Reklama

Polska

Tylko orły

To będzie zaledwie kilka wrażeń, parę wspomnień, może nieco bezładnych, ale przecież emocje uładzone i skatalogowane przestają być emocjami. – A myśmy go kochali, wielu go kochało, to była odpowiedź na miłość, którą nam dawał, którą promieniował – mówią Ewa i Grzegorz Pacakowie

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Wraca do mnie teraz często wspomnienie sprzed 9 lat i mocny męski głos w słuchawce telefonu.

– Witam, tu ojciec Jan Góra...

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

– Ten Jan Góra? – zapytałem.

– Taaak – przeciągłe potwierdzenie. – Czy ty robisz chusteczki? – zapytał, bo miał zwyczaj od razu przechodzić na ty.

Wyjaśniłem, że żona owszem. – A zrobicie mi chusteczki papieskie?

– A skąd ojciec wie, że my robiliśmy już chusteczki dla Papieża? – zaripostowałem natychmiast. Zamilkł, a potem powiedział krótko: – Za trzy godziny jestem u was!

Ewa i Grzegorz Pacakowie, przedsiębiorcy z Częstochowy, rodzice dwóch synów, mówią, że serdeczna przyjaźń z nietuzinkowym zakonnikiem odmieniła życie całej ich rodziny i przenicowała duchowo ich samych. Bo jak o. Góra wkraczał w czyjąś rzeczywistość, to nie czynił tego połowicznie, niezauważalnie. Jego nazwisko odzwierciedlało jego rozmach, także ten duchowy, charyzmę, styl bycia. Dla nich jednak – tak jak zapewne dla sporej grupy ludzi osieroconych przez o. Jana Górę – był najzwyczajniej w świecie ciepłym, dobrym i mądrym człowiekiem, z którym chciało się gadać, być obok, uczestniczyć w jego działaniach. Tak po prostu...

Obecność

Siedzimy w ich domu, przy stole zarzuconym zdjęciami, pamiątkami, książkami. Wspomnienia przychodzą same, wystarczy słuchać.

Reklama

Grzegorz: – Jaka była ta przyjaźń? Powiem krótko: gdy nie wiedziałem, co zrobić, dzwoniłem do ojca. Gdy nie umiałem podjąć decyzji albo biłem się z myślami, dzwoniłem do ojca. Przyjeżdżał do nas jak do swoich. W drodze na sylwestra na Jamną, w Boże Narodzenie, w drodze na Jasną Górę. Nie zliczę, ile razy...

Ewa: – Szybko stał się członkiem naszej rodziny. Pamiętam, jak zawsze w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia zjawiał się u nas ze swoją ekipą. Byliśmy jego częstochowskim przyczółkiem. W ubiegłym roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, wprowadziliśmy się do nowego domu. Ojciec miał go poświęcić. Tak byliśmy ciekawi, czy mu się w nowym miejscu spodoba. Tak czekaliśmy na tę wizytę...

Grzegorz: – Nawet ciuchy mu wybieraliśmy. Przez ostatnich 9 lat, jeśli chodził w czarnej koszulce, to była „nasza” koszulka. Sam ją sobie zresztą zaprojektował – z dyskretnym logo Lednicy, Janem Pawłem II i rybką lednicką. – Jak mu dałem dwa podkoszulki, to chodził w nich przez pół roku. Jeden prał, drugi miał na sobie. Jak mu dałem tuzin, robił tak samo. Nie przywiązywał się do rzeczy materialnych. One miały jedynie czemuś służyć.

Reklama

Ewa nazywa o. Jana nauczycielem życia i wspomina, jak potrafił stawiać do pionu ich synów. – Korygował zachowanie. Z taką samą życzliwą szczerością podchodził zarówno do zwykłego szaraka, jak i do ministra. Nikogo nie udawał. Lgnęliśmy do niego. Jeździliśmy zawsze na Lednicę i na Jamną. Tylko raz nie pojechaliśmy, jak syn Mikołaj miał I Komunię św. Ale wtedy Lednica przyjechała do Pacaków. O. Jan „nasłał” na nas telewizję. Byliśmy jedną z czterech rodzin w Polsce, które miały mówić o spotkaniu pod Bramą Rybą. Siedzieliśmy na kanapie, oślepieni lampami, i opowiadaliśmy o tym, czym jest dla nas Lednica.

Grzegorz: – Obserwowałem go latami i, moim zdaniem, tajemnica o. Góry polegała na tym, że on umiał słuchać młodych. Zauważyłem, że pytał ich ciągle o radę, sondował, wsłuchiwał się uważnie w to, co mają do powiedzenia. Odwrotnie niż inni. Bo zazwyczaj młodzież słucha starszego, bardziej doświadczonego, mądrego... Tymczasem o. Jan czerpał z młodych garściami. Potrzebował ich świeżości, pasji, oddania, tej niezwykłej witalnej siły. Uwielbiał tę ich werwę i radość życia.

Ewa: – Miał dar rozpoznawania, czego młodzi oczekują od Kościoła. Przecież Lednica wypracowała własną, charakterystyczną muzykę, pieśni, sposób tańczenia, modlenia się – swoistą lednicką kulturę. Otaczał się dobrą sztuką sakralną, lubił dobrą literaturę. Uczył wyczucia piękna, dobroci i życzliwości dla świata, bo sam taki był. Tym promieniował, a ludzie wokół niego, niekoniecznie już młodzi, chłonęli ten klimat. Uduchawiali się i szli już trochę lepsi w codzienne życie.

Grzegorz: – Wyczytałem gdzieś, że o. Góra zawsze się modlił, żeby mu Msza św. nie spowszedniała. Dwa razy dziennie powtarzać te same słowa i nie wpaść w rutynę, w powtarzalność, która wyłącza umysł i serce! Więc odprawiał, trochę na wzór św. Jana Pawła II, Msze św. na kajaku, na kamieniu. I już z własnej inwencji – np. w wykopie pod fundamenty na kościół.

Powrót do domu Pana

Reklama

Grzegorz: – Gdy myślę, że go już nie ma, przypomina mi się, jak śpiewał „Tylko orły szybują nad granią...”. Powoduje to u mnie niemal drgania całego ciała. Mam ciągle w głowie brzmienie jego głosu. Jak śpiewa, jak mówi poważnie, jak się śmieje... Taki był – orzeł! I potrafił szybować nad granią. Potrafił sprawić, że chcieliśmy latać razem z nim...

Prywatnie? Uroczy człowiek. Grał na klarnecie, lubił cygaro, choć nie palił tytoniu... Uwielbiał dobre jedzenie i dobrych ludzi wokoło. Niestety, nie miał nawyku dbania o siebie. Np. dzwoni do mnie w przeddzień umówionego spotkania i oznajmia: – Ty, zawał mi znaleźli... Spanikowałem, wypytuję o szczegóły, wreszcie proponuję przełożenie terminu spotkania. – Mowy nie ma... – słyszę w słuchawce. – Bo wiesz, ja ten zawał miałem kiedyś, teraz tylko go znaleźli. Wypisuję się ze szpitala i jutro się widzimy.

Ewa: – Nie na darmo jego współpracownicy z Lednicy mawiali, że nie wyobrażają sobie o. Jana jako staruszka, którego np. na wózku przywożą na Lednicę, żeby uczestniczył... Energia, siła witalna – to była jego nieodłączna cecha. Właściwie odszedł, jak żył – z marszu. W najpiękniejszej dla kapłana chwili, bo podczas Mszy św.

Reklama

Grzegorz: – O. Góra miał u dominikanów w Poznaniu, w swoim pokoiku, sztab. Precyzyjniej mówiąc – w kanciapie. I pomyśleć, że przez tę kanciapę przewinęła się cała Lednica! Ludzie, którzy ją latami wymyślali, przygotowywali, organizowali... I te drzwi... pamiętam te stare drzwi, wyświechtane od ciągłego otwierania i zamykania. Nigdzie nie widziałem tak zużytych drzwi. Ojciec siedział w środku tej kanciapki, wśród masy książek, pamiątek, tej góry drobiazgów, zapewne bardzo ważnych dla niego – i był jak kapitan transatlantyku. On jeden wiedział, dokąd płyniemy.

Sternik

Grzegorz: – Wiedział, że ludzie lubią „wziątki”. Tak je nazywał. Oczywiście, to nie były jedynie gadżety. Symbole zawsze mają w sobie głębię, duchowy przekaz. Jak je bierzesz, to się trochę do czegoś zobowiązujesz albo do Kogoś przyznajesz... W ilu polskich domach są w tej chwili symbole lednickie? Policzmy – co roku przyjeżdżało na lednickie pola od 80 do 100 tys. ludzi... A nasze chusteczki były na Lednicy w 2007 r. Ojciec zamówił wtedy 200 tys. sztuk. Strasznie napracowaliśmy się przy tym zamówieniu. Chusteczki musiały być transportowane w częściach, bo żaden TIR nie pomieści takiej ilości. I gdy już pękaliśmy z dumy, że się udało – że chusteczki są już na Lednicy – dostaję telefon: ostatni TIR, jakieś 30 tys. sztuk chusteczek w środku, wywalił się, wypadł z drogi i nie ma najmniejszej szansy na dalszą jazdę. Uratowała nas pogoda. Na Lednicę przyjechało wtedy mniej ludzi niż normalnie, więc starczyło dla wszystkich. Uff...

Ewa: – Styl działania o. Jana? Oto przykład: Przyszedł do naszego domu, świeżo wyremontowanego, rozejrzał się wokoło. Spojrzał na żyrandole i pyta: – Da się to odkręcić? Bo widzicie, one pasują jak ulał do jednego miejsca w Lednicy. Oczywiście, że się dało.

Reklama

Grzegorz: – Popatrzył kiedyś na Ewę tym swoim wzrokiem, a palcem wskazał piękny świecznik stojący na kominku i mówi: – Jak by się Matka Boża cieszyła, gdyby go miała... – tu znacząco zawiesił głos. Potem poznawaliśmy te „skradzione” rzeczy w rozmaitych miejscach na Lednicy. I wie Pani co? Miał rację – tam pasowały bardziej!

Pamięć

Grzegorz: – Dzięki ojcu mamy w domu najprawdziwsze relikwie. W lednickim muzeum pamiątek po św. Janie Pawle II znalazłem kiedyś w sutannie papieskiej siwy włos. Wkleiliśmy go sobie do naszego albumu ślubnego. Dzięki ojcu jeździliśmy minivanem, którym wcześniej wożono relikwie św. Wojciecha z katedry gnieźnieńskiej.

Ewa: – Nie mogę się pogodzić z jego odejściem. Będziemy dalej jeździć na Lednicę, jakby żył. Będziemy słyszeć jego głos, czuć obecność, będziemy pytać w myślach o radę. Myślę, że osierocił wielu ludzi. Te łzy na pogrzebie są tego najlepszym dowodem...

Grzegorz: – Mam dobrą puentę do tego tekstu. Gdy dzwoniłem pod numer o. Góry w dniu jego śmierci, numer był nieaktywny, co upewniało mnie, że jednak coś się stało. Kilka dni temu odruchowo i z przyzwyczajenia wybrałem ten numer ponownie. Odezwał się normalny sygnał oczekiwania na połączenie. To znak, że ktoś przejął ten numer, pewnie jakiś dominikanin. Życie toczy się dalej – powiedziałby o. Góra.

2016-02-03 08:47

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Moc trwania

Niedziela małopolska 50/2015, str. 7-8

[ TEMATY ]

wspomnienia

Z Archiwum Marii Kamykowskiej

Wiktoria Gałka z córkami Danusia i Marysią

Wiktoria Gałka  z córkami Danusia i Marysią
Zbliżają się nasze dziewiąte więzienne święta. Nie będą one wolnymi jeszcze, ale niech w wasze serca wleją nadzieję do dalszego trwania. Szare życie wasze niech rozjaśni ten wielki cud czekania, który nas czyni sobie najdroższymi, tak niezbędnymi, jak nikt nigdy dla siebie” – te słowa pisał 60 lat temu Władysław Gałka* do swojej żony Wiktorii i dwóch córek, Danusi i Marysi, czekających z utęsknieniem na uwolnienie z więzienia ukochanego męża i tatusia. Warto przypomnieć, że Władysław Gałka był przed wojną nauczycielem, podporucznikiem WP i uczestnikiem kampanii wrześniowej. Był także kapitanem AK, działaczem Stronnictwa Narodowego i członkiem komendy Okręgu Krakowskiego NOW/AK, po wojnie NZW (1943-47), zastępcą delegata powojennej krakowskiej delegatury MSW rządu Arciszewskiego. Został dwukrotnie aresztowany przez UB i w więzieniach PRL spędził 10 lat. W 1949 r. otrzymał wyrok śmierci, który w 1950 r. został zamieniony na 15 lat więzienia. Na wolność wyszedł w końcu 1956 r. Został zrehabilitowany pośmiertnie w 1993 r.
CZYTAJ DALEJ

Patron Dnia: Święty Wincenty Ferreriusz, największy kaznodzieja u schyłku średniowiecza

[ TEMATY ]

św. Wincenty Ferreriusz

Domena publiczna/vaticannews.va/pl

Święty Wincenty Ferreriusz

Święty Wincenty Ferreriusz

Obdarzony był wieloma charyzmatami, m. in. darem uzdrawiania chorych i przepowiadania przyszłości. W historii zapisał się jednak jako niezrównany kaznodzieja: największy u schyłku Średniowiecza - pisze ks. Arkadiusz Nocoń w felietonie dla portalu www.vaticannews.va/pl i Radia Watykańskiego. 5 kwietnia przypada wspomnienie św. Wincentego Ferreriusza (1350 – 1419), prezbitera.

Św. Wincenty Ferreriusz urodził się w zamożnej i bogobojnej rodzinie w hiszpańskiej Walencji. W wieku 18 lat wstąpił do zakonu dominikanów. Wyświęcony na kapłana współpracował z kardynałem Piotrem de Luna, który po wyborze na papieża (Benedykt XIII), mianował Wincentego swoim kapelanem i spowiednikiem. Posługę na dworze papieskim w Awinionie, gdzie wówczas przebywał papież, Ferreriusz sprawował z niezwykłą pokorą, przestrzegając wszystkich narzuconych sobie wcześniej umartwień.
CZYTAJ DALEJ

Archidiecezja Krakowska od kwietnia płaci miastu Kraków za użytkowanie kościoła

2025-04-05 10:52

[ TEMATY ]

Kraków

pl.wikipedia.org

Miasto Kraków przekazało Archidiecezji Krakowskiej kościół św. Łazarza przy ul. Kopernika w odpłatne użytkowanie. Od kwietnia strona kościelna będzie płacić czynsz w wysokości blisko 15 tysięcy złotych, a także pokrywać koszty mediów.

Zabytkowy, XVII-wieczny kościół św. Łazarza (pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny) mieszczący się przy ul. Kopernika 19 przez ostatnie lata pełnił funkcję posługi duchowej dla pacjentów okolicznych klinik szpitalnych i ich bliskich, nie był kościołem parafialnym. W 2019 roku stał się własnością Agencji Rozwoju Miasta Krakowa.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję