Reklama

Jan Paweł II

Jan Paweł II - patronem rodzin?

Święty Jan Paweł II mógłby zostać patronem rodzin - proponuje Ludmiła Grygiel. W rozmowie z KAI wraz z mężem Stanisławem zwracają uwagę, że trwające właśnie III Nadzwyczajne Zgromadzenie Synodu Biskupów powinno ukazać piękno małżeństwa. Z kolei duszpasterze powinni być bardziej wrażliwi na „świętych małżonków”, których życie jest ikoną obecności Boga.

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

rodzina

Arturo Mari/Biały Kruk

Jego zdaniem wielu biskupów żyje odgrodzonych od małżeństw. A jeśli „biskup żyje w oderwaniu od małżeństw i rodzin, byłoby lepiej, żeby w ogóle nie uczestniczył w tym zgromadzeniu Synodu i nie mówił o rodzinie. Bo inaczej będzie tylko powtarzał to, co na ten temat usłyszał lub przeczytał w gazetach”.

Publikujemy rozmowę z Ludmiłą i Stanisławem Grygielami.

- Jakimi problemami rodziny powinni zająć się uczestnicy III Nadzwyczajnego Zgromadzenia Synodu Biskupów?

- Ludmiła Grygiel: Centralnym tematem zgromadzenia jest rodzina we wszystkich swoich wymiarach i ze wszystkimi swoimi problemami. Według mnie powinno ono ukazać piękno i siłę małżeństwa, aby młodzi ludzie sami zrozumieli, że lepiej jest się pobrać niż żyć bez ślubu, lepiej być wiernym niż zdradzać współmałżonka, zrywając więź małżeńską.
Sakrament małżeństwa pomaga żyć szczęśliwie na ziemi i później, w wieczności. Widać to u świętych małżeństw, co bardzo podkreślał papież Jan Paweł II. Pamiętam, że prosił o przyspieszenie beatyfikacji Marii i Alojzego Beltrame Quattrocchich, aby ukazać, iż świętość małżeństwa jest możliwa i konieczna. I że bez pomocy Boga nie można być przez całe życie z tym samym człowiekiem, z jego wadami i zaletami.

- Stanisław Grygiel: Duszpasterze powinni być bardziej wrażliwi na życie małżonków, którzy są sobie wierni, ośmieliłbym się wręcz powiedzieć - na życie świętych małżonków. Słuchać ich, zajmować się nimi, kontemplować ich, a potem, jak powiedziała moja żona, opowiadać o pięknie małżeństwa, czyli pisać żywą ikonę obecności Boga, jaką jest właśnie małżeństwo. Duszpasterze powinni mniej socjologicznie podchodzić do swej troski o pary małżeńskie. Powinni raczej najpierw patrzeć w niebo, a następnie zwrócić swe spojrzenie na małżeństwa. Szczególnie na te, które żyją zgodnie ze słowem Bożym i w obecności Boga.

- W konsekwencji powinni też umieć stać u boku tych małżeństw, które się rozpadły i z nimi współcierpieć: być przy nich, płakać z nimi, modlić się z nimi, stawiać pytania Bogu i im samym, czym jest sakrament małżeństwa, jaka jest prawda małżeństwa. Myślę, że dla tych rozbitych małżeństw jest to jedyna droga duchowa do sakramentu Eucharystii - ale po nawróceniu, do którego w każdym przypadku dochodzi w inny sposób.
Ojcowie synodalni powinni się nad tym pochylić. Nie mówić wiele, ale powiedzieć wiele: non multa, sed multum. W wielomówstwie zafałszowuje się słowo Boże. Tak się dziś dzieje ze słowem „miłosierdzie”. Prawdziwe miłosierdzie często wydaje się niemiłosierne, bo polega ono na tym, by grzesznik stanął w prawdzie o sobie. A dzisiaj niektórzy teologowie pomijają słowo „prawda”. Jest niewygodne.
Jeśli wyznaję w konfesjonale, że ukradłem pieniądze w banku i proszę o miłosierdzie i rozgrzeszenie, muszę mieć mocne postanowienie, że nie będę więcej kraść. Bo jeśli otrzymam rozgrzeszenie, ale w głębi serca kombinuję, jak jutro znowu ukraść, to jest to hipokryzja i pogrążam się w potępieniu samego siebie. Lepiej tak nie żyć, lepiej płakać, a nawet umrzeć od tego płaczu - Bóg sam się o mnie zatroszczy.

- Mówi Pan o konieczności słuchania rodzin. Ale obok tych, które żyją na wzór Świętej Rodziny jest tyle innych, zmęczonych, nieszczęśliwych, mających kłopoty uczuciowe czy finansowe... Czy te realne problemy dojdą do głosu podczas obrad synodalnych?

- Ludmiła Grygiel: Święta Rodzina z Nazaretu jest ikoną rodziny. Myślę, że w tym obrazie odnajduje się każda rodzina, nawet taka, która przeżywa trudności. Jej pragnieniem i marzeniem jest być szczęśliwą, być zawsze razem. Duszpasterstwo powinno objąć wszystkie sytuacje rodzin, nie może ich ignorować, powinno im towarzyszyć.
Kiedy kard. Karol Wojtyła albo bp Jan Pietraszko błogosławili jakieś małżeństwo, śledzili krok po kroku jego losy, niemal codziennie. Pytali na przykład: dlaczego przyszedłeś na Mszę bez dziecka? Każdego tygodnia interesowali się czym żyje ta rodzina.
Pamiętam, że gdy nasi przyjaciele przeżywali trudności w małżeństwie, za jego trwałość czuli się odpowiedzialni nie tylko oni sami, ale także kapłan, który je błogosławił. Co wieczór zaglądał do nich, by z nimi porozmawiać. Nawet kiedy ostatecznie się rozwiedli, nie zostawił ich samych. Na tym polega prawdziwe duszpasterstwo.
Oczywiście, trzeba mówić o ideale rodziny. Błędem Kościoła byłoby zbytnie koncentrowanie się na rodzinie ułomnej, bez ukazywania ideału do osiągnięcia. Chyba trochę zapomnieliśmy o tym, że Jezus Chrystus, mimo zatwardziałości ludzkich serc, przypominał o ideale, zamierzonym przez Stwórcę. Nie lękał się opinii większości.

- Czy można się spodziewać, że podczas obrad synodalnych będzie słychać głos ludzi świeckich?

- Stanisław Grygiel: Świeccy nie są ojcami synodalnymi. Niektórzy z nich są tylko audytorami. Ale ojcowie synodalni już wiele lat przed wejściem do auli synodalnej powinni byli słuchać par małżeńskich. W tym sensie ich wystąpienia powinny być epifanią głosów małżonków, także tych, którzy się rozstali. Jednak stając się głosem tych małżeństw, które się rozpadły powinni dać wyraz ich pragnieniu życia w inny sposób - pragnieniu, które widać w ewangelicznym opisie rozmowy Jezusa z Samarytanką, z kobietą przyłapaną na cudzołóstwie i tylu innymi.

- Ludmiła Grygiel: Mam nadzieję, że biskupi mają lepszy ogląd sytuacji rodzin wynikający z długiego doświadczenia duszpasterskiego niż my, którzy znamy jedynie sytuację grupy przyjaciół. Mają głębszy i bardziej bezpośredni kontakt z małżeństwami, rodzinami i ich problemami (na przykład w konfesjonale) niż socjologowie czy psychologowie. Kościół ma więcej narzędzi poznania rzeczywistości codziennego życia rodzin niż państwo.

- Z życiem rodziny wiążą się nieprzespane noce przy płaczącym dziecku, kłopoty z płaceniem rachunków pod koniec miesiąca, wyczerpująca praca... Czy takie konkretne, na pozór banalne problemy, które jednak stają się nieraz powodem napięć, a nawet rozpadu małżeństwa, mają szansę wybrzmieć podczas obrad synodalnych?

- Stanisław Grygiel: Jakość wypowiedzi biskupa zależy od tego, czy rzeczywiście zna życie rodzin. Wielu biskupów żyje odgrodzonych od małżeństw. Tak jak małżonkowie mogą żyć ze sobą w separacji, tak biskup może żyć w separacji z rodzinami. Jeśli jednak biskup żyje w oderwaniu od małżeństw i rodzin, byłoby lepiej, żeby w ogóle nie uczestniczył w tym zgromadzeniu Synodu i nie mówił o rodzinie. Bo inaczej będzie tylko powtarzał to, co na ten temat usłyszał lub przeczytał w gazetach. Pamiętajmy słowa Hioba skierowane do Boga: „Dotąd Cię znałem ze słyszenia, teraz ujrzałem Cię wzrokiem” (Hi 42,6) i wszystko to, co mówiłem do tej pory było głupie. Biskup spotyka rodziny, czy tylko zna je ze słyszenia?

- Ludmiła Grygiel: Prawdziwy biskup interesuje się wszystkim. Kard. Wojtyła chciał wiedzieć ile kosztuje chleb, do której szkoły chodzą dzieci, jaki metraż ma mieszkanie... Często przychodził, jedliśmy razem kolację... To jest możliwe. Nikt tego biskupowi nie zabrania. Jeśli tego nie robi, nie jest prawdziwym ojcem swojej diecezji.

- Czyli potrzebujemy wielu takich biskupów jak Karol Wojtyła! Jego nauczanie na temat małżeństwa i rodziny jest nadal aktualne?

- Ludmiła Grygiel: Tak. Głosząc „Ewangelię życia” i „Ewangelię o rodzinie” przypominał to, czego Kościół od zawsze nauczał, wzbogacając to o swe doświadczenie, o którym przed chwilą mówiliśmy. Wyznał kiedyś, że od ludzi młodych nauczył się kochać ludzką miłość. Nie mając bezpośredniego doświadczenia w tej dziedzinie, korzystał z bezpośredniego doświadczenia ludzi świeckich - małżonków. Jego nauczanie jest nawet bardziej użyteczne dzisiaj, tak jakby proroczo przewidział trudności, które rodziny obecnie przeżywają.
Jest moim wielkim pragnieniem, a myślę, że także wielu innych rodzin, które kierują się nauczaniem św. Jana Pawła II, by ojcowie synodalni ogłosili go patronem rodzin.
Rozmawiał Paweł Bieliński
Ludmiła Grygiel jest tłumaczką (m.in. pism św. Katarzyny ze Sieny) i autorką książek (m.in. o św. Faustynie, bł. Marii i Alojzym Beltrame Quattrocchich i św. Benedykcie. Prof. Stanisław Grygiel, filozof, uczeń i współpracownik kard. Karola Wojtyły to długoletni wykładowca Papieskiego Uniwersytetu Laterańskiego w Rzymie, kierownik Katedry Karola Wojtyły w tamtejszym Instytucie Studiów nad Małżeństwem i Rodziną im. Jana Pawła II.

2014-10-09 11:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ocal dziecko w sobie

2020-05-26 18:00

Niedziela Ogólnopolska 22/2020, str. 50-51

[ TEMATY ]

rodzina

Dzień Dziecka

Adobe.Stock

Czy pytałeś kiedyś dziecko, co by zrobiło, gdyby kolega mu powiedział: „jesteś głupi”?

Wykrzyczałoby takiemu koledze, że sam jest głupi. A zastanawiałeś się, co by odpowiedziało, gdyby taki tekst usłyszało od nauczyciela? Może pomyślałoby to samo o nim. A co by zrobiło, gdyby tekst: „jesteś głupi”, usłyszało od rodzica? Uwierzyłoby...

Czy wiesz, że konieczność zaspokajania podstawowych potrzeb emocjonalnych dzieci jest nie tylko postulatem psychologów czy też dobrą radą dla rodziców, ale też fundamentalnym warunkiem, by wychować zdrowe i szczęśliwe dziecko?

Jakimi jesteście rodzicami? Kontrolującymi, niestawiającymi granic, z nierealnymi wymaganiami wobec dzieci? A jacy byli wasi rodzice i jaki to ma dziś wpływ na wasze życie? To, w jakim stopniu zaspokojone były nasze potrzeby emocjonalne w czasach dzieciństwa, decyduje o naszym dobrym funkcjonowaniu i rozwoju w dorosłym życiu.

Więź, a nie więzy

Oczywiście, nie chodzi tu o drobne incydenty, kiedy doświadczaliśmy frustracji z powodu braku odpowiedzi na nasze codzienne potrzeby, ale o chronicznie powtarzające się lekceważenie najważniejszych dla nas spraw. Fundamentalną kwestią, której potrzebuje każde dziecko, jest bezpieczne przywiązanie i akceptacja. Jeśli roczny Mareczek nie spędza z rodzicami zbyt wiele czasu i w związku z tym, że są zapracowani, nie mają dla niego cierpliwości – nic dziwnego, że jest marudny, rozdrażniony i często płacze. W ten sposób domaga się bliskości, ale jego rodzice nie umieją rozpoznawać tych potrzeb. Mogą twierdzić, że ich syn jest głodny lub spragniony, że jest niewyspany lub przeziębiony albo nawet że jest po prostu trudnym dzieckiem. Gdybyśmy ich zapytali o powody zaniedbania dziecka, usłyszelibyśmy, że rodzice pracują, aby zapewnić mu odpowiedni byt, albo że sami mają deficyty z wczesnego dzieciństwa w zaspokojeniu potrzeby bezpieczeństwa i akceptacji. Choć jako rodzice mają dobre chęci i naprawdę się starają, ich sposób życia nie pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb syna. Konsekwencje tego będą bardzo poważne, zwłaszcza w przypadku dzieci o wrażliwym temperamencie.

Zaakceptowana samodzielność

Choć małe dziecko nie potrafi wyrazić swoich potrzeb słowami, nie znaczy to, że ich nie ma. Mama 5-letniej Magdy jest kobietą silnie kontrolującą i decyduje, w co ma się córka ubrać, z kim może się bawić, a nawet kiedy i co może zjeść; mocno ogranicza wszelkie przysmaki, nawet te, które Magda dostaje w prezencie. Dziewczynka często się złości i ulega frustracji, gdyż jej podstawowa potrzeba zdrowej autonomii i kompetencji nie jest zaspokojona. Matka skupia się jedynie na zewnętrznych przejawach zachowania córki i karze ją za nie. Na pytanie, dlaczego tak kontroluje córkę, odpowiada, że wypełnia swoje obowiązki. Być może nie uświadamia sobie, że dopóki Magda jest niesamodzielna, czuje się potrzebna jako matka. Choć ma dobre intencje i nie chciałaby skrzywdzić swojego dziecka, robi to w sposób nieświadomy.

Bezpieczne granice

Siedmioletni Michał jest bardzo żywiołowym i ciekawym świata dzieckiem. Choć rodzice spędzają z nim dużo czasu, nie umieją wytyczyć mu granic. Michał nie przestrzega zasad ani na podwórku, ani w szkole i komenderuje innymi dziećmi. Jeśli nie udaje mu się postawić na swoim, wpada we wściekłość. Agresywne zachowanie sprawia, że chłopiec nie ma zbyt wielu przyjaciół. Znajomi rodziców, nauczyciele i większość dorosłych, którzy obserwują zachowanie chłopca w miejscach publicznych, patrzą na niego z dezaprobatą. Kiedy do Michała stopniowo dotrze, że nie jest lubiany, jego zachowanie może stać się jeszcze bardziej agresywne. Gdyby spytać rodziców, dlaczego nie uczą syna dyscypliny, mogliby odpowiedzieć, że nie chcą go nadmiernie kontrolować albo że są zbyt zajęci. Mimo że chcą dobrze, ich wiara – że sam zmądrzeje, jak dorośnie – okazuje się naiwna, a pobłażliwy styl wychowania przynosi opłakane skutki.

Realistyczne wymagania

Ośmioletni Tomek obok nauki w zwykłej szkole ma jeszcze popołudniowe zajęcia w szkole muzycznej. W domu matka często przerywa mu zabawę i każe ćwiczyć na instrumencie. Ogranicza synowi czas spędzony z przyjaciółmi i wywiera na niego presję. Tomek zazwyczaj jest sfrustrowany i roztargniony. Ucieka więc w świat fantazji i nie może się skupić na nauce, która go przerasta. Matka kładzie to na karb lenistwa i roztargnienia. Przymusza go do tego, by ćwiczył z nią. Uważa, że robi to dla jego dobra, by zapewnić mu jak najlepszą przyszłość. Kobieta nie rozumie, że mimowolnie wyrządza synowi krzywdę i naraża go na chroniczną frustrację.

Kształcące błędy

Wiedza o podstawowych potrzebach emocjonalnych może być okazją do zmiany kierunku wychowania dzieci. Ostatnio dużą popularnością cieszy się twierdzenie, że nie ma porażek, ale są szanse. Ponieważ zazwyczaj rodzice ignorują potrzeby swoich dzieci w sposób nieuświadomiony, warto zadać sobie pytanie: z czego to może wynikać? Często zdarza się to, jeśli kopiują niewłaściwe zachowania swoich rodziców albo przeciwnie – chcą za wszelką cenę ich uniknąć i wpadają w drugą skrajność. Czasami krzywdzące zachowanie rodziców wynika ze strachu, by dziecko nie powieliło życia jakiegoś krewnego, którego bardzo przypomina, a który „źle skończył”. Czasami wychowując, ulegamy presji znajomych lub za bardzo przejmujemy się tym, jak wypadniemy w oczach innych. Popełniamy błędy pod wpływem tego, co przeczytaliśmy lub co usłyszeliśmy w mediach. Niejednokrotnie kruszymy kopie nie o to, co trzeba. Wychowując dzieci, doskonale wiemy, że istnieją różne kategorie spraw. O ile warto być zasadniczym w kwestiach dobra i zła, o tyle kwestie konwencjonalne i osobiste warto oddawać dzieciom, bo to w oparciu o nie będą budować swoje poczucie kompetencji i autonomii.

Ocalić siebie

Jeśli w którejś z powyższych historii odnajdujemy małego siebie, wtedy może okazać się, że tegoroczny Dzień Dziecka jest szansą, by przytulić to zaniedbane dziecko w sobie. A potem spróbować odpowiedzieć na pytanie: jakie destrukcyjne schematy myślenia i działania te frustrujące doświadczenia uruchomiły w nas i jak z nich wyjść? Ale to już zupełnie inna historia. Jeśli chcesz wiedzieć więcej na ten temat, warto sięgnąć po książkę Johna i Karen Louis Mały człowiek, wielkie potrzeby, a także wziąć udział w warsztatach dla par o tym, jak przełamać destrukcyjne schematy funkcjonowania wynikające z frustracji potrzeb emocjonalnych doświadczanej w dzieciństwie. Szczegóły na: Facebooku, Instagramie: Małżeńska Kariera.

CZYTAJ DALEJ

Rzeczniczka Białego Domu: Oby mi Bóg powiedział - dobra robota, sługo dobry i wierny

2020-06-01 13:39

[ TEMATY ]

USA

świadectwo

Wikipedia.org/Oficjalne zdjęcie w Białym Domu Joyce N. Boghosian

Kayleigh McEnany

Kayleigh McEnany, która od ponad miesiąca jest nową sekretarz prasową Białego Domu, z równą pasją i profesjonalizmem odpiera ataki mediów, co opowiada o najważniejszej rzeczy w jej życiu – osobistej relacji z Jezusem Chrystusem. Jest baptystką, absolwentką katolickiej szkoły średniej dla dziewcząt, wykształconą na Harwardzie prawniczką. „Wierzę, że Bóg umieścił mnie w tym miejscu w jakimś celu i z jakiegoś powodu, jak robi to z każdym” – zwierza się w rozmowie z CBN News.

Obrona decyzji i polityki prezydenta wymaga nie byle jakiego przygotowania. Jednym ze znaków rozpoznawczych 32-letniej Kayleigh McEnany, jednej z najmłodszych w historii na tym stanowisku, jest łatwość, z jaką pokazuje, że narracja wrogich wobec obecnej prezydentury mediów jest sprzeczna z logiką, precyzją czy zwykłą uczciwością.

Przyznaje, że przed pierwszym briefingiem spanikowała i tym, co jej pomogło opanować nerwy była zaimprowizowana modlitwa przez zestaw głośnomówiący, gdy się połączyła telefonicznie z mamą i rodziną. „Poczułam taką siłę, weszłam, porozmawiałam z prezydentem, a potem wyszłam, wykonując zadanie, które dało się wykonać tylko z pomocą Bożą”.

W rozmowie wspomina, jak wiara pomogła jej przejść przez różne kryzysy. Jako nastolatka oddała swe życie Jezusowi podczas nabożeństwa w swym zborze należącym do Południowej Konwencji Baptystycznej. Wcześniej uczyła się w katolickiej szkole dla dziewcząt na Florydzie. Gdy jako dwudziestolatka prowadziła samotne życie zawodowe w Nowym Jorku, otrzymała telefon od współwyznawców z Journey Church, oferujący modlitwę za nią w tej konkretnej chwili. Odebrała to jak realny telefon od Chrystusa.

Wiara także pomogła jej przetrwać trudne chwile, gdy dowiedziała się, że nosi w sobie gen odpowiedzialny za raka piersi. Rok po wyjściu za mąż przeszła mastektomię oszczędzającą brodawkę. Szanse na zachorowanie na raka piersi zmalały od tej pory do 0,001 proc. Pod koniec 2019 r. urodziła córeczkę Blake. Najważniejszą rzeczą, jaką zamierza jej przekazać, to wiara. Jest przekonana, że może się tak stać tylko wtedy, gdy znajdzie w swej mamie dobry wzór do naśladowania.

Kayleigh przyznaje, że w Harvard Law School, jako konserwatystka i chrześcijanka, czuła się atakowana. „Ludzi atakuje się dziś za wiarę. Spotyka to nie tylko mnie, ale wielu chrześcijan i chrześcijanki” – podkreśla i zaznacza, że Donald Trump, który opowiada się za wolnością religijną i broni życia, ośmielił ludzi, by bronić wyznawanych przez siebie wartości.

Opowiada też, co byłoby dla niej prawdziwą nagrodą w życiu. „Misją mojego życia jest to, by On, kiedy już przeminę, spojrzał na mnie i powiedział: dobra robota, sługo dobry i wierny. Jeśli będę mogła zakończyć moje życie w ten sposób, to nie ma znaczenia, co ludzie mówią po drodze”.

CZYTAJ DALEJ

Abp Grzegorz Ryś: Zacznijmy od nauki słuchania siebie nawzajem

2020-06-01 21:18

[ TEMATY ]

abp Grzegorz Ryś

Archidiecezja Łódzka

Zacznijmy od nauki słuchania siebie nawzajem - powiedział Radiu eM abp Grzegorz Ryś, nawiązując do istniejących w Polsce podziałów i napięć. Do tego potrzebne jest choćby elementarne uznanie wartości drugiego człowieka - dodał. Metropolita łódzki był gościem red. Sylwestra Strzałkowskiego w audycji "Rozmowa Poranka".

Dopóki nie zaczniemy siebie nawzajem słuchać, nie dziwmy się temu, w jaki sposób nawet nie mówimy do siebie, tylko wykrzykujemy w stronę drugiego – mówił w „Rozmowie poranka” abp Grzegorz Ryś. - Umiejętność słuchania jest warunkiem dialogu. Jak nie ma słuchania, są monologi – wskazywał.

Dzieląc się swoimi wrażeniami z pielgrzymki mężczyzn do Matki Bożej w Piekarach Śląskich (31.05), gdzie przewodniczył Eucharystii, metropolita łódzki pokreślił, że jest to pielgrzymowanie dojrzałe, co jest bardzo ważne, bo pobożność pielgrzymkowa i sanktuaryjna bywa w Polsce krytykowana, tymczasem jej znaczenie zauważa także papież Franciszek. Jednocześnie arcybiskup przestrzegł przed, z jednej strony, traktowaniem wspólnoty Kościoła jako masy, z drugiej, przed indywidualistycznym podejściem do obecności w Kościele.

- Wiara jest czymś indywidualnym, osobistym, ale nie oznacza to, że indywidualistycznym - wskazywał zachęcając do zachowania pewnego balansu w tej materii.

Arcybiskup wspomniał o tzw. "churchingu", czyli pewnej "turystyce" duchowej polegającej na uczestniczeniu w różnych wydarzeniach religijnych, masowych. - My, jako księża, zapraszamy na wydarzenia masowe i zwracamy się do ludzi, jak do masy - zauważył. Jak tłumaczył, to pokłosie lat 70’, kiedy ludzie potrzebowali takiego wsparcia Kościoła.

Odnosząc się do zmienionej formuły piekarskiej pielgrzymki abp Ryś mówił, że to też jest jakiś rodzaj wspólnoty. - Nie ma co utyskiwać, lepiej robić to, co można, niż narzekać, że nie można tego, co zawsze było możliwe - dodawał.

Gość Radia eM zauważył, że diecezje łódzką i katowicką łączy podobna historia: obie powstały ok. 100 lat temu, a więc mają za sobą podobny czas budowania tożsamości lokalnego Kościoła, ponadto oba ośrodki przeżyły szybki rozwój przemysłu i liczby ludności. Pytany o naukę, jaką Kościół na Śląsku może czerpać z doświadczenia Łodzi, abp Ryś wspomniał o upadku przemysłu na przełomie lat 80’ i 90’ ubiegłego wieku i wynikłymi z tego biedą i bezrobociem. To stawia przed Kościołem wymaganie bycia blisko ludzi w potrzebie i aktywności pomocowej, np. Caritas.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję