy spektakl poprzedzało odśpiewanie „Boże, coś Polskę”. W kinach pojawiały się sensacyjne romanse, takie jak „Ochrana warszawska i jej tajemnice”. Warszawianie wykorzystywali te gesty okupantów, ale wciąż patrzyli na nich z ogromną nieufnością. O tej postawie decydowała nie tylko „tradycyjna” niechęć wobec Niemców, ale również przeświadczenie, że ewentualny pokój może oznaczać powrót Rosjan i zemstę na zwolennikach współpracy z Niemcami. Dopiero pod koniec 1917 r. zagrożenie to przestało być realne.

Zaufania nie wzbudzały też pełne obłudy przemówienia niemieckich polityków. W sierpniu 1915 r. kanclerz Rzeszy Theobald von Bethmann Hollweg w przemówieniu przed Reichstagiem powiedział, że okupacja Warszawy zwiastuje początek nowej ery współpracy polsko-niemieckiej. Podkreślał również swój szacunek wobec polskiej walki z rusyfikacją. Tymczasem warszawianie i pozostali mieszkańcy ziem polskich okupowanych przez Niemców mieli w świeżej pamięci zniszczenie Kalisza oraz prześladowania polskich uczniów w zaborze niemieckim.

Nieco lepiej w kontaktach z polskimi elitami radził sobie generał-gubernator warszawski von Beseler. Udało mu się wynegocjować powstanie Tymczasowej Rady Stanu i Rady Regencyjnej w składach reprezentujących stosunkowo duży autorytet społeczny. Wbrew naciskom niemieckiego dowództwa, głównie niechętnych mu Paula von Hindenburga i Ericha Ludendorffa, nie widział jednak większych szans na powołanie polskiej armii, która mogłaby odegrać w tej wojnie jakąkolwiek rolę. W liście do kanclerza Rzeszy stwierdził, że Polacy mogą być jedynie siłą policyjną odciążającą wojsko niemieckie.

Symbolem polsko-niemieckiej nieufności była zorganizowana przez Beselera uroczystość ogłoszenia Aktu 5 listopada na Zamku Królewskim w Warszawie. Niemcy musieli wykonać ogromy wysiłek, aby polska prasa poddana cenzurze pisała o „wskrzeszeniu Polski” z entuzjazmem, a sama koncepcja odbudowy państwa pod skrzydłami Niemiec cieszyła się choćby ograniczonym poparciem polskich elit. Aleksander Kraushar wyraził opinię przytłaczającej większości obserwatorów tej uroczystości – Beseler był postrzegany tylko jako nieco „lepsza wersja” rosyjskich urzędników, którzy wykorzystywali sale Zamku Królewskiego od prawie stu lat. „Ukryta w kącie sali niemiecka orkiestra wojskowa odegrała +Boże, coś Polskę+ i „Jeszcze Polska nie zginęła”. Ogarnęło nas wszystkich dziwne uczucie. Byliśmy świadkami aktu o doniosłym znaczeniu pierwszego kroku w stronę wolności. Przywracano nam część naszej ojcowizny […] jednakże pod czujną strażą, która mogła przemienić się w najgroźniejsze jarzmo, jakie nam nałożono. Cała ta scena, historyczna sala, tłum polskich notabli, aroganckie postaci teutońskich najeźdźców, ukochane pieśni narodowe grane przez niemieckich maruderów – czyż nie był to jakiś koszmar senny” – opisywał jeden z uczestników uroczystości.

Co ciekawe, także w Niemczech Akt 5 listopada, mimo że w krótkiej perspektywie nie niósł istotnych konsekwencji politycznych, wywołał ogromną krytykę i zmasowany atak konserwatywnych polityków na Beselera. Powtarzano, że Niemcy powinni walczyć wyłącznie we własnym interesie, a nie oddawać zdobyte ziemie Polakom. Beseler zdawał sobie sprawę, że jego polityka ustępstw przysparza mu wrogów i nie daje gwarancji powodzenia. „Mój Boże, jak ci ludzie są podejrzliwi! Ale trudno się temu dziwić po stuletniej niewoli” – zapisał, tłumacząc swoje stosunki z polskimi politykami. W prywatnych rozmowach z Polakami dodawał: „Wszyscy jesteście poetami”. Wyrażał w ten sposób swój dystans wobec polskiego romantyzmu i rzekomego braku umiejętności skutecznego zarządzania państwem.

Zimą 1916 r. Niemcy zdobyli się na kolejny symboliczny gest. 1 grudnia do Warszawy wkroczyły Legiony Polskie. Miały to być potwierdzenie realizacji zamiaru powołania armii polskiej i kolejna manifestacja mająca zjednać mieszkańców miasta i całego Królestwa Polskiego do idei współpracy z Niemcami. Mimo że Legioniści byli pierwszą od 85 lat polską formacją wojskową defilującą na ulicach Warszawy, to nie wzbudzili spodziewanego entuzjazmu. Dominowały obojętność lub ostrożne zaciekawienie. „Coś chwytało za gardło i oczy przesłaniało chmurą. Czyli to przeszłość zmartwychwstaje i błyska, aby znów zgasnąć, czyli to zwiastuny wolności, ci nasi spod innego znaku, niegdyś tak potępieni” – zapisała Maria Lubomirska, żona prezydenta stolicy ks. Zdzisława Lubomirskiego.

W roku 1917 uwagę mieszkańców przyciągały kryzys przysięgowy i strajk studentów uczelni warszawskich, którzy domagali się zapewnienia przez władze pełnej autonomii Uniwersytetu i Politechniki. Dla niemal wszystkich głównym celem było jednak przetrwanie. Warunki życia w mieście pogarszały się z każdym miesiącem przybliżającym koniec wojny.

Pokój brzeski z lutego 1918 r., który oddawał część ziem wschodnich Królestwa Polskiego Ukrainie, ostatecznie skompromitował ideę odbudowy państwa w oparciu o porozumienie z Niemcami. Polacy nie zaprzepaścili jednak kolejnych kilku miesięcy i kontynuowali budowę instytucji państwowych . Gdy w listopadzie 1918 r. kończyła się trwająca trzy lata okupacja niemiecka, w Warszawie funkcjonowały polskie szkolnictwo, organizacje polityczne, rząd, sądy, zaczątki administracji państwowej, samorządowej i armii. Postawa zupełnie załamanego Beselera, a także niemal wszystkich zrewoltowanych niemieckich żołnierzy i oficerów, którzy pragnęli tylko powrotu do domów, zadecydowały o niemal bezkrwawym końcu niemieckiego panowania w stolicy. Niewiele ponad dwie dekady później część mieszkańców miasta spodziewała się, że nowa okupacja niemiecka będzie co najwyżej nieco surowsza od tej, której symbolem był generał- gubernator Beseler. Z perspektywy doświadczeń lat I wojny światowej niemiecki terror lat 1939–1944 był jednak niewyobrażalny.

CZYTAJ DALEJ

Dwóch księży i raper parodiują znany hit "Przejmujemy jutuby"

2020-08-07 10:30

[ TEMATY ]

muzyka

muzyka chrześcijańska

youtube.com/wzn

"Przejmujemy jutuby" po katolicku? Teraz to możliwe!

Heres i Piotrek z grupy Wyrwani Z Niewoli wraz z dwoma księżmi Adamami nagrali katolicką wersję znanego hitu. Jak brzmi on z chrześcijańskimi wartościami na pierwszym planie? Posłuchajcie!

Jak piszą twórcy przeróbki:

Stworzenie oryginału piosenki „Przejmujemy jutuby”: jej nagranie, teledysk i montaż zajęło 24h. My podjęliśmy się wyzwania stworzenia parodii, która w całości zajęła nam 10h, ale jakby wiadomo nam było łatwiej.

Mamy nadzieję, że ta PARODIA dostarczy Wam uśmiechu i trochę przemyśleń.

Pax et bonum. Dzięki, że jest Was coraz więcej

Kocham Boga! Jezu dziękuje za to,że stworzyłeś takich wspaniałych ludzi!! - czytamy w komentarzach pod utworem

CZYTAJ DALEJ

Kard. Czerny: Amazonia to raj palony i pustynniejący

2020-08-08 08:18

[ TEMATY ]

Querida Amazonia

vaticannews.va

Amazonia jest miejscem zagrożonym, a jego mieszkańcy żyją bezradni „w raju, który jest palony i pustynnieje” – uważa kard. Michael Czerny, podsekretarz Sekcji Migrantów i Uchodźców w Dykasterii ds.Integralnego Rozwojowi Człowieka.

Postsynodalna adhortacja apostolska Franciszka „Querida Amazonia” stała się prawdziwym i właściwym „listem miłości dla tego zranionego raju, dla jego synów i córek, którzy tak bardzo cierpią i są narażeni na zagrożenia” – stwierdził kardynał. Dodał, że dokument ten jest głosem Kościoła, który „walczy, zachowuje i strzeże” oraz „ucieleśnia się w Amazonii”. Zwrócił uwagę, że rozpoczęte na Synodzie „wspólne wędrowanie” nadal trwa, a Dykasteria, w której pracuje, jest bezpośrednio zaangażowana w działania na rzecz wcielania w życie wytycznych synodalnych.

Zdaniem amerykańskiego purpurata kurialnego „w Amazonii jest wielu migrantów z zewnątrz, uchodźców wewnętrznych, ofiar handlu ludźmi”. Do najważniejszych tematów, dotyczących tego regionu, należy też zaliczyć tradycyjne przemieszczanie się miejscowych grup wzdłuż szlaków rzecznych i leśnych (niekiedy przerwanych), jak również opuszczanie wiosek, chaotyczną urbanizację i wykorzystywanie tych miejsc jako korytarzy migracyjnych.

„Ponad pięćdziesiąt lat byłem jezuitą, a moją misją było służenie wierze i krzewienie sprawiedliwości” – wspomniał dalej podsekretarz Dykasterii. Zaznaczył, że obecnie, gdy został kardynałem, ta jego misja jeszcze bardziej się wzmogła, aby służyć Kościołowi, jeszcze ściślej współpracując z papieżem. „Mógłbym chyba powiedzieć, że czuję się powołany do jeszcze większego otwarcia ramion, to znaczy do jeszcze szerszego angażowania się na rzecz tych, którzy są głodni i spragnieni sprawiedliwości” – oświadczył purpurat kurialny.

Jako sekretarz specjalny tamtego zgromadzenia Synodu spotykał i wysłuchiwał wtedy wielu spośród tych „spragnionych”, dodając, że były to dni pełne słuchania, modlitwy i rozeznawania, niemal dosłownie dotykania „bogactwa różnorodności w naszym Kościele”, który wychodzi „ku ludom tubylczym, przeżywa z nimi cierpienia, nadzieje i niesie ich w swym sercu”.

Kardynał wskazał, że Dokument Końcowy Synodu Biskupów jest właśnie wynikiem tego długiego procesu wzajemnego przyglądania się sobie, rozpoczętego na etapie przygotowawczym przez Panamazońską Sieć Kościelną (REPAM). Na tym etapie wysłuchano ponad 87 tys. osób. I z tego Dokumentu wypływa „Querida Amazonia”, przy czym obu tych tekstów nie można uważać za materiały oddzielne. Dokument Końcowy jest wynikiem „rozeznania dokonanego przez zgromadzenie plenarne i jest zasadniczo propozycją lub programem duszpasterskim”, podczas gdy adhortacja jako nauczanie papieskie „dostarcza wytycznych, inspiruje, oświeca i rzutuje te uwagi na cały Kościół” – wyjaśnił kard. Czerny.

Podkreślił, że jest to skarb, który ma być dowartościowany w najszerszych wymiarach, a zarazem w konkretach swych propozycji. Hierarcha przypomniał, że Dokument Końcowy zawiera prawie 200 konkretnych propozycji, których ogromną większość stanowią nowe podejścia lub odnowienie tych, które już istniały. Adhortacja posynodalna natomiast jest wezwaniem do „integralnego nawrócenia” osób ku realizacji tego, czego pragnie, szczególnie w odniesieniu do regionu panamazońskiego, papieska encyklika „Laudato si'”.

Mówi ona o „czterech marzeniach”: przede wszystkim „społecznym”, a więc włączeniu do tego procesu wszystkich ludów Amazonii, wypływającym z refleksji nad sprawiedliwością, pokojem i całością stworzenia; winno się to przejawiać w „projektach, przestrzeniach i sojuszach na rzecz obrony najbardziej bezradnych, ludów, ich życia, godności i praw”. Drugie to „marzenie kulturalne”, częściowo już urzeczywistniane w konkretnych doświadczeniach wielu zgromadzeń zakonnych, które zyskuje tu nowe bodźce w postaci działalności misyjnej „w perspektywie interkulturacji, w której bogactwo i piękno różnych kultur, ich postrzeganie świata ujawniają się i jaśnieją w duchu spotkania, dialogu i towarzyszenia”, nie tracąc przy tym z pola widzenia tożsamości Kościoła.

Kolejne marzenie – „ekologiczne” – gromadzi wszystkie sugestie encykliki i prowadzi do konieczności rozpoznawania, „jakie działania, programy i procesy formacyjne mogą być realizowane zarówno na płaszczyźnie oświatowej, duchowej lub społecznej, jak i w działaniach na rzecz obrony [środowiska]”. I wreszcie „marzenie kościelne” jest najbardziej związane „z naszą rzeczywistością Kościoła i życia religijnego”. Pójście za tym marzeniem oznacza „nadanie nowych twarzy Kościołowi, zwłaszcza oblicza amazońskiego” i tym samym „wzbogacenie Kościoła powszechnego” – podkreślił rozmówca kwartalnika.

Na zakończenie wskazał, że chodzi tu o odwagę wychodzenia na nowe szlaki, o docieranie do „najodleglejszych wspólnot, poznawanie języków indiańskich i szanowanie kultur” z jedynym i dokładnie określonym zamiarem „dotarcia do serc ludów z Dobrą Nowiną Jezusa”. I „w tych czasach wielkiej rozpaczy” należy spoglądać na kryzys w Amazonii jako na „wezwanie do nadziei chrześcijańskiej”, budując „przestrzenie spotkania i ucząc się przyjmowania nadziei, którą Pan wlewa w nasze serca w dialogu” i w ten sposób należy odpowiedzieć na „wezwanie do dalszego marzenia” – zakończył swą wypowiedź kard. Czerny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję