Reklama

Niedziela Małopolska

Obronili Krzyż

O wydarzeniach z 27 kwietnia 1960 r. i ich wpływie na losy nie tylko pojedynczych osób z Adamem Macedońskim rozmawia Maria Fortuna-Sudor

Niedziela małopolska 17/2015, str. 7-8

[ TEMATY ]

wspomnienia

Maria Fortuna-Sudor

Adam Macedoński

Adam Macedoński

MARIA FORTUNA-SUDOR: – Co sprawiło, że pamiętnego dnia pojechał Pan do Nowej Huty?

ADAM MACEDOŃSKI: – Pamiętam, że w to popołudnie byłem wspólnie z kolegami – Lubkiem Soroczyńskim i Jurkiem Millerem w klubie jazzowym przy ul. Jana. Obok nas dziennikarz z redakcji „Dookoła świata” opowiadał, jak w Warszawie ZOMO biło studentów. Ktoś się odezwał, że my o stolicy mówimy, a przecież dzisiaj w Nowej Hucie strzelają do robotników. Z nami był też Sokołowski – przewodniczący ZMP z UJ. On przekonywał, że to niemożliwe, aby władza ludowa strzelała do robotników. I wtedy mnie się wyrwało, że warto by to sprawdzić.

– Pomysł został zrealizowany…

– To już było wieczorem, gdy w czwórkę z Jurkiem, Lubkiem i tym Sokołowskim zdecydowaliśmy się tam pojechać, co nie było łatwe. Od dworca w kierunku ul. Lubicz i dalej było ciemno. Wszystkie tramwaje stały, a autobusy w tamtym kierunku też nie kursowały. Pieszo poszliśmy do Ronda Czyżyńskiego, gdzie zobaczyliśmy robotników czekających od godzin popołudniowych na transport do Nowej Huty. W końcu przyjechały dwa autobusy. Kierowca przypominał, że tylko osoby, które mają zameldowanie w Nowej Hucie, mogą jechać. Ale myśmy wsiedli. Ukryliśmy się w środku tego tłoku. Pasażerów próbowali kontrolować w Czyżynach żołnierze, ale kierowca przekonał ich, że to będzie zbyt trudne. Dojechaliśmy do placu Centralnego.

– Skąd wiedzieliście, w którym kierunku iść?

– Znałem dobrze Nową Hutę. Już w 1951 r. przyjąłem się do pracy jako pomoc murarza w brygadzie Stefana Wieczorka. Potem pracowałem w innych zakładach.
Gdy wysiedliśmy z autobusu, zapach gazu łzawiącego sprawił, że z oczu popłynęły nam ciurkiem łzy. Na placu było pełno szkła, kamieni. Słychać było śpiewy: „Boże, coś Polskę…”, ale też: „Gdy naród do boju…”. Krzyki: „Gestapo, gestapo!” oraz strzały… W pewnej chwili otoczyli nas robotnicy, którzy się ucieszyli, że studenci przyjechali do Nowej Huty. Ze spotkanymi ruszyliśmy w kierunku krzyża. Nagle musieliśmy się zatrzymać, bo od ul. Majakowskiego szedł pochód. To byli powiązani łańcuchami ludzie, których prowadzili milicjanci z psami. Ten żywy obraz bardzo mi przypominał grafikę ilustrującą zesłanie powstańców na Sybir. Te łańcuchy, te psy…

– A co się działo pod krzyżem?

– Z daleka zobaczyłem, że krzyż, widoczny w świetle reflektora i płonącego nieopodal kiosku, otoczyli, ustawieni w czworobok, uzbrojeni zomowcy. Nieopodal spotkaliśmy się z kilkoma robotnikami, którzy bali się tych zomowców atakować, bo mieli świadomość, że jest nas za mało. I nagle ktoś rzucił pomysł, aby jechać po pomoc. Ruszyli na rowerach, na motocyklach. Po kilku minutach wrócili, wioząc chętnych do walki. Byliśmy uzbrojeni w kije, młotki, kamienie… Nie posłuchaliśmy młodego, ubranego w skórzany, czarny płaszcz mężczyzny, namawiającego nas do powrotu do domu. Zaczęliśmy biec, krzycząc: „Hurra!”. A potem: „Gestapo, won spod krzyża!”. Nagle z ich strony padła salwa.

– Czyli strzelali do robotników?

– Tak, ale chyba w górę. Jakby w nas celowali, to byśmy nie przeżyli. Po tej salwie myśmy się rozproszyli. Ktoś krzyknął: „Zabili chłopa!”. Okazało się, że jeden z robotników jest ranny w kolano. Udało się szybko sprowadzić taksówkę, która dojechała na miejsce chodnikiem, bo droga była zabarykadowana. Pomogłem rannego wnieść do samochodu. Nagle zauważyłem, że prosto na mnie jedzie tankietka. Wtedy nie wiedziałem, że to jest armatka wodna. Bałem się, że będą do mnie strzelać. Rzuciłem się do ucieczki. Po drodze zderzyłem się z innym uciekającym, którego goniła milicja. W chwili zderzenia zobaczyłem tylko gwiazdy w oczach i fioletowe światło. Po czym wpadłem wprost na tych milicjantów. Oni mnie schwytali, ale się im jakąś nadludzką siłą wyrwałem, tylko mi rękaw marynarki oderwali. W końcu dobiegłem do restauracji „Adria”, gdzie się wcześniej umówiliśmy na spotkanie, gdybyśmy się pogubili.
Do Krakowa wróciliśmy taksówką. Jej właściciel zgodził się nas zabrać, ale kazał nam położyć się na podłodze. Gdy w Czyżynach, w ramach kontroli, młody żołnierz zaglądnął do środka, udał, że mnie nie widzi.

– Ale pierwszymi obrończyniami krzyża były nowohuckie kobiety?

– Dzięki wspaniałym kapłanom: ks. Józefowi Gorzelanemu i ks. Władysławowi Palmowskiemu zorganizowałem wspólnotę obrońców krzyża. W ten sposób poznałem te panie. One pamiętały historię i opowiadały o tym, co przeżyły. Z ich wspomnień wynika, że pierwsza pod krzyżem pojawiła się Helena Musiał. Gdy zobaczyła, co się dzieje, to pobiegła do sklepu, gdzie ludzie stali w kolejce. Razem z nią pod krzyż, który starali się wykopać robotnicy, przybiegły: Helena Kędzierska, Zofia Gaworek, Helena Słabczyńska, Halina Kubicz. Odpędziły robotników i otoczyły krzyż. Kobiet przybywało, zaczęły się modlić, śpiewać. Potem dołączyli do nich mężczyźni, którzy wyszli z pierwszej zmiany w kombinacie. Milicja i zomowcy odpędzali ludzi spod krzyża, wciągali ich do samochodów, używali gazu, strzelali z armatek wodnych. Jeśli nawet na chwilę udało im się rozpędzić tłum, to po jakimś czasie ludzie pod krzyż wracali. W jego obronie, w ciągu całego dnia, uczestniczyło ok. 10 tys. osób!
A te kobiety wykazały się niezwykłą pomysłowością. Na przykład wśród nich była Celina Bogacz, która miała na sobie czerwony płaszcz. Ona pod krzyżem przemawiała. Panie, chcąc ją chronić, szybko zorganizowały jej inny płaszcz, a na głowę chustkę. Dały też wózek z dzieckiem. W ten sposób udało jej się uniknąć aresztowania.

– Jednak ofiary, nawet śmiertelne, były.

– Po tych wydarzeniach zapytałem jednego ze studentów medycyny, czy w Nowej Hucie były śmiertelne pobicia. On potwierdził ten fakt. Mówiło się też o dwóch pogrzebach nowohuckich robotników. Księdzu, który nad ich trumnami się modlił, zabroniono rozmawiać z rodzinami zmarłych. Z oficjalnych danych wynika, że łącznie zatrzymano ok. 500 osób, a wyrokami sądowymi, na kary od 6 miesięcy do 5 lat więzienia, skazano 87 obrońców krzyża. Ponadto 120 osób ukarano grzywnami, do 4,5 tys. złotych. Ale były jeszcze szykany, prowokacje, które ludziom bardzo utrudniały, a nawet niszczyły życie. Przykładem może być historia Izydora Szczupackiego.

– A kto to taki?

– Jego historię opowiedział mi ks. Józef Gorzelany. Z tej relacji zapamiętałem, że Izydor Szczupacki objął krzyż oburącz i nie dał się od niego oderwać. Żeby to zrobić, milicja musiała mu ręce wyłamywać. Władza ludowa tę postawę zapamiętała. Jakiś czas po tych wydarzeniach doprowadzono do prowokacji; skłócono mężczyznę z żoną, która od niego odeszła. On rzekomo kradł z domu pieniądze i zanosił na budowę kościoła. Dla tego człowieka była to wielka tragedia. Może warto by tę postać przypomnieć, nadać imię którejś z ulic Nowej Huty?

– W maju 1960 r. do Nowej Huty przyjechał Władysław Gomułka i organizatorów demonstracji nazwał „antyspołecznymi szumowinami”...

– I chuliganami. Ale zanim przyjechał Gomułka, już następnego dnia zorganizowano w kombinacie masówkę robotniczą, w czasie której uchwalono rezolucję potępiającą obronę krzyża. Wszyscy się pod nią podpisywali. Wyłamał się tylko jeden robotnik. To był Apolinary Polak z wydziału koksowni. To dopiero była odwaga! A przecież i o tym człowieku dzisiaj nikt nie pamięta.

– Jaki wpływ miały te wydarzenia na społeczeństwo, na państwo?

– To były czasy po odwilży. Ludzie wciąż się spodziewali pozytywnych zmian. Myśleli, że tak jak w Finlandii będzie więcej wolności, a naród polski przez wieki był przywiązany do tradycji, do Kościoła, do tego wszystkiego, co w religii chrześcijańskiej jest dobre. Tymczasem te nadzieje okazały się złudne. Stąd strajki w obronie Kościoła w Zielonej Górze czy w Przemyślu, gdzie zamknięto szkołę organistów. Ale strajk w Nowej Hucie, pierwszym ateistycznym mieście PRL-u, był dla władz czymś szczególnym. Myślę, że po tych wydarzeniach komuniści uświadomili sobie, jak silna jest potrzeba wiary i Kościoła w społeczeństwie polskim, nawet takim robotniczym, oderwanym od rodziny, od tradycji. Przypuszczam, że wtedy władze zmieniły strategię walki z Kościołem i narodem, zaczęły go na różne sposoby demoralizować. To trwało przez całe lata, a wraca w różnych historiach i przyzwyczajeniach oraz postawach Polaków do dzisiaj.

– No właśnie, dzisiaj. Czy we współczesnym polskim społeczeństwie znalazłoby się tyle osób, które, tak jak w Nowej Hucie, zechciałyby bronić krzyża?

– Nie jestem pewny. Gdyśmy stawiali krzyż na Błoniach, to podchodzili nasłani przez wrogów Kościoła ludzie, którzy mówili, że nie życzą sobie tego znaku. Ostatecznie, został tam tylko głaz. W imię rzekomej tolerancji ustępujemy. Czasem myślę, że sami sobie podcinamy przysłowiową gałąź, na której od wieków siedzimy.

* * *

Adam Macedoński
krakowianin urodzony we Lwowie jest artystą plastykiem, autorem licznych wystaw w kraju i za granicą, twórcą wierszy i krótkich utworów prozatorskich, laureatem wielu nagród i wyróżnień. W historii polskiej opozycji XX wieku nie ma rozdziału, którego by nie współtworzył Adam Macedoński. Był m.in. współpracownikiem Studenckiego Komitetu Solidarności, Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, należał do sygnatariuszy Konfederacji Polski Niepodległej i kurierów przemycających emigracyjne wydawnictwa. Represjonowany i internowany. Brał udział w obronie krzyża w Nowej Hucie

2015-04-23 11:06

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Jan Paweł II w moim życiu

2020-08-25 13:40

Niedziela łódzka 35/2020, str. V

[ TEMATY ]

wywiad

wspomnienia

św. Jan Paweł II

100 lecie urodzin JP II

Marek Kamiński

Paweł Gruszczyński na tle fotografii z Ojcem Świętym

Paweł Gruszczyński na tle fotografii z Ojcem Świętym

Z bratem Pawłem Gruszczyńskim, rycerzem hetmanki Matki Bożej Opiekunki Rodzin, rozmawia Jadwiga Kamińska.

Jadwiga Kamińska: – Należymy do szczęśliwego pokolenia wiernych Kościoła, dla których Karol Wojtyła był papieżem. Jak przyjął Pan tę radosną wiadomość 16 października 1978 r.?

Paweł Gruszczyński: – Wiadomość o wyborze Polaka na Stolicę Piotrową w Rzymie zdumiała mnie i napełniła radością i dumą jak każdego Polaka. Po kilku miesiącach przyjechał on z pierwszą pielgrzymką do Polski. Śledziłem ją w telewizji. Zdumiewający i absolutnie wyjątkowy był widok papieża pod ogromnym krzyżem na placu, otoczony przez dziesiątki tysięcy rodaków. Tego nigdy przedtem nie widziałem i nie wyobrażałem sobie zobaczyć w PRL-u. Zaskoczyła mnie potężna treść homilii – trafiająca tak celnie jednocześnie do serc i do umysłów. Zaskoczyła mnie ogromna i powszechna reakcja społeczna. Odczułem, że owa mityczna szyba między wiernymi w kościołach i tłumami na placach i ulicach pękała.

Jak Pan wspomina spotkania z Ojcem Świętym? Które z nich najbardziej utkwiły w Pańskiej pamięci?


Mój pierwszy bezpośredni kontakt z osobą Jana Pawła II miał miejsce w kolejnym roku, w Rzymie, podczas audiencji generalnej. Stałem na Placu św. Piotra w wielotysięcznym zgromadzeniu z całego świata, radując się spotkaniem z następcą Chrystusa. Zacząłem go cenić: słuchać, czytać i gromadzić jego teksty, próbowałem je zrozumieć. W tamtym okresie, przygotowując się do egzaminu doktorskiego, miałem obowiązek opanowania przedmiotu: ekonomii albo filozofii. Wybrałem filozofię; lektury pozwoliły mi zgłębić filozofię klasyczną (chrześcijańską). Dzięki temu coraz głębiej i pełniej rozumiałem, o czym mówił papież, przywołując pojęcia prawdy, dobra, godności człowieka, jego ostatecznego celu i powołania, praw i obowiązków – także społecznych. Papież wyjaśniał, jakie są zadania osoby ludzkiej w małżeństwie, w rodzinie, w społeczeństwie, w świecie; jakie obowiązki ma do wypełnienia każdy z nas.
Kolejny wielki dzień w mym życiu: 13 czerwca 1987 r. – wizyta Jana Pawła II w Łodzi. Znalazłem się w łódzkiej katedrze, gdy on przybył tam na spotkanie z pracownikami nauki i kultury. Tkwiłem w nieprzeliczonym tłumie; papieża nie byłem w stanie zobaczyć, ale słyszałem go przemawiającego – był tuż obok. Odtąd ja starałem się przychodzić do niego; uczestniczyłem już we wszystkich jego pielgrzymkach do Ojczyzny, a także szukałem go w Rzymie. Stąd wyjazdy do Rzymu, aby go lepiej słyszeć, widzieć i pojmować. Wielkim przeżyciem była dla żony i dla mnie audiencja prywatna w Auli Klementyńskiej. W rozmaitych podróżach z żoną po Polsce i Europie szukaliśmy śladów jego pielgrzymich wizyt: pamiątkowych tablic, pomników, różnych dzieł duchowych.

Czego mogliśmy się nauczyć od Jana Pawła II?

Po jego śmierci wyruszyliśmy z pielgrzymką do jego grobu w podziemiach Bazyliki Piotrowej. Trwało pogłębianie jego myśli, jego nauczania. To nauczanie objawiło się jako gigantyczne, potężne: 14 encyklik dotyczących wszystkich spraw wiary i życia, listy apostolskie, konstytucje oraz niezliczone homilie, dające odpowiedzi na wszystkie pytania, które współczesny człowiek i obecny świat zadaje. Wystarczy tylko po nie sięgać.

Czy czuje Pan, że należy do „pokolenia JP II”?

Nigdy nie myślałem o sobie, że należę do „pokolenia JP II”. A tymczasem wszechmogący Bóg sprawił, że przed laty trafiłem do środowiska podobnie odczuwających i poszukujących mężczyzn, dla których osoba i nauczanie Jana Pawła II – największego Polaka, księdza, mocarnego mężczyzny – stała się wzorcem i zobowiązaniem. I tak wstąpiłem do świeckiego zakonu Rycerzy Jana Pawła II. Dzięki braciom – rycerzom – osoba św. Jana Pawła II to nie tylko wspomnienia, jego teksty i przemyślenia. To także miejsca, osoby i zdarzenia łączące się jakże silnie z jego przesłaniem.

CZYTAJ DALEJ

Ojciec Pio, dziecko z Pietrelciny

– Francesco! Francesco! – głos Marii Giuseppy odbijał się od niskich kamiennych domków przy ul. Vico Storto Valle w Pietrelcinie. Ale chłopca nigdzie nie było widać, mały urwis znów gdzieś przepadł. Może jest w kościele albo na pastwisku w Piana Romana? A tu kabaczki stygną i ciecierzyca na stole. W całym domu pachnie peperonatą. – Francesco!

Włoskie małżeństwo – rodzice Ojca Pio

Maria Giuseppa De Nunzio i Grazio Forgione pobrali się 8 czerwca 1881 r. w Pietrelcinie. W powietrzu czuć już było zapach letniej suszy i upałów. Wieczory wydłużały się. Panna młoda pochodziła z rodziny zamożnej, pan młody – z dużo skromniejszej. Miłość, która im się zdarzyła, zniwelowała tę różnicę. Żadne z nich nie potrafiło ani czytać, ani pisać. Oboje szanowali religijne obyczaje. Giuseppa pościła w środy, piątki i soboty. Małżonkowie lubili się kłócić. Grazio często podnosił głos na dzieci, a Giuseppa stawała w ich obronie. Sprzeczki wywoływały też „nadprogramowe”, zdaniem męża, wydatki żony. Nie byli zamożni. Uprawiali trochę drzew oliwnych i owocowych. Mieli małą winnicę, która rodziła winogrona, a w pobliżu domu rosło drzewo figowe. Dom rodziny Forgione słynął z gościnności, Giuseppa nikogo nie wypuściła bez kolacji. Grazio ciężko pracował. Gdy po latach syn Francesco zapragnął być księdzem, ojciec, by sprostać wydatkom na edukację, wyjechał za chlebem do Ameryki. Kapłaństwo syna napawało go dumą. Wiele lat później, już w San Giovanni Rotondo, Grazio chciał ucałować rękę syna. Ojciec Pio jednak od razu ją cofnął, mówiąc, że nigdy w życiu się na to nie zgodzi, że to dzieci całują ręce rodziców, a nie rodzice – syna. „Ale ja nie chcę całować ręki syna, tylko rękę kapłana” – odpowiedział Grazio Forgione, rolnik z Pietrelciny.

Małżonkowie doczekali się dziewięciorga dzieci.

Narodziny Świętego

Maj 1887 r. był szczególnie gorący. Pracy w polu było tak dużo, że Giuseppa, mimo zaawansowanej ciąży, pomagała mężowi. Pewnego dnia nagle przerwała pracę i oznajmiła, że nadszedł czas porodu. Ciężkim krokiem ruszyła w stronę domu. Grazio miał dołączyć, gdy tylko zrobi coś pilnego. Ale nie zdążył! Francesco, późniejszy Ojciec Pio, urodził się w środę 25 maja o godz. 17.00 przy ul. Vico Storto Valle 27. Imię nadano mu ku czci św. Franciszka di Paola, kalabryjskiego świętego, szczególnie czczonego na południu Włoch. Był czwartym dzieckiem małżonków. Akuszerka – Grazia Formichelli mówiła, że „mały będzie wielkim i szczęśliwym człowiekiem, bo urodził się owinięty w biały welon”. Ochrzczono go następnego dnia rano w kościółku Matki Bożej Anielskiej.

Płacz i potwory

Mały Francesco płakał całymi dniami i nocami, doprowadzając rodzinę i sąsiadów do szaleństwa. Którejś nocy krewki Grazio nie wytrzymał i z furią rzucił owinięte w pieluszki dziecko na łóżko. Krzyczał przy tym, że to „mały diabeł mu się urodził, a nie chrześcijanin!”. Maluch przetoczył się przez łóżko i spadł. Giuseppa załamywała ręce, sądząc, że mąż zabił syna. Jednak chłopcu nic się nie stało. Co ciekawe: od tej pory przestał płakać. Wiele lat później Ojciec Pio wyjaśniał, że od początku, od najwcześniejszego dzieciństwa, atakowały go złe duchy. „Kiedy mama gasiła światło, pojawiało się wokół mnie mnóstwo potworów i wtedy płakałem” – mówił.

Wybrany, ale zwyczajny

Francesco rósł i zaskakiwał swoich rodziców. W wieku pięciu lat ofiarował się św. Franciszkowi z Asyżu. Wkrótce potem, podczas jednego ze swych wybuchów miłości, ofiarował siebie całego Jezusowi. Chłopiec zobaczył Jezusa, który przywołał go ręką. Francesco podszedł i poczuł, jak ręka Jezusa spoczywa na jego głowie. To był gest uznania i przyjęcia ofiarowania. W późniejszych rozmowach tłumaczył, że nikomu o tym nie mówił, bo wydawało mu się to zupełnie naturalne, że inni ludzie też widzą Jezusa i Maryję. „A ty nie widzisz Matki Bożej?” – spytał kiedyś o. Agostina.

Wszyscy biografowie Ojca Pio są zgodni, że wybranie go na ucznia Jezusa miało miejsce w bardzo wczesnym dzieciństwie i wtedy też zaczęło się przygotowywanie do szczególnej misji w Kościele. Mimo nadzwyczajnych darów Francesco pozostawał zwyczajnym chłopcem. Był radykalny w obronie wiary, ale jednocześnie niezwykle pokorny i uczynny. Zwykle trzymał się trochę z boku, jednak miał wielu kolegów, z którymi wspinał się na drzewa i spał w szałasie. Był ciekawy świata i płatał figle. Kiedyś wuj wysłał go do sklepu po cygaro i pudełko zapałek. W drodze powrotnej Francesco zapalił i zaciągnął się. „Ziemia zakołysała się, a żołądek zmienił miejsce. Od tamtej pory mur wyrósł między mną a paleniem” – opowiadał, śmiejąc się, po latach.

Szatan boi się Różańca

Francesco lubił samotność. Jego rówieśnicy z Pietrelciny wspominali po latach, że codziennie rano i wieczorem szedł do kościoła, żeby odwiedzić Jezusa i Matkę Bożą. Gdy kościół był zamknięty, siadał na kamieniu. Zakrystian Michele, którego nazywano Peruto, zgodził się nawet na zamykanie Francesca w kościele. Ustalili godziny, w jakich miał go wpuszczać, i była to ich tajemnica, nic nikomu nie mówili. Francesco modlił się bez przerwy. Wciąż widziano go z koronką różańca, zarówno gdy pasł owce na pastwisku, jak i w drodze na lekcje. Od początku dostrzegał, że ataki złych duchów ustępują przed modlitwą różańcową. Doświadczany przez demony, wypracowywał metody walki oparte na Różańcu. „Podaj mi broń – mówił wiele lat później do współbrata – jest w kieszeni habitu. – Ale tu jest tylko różaniec – padła odpowiedź. – Tak, to jest moja broń, będę strzelał do szatana”.

Trudny syn

W domu sypiał na ziemi, na kamieniu zamiast na poduszce. Mama często ukradkiem ocierała łzy, gdy przygotowywała mu wygodne łóżko, a on i tak wybierał klepisko. Ale był nieprzejednany. Gdy zaczął się biczować łańcuchem, wyjaśnił zdumionej i przerażonej matce, że „musi to robić tak długo, aż jego plecy spłyną krwią, bo tak biczowano Jezusa”. Giuseppa nie była wykształcona, ale w głębi matczynego serca, mimo przerażenia i nierozumienia działań syna – rozważała to, co działo się w ich domu, i milkła, przedkładając obowiązki wobec Boga nad bóle matczyne. Oddalała się ze łzami w oczach i nasłuchiwała miarowych uderzeń łańcucha dochodzących z małej izdebki syna.

Gdy w 1959 r. zapytano Ojca Pio o jego mamę, najpierw zamilkł, a potem powiedział, że „jej wielkość wypływała całkowicie i wyłącznie ze wspaniałości jej duszy”.

Chory żołądek lubi peperonatę!

Któregoś lata w czasie żniw Francesco znów zachorował. Lekarz – Giacinto Antonio po raz kolejny ostrzegł rodzinę, że ta choroba może być śmiertelna. Najpierw pojawiła się gorączka, potem straszny ból jelit. Przez 40 dni chłopiec nie przyjmował żadnych pokarmów oprócz odrobiny mleka. Ale trwały żniwa, brakowało rąk do pracy. Mama nie mogła siedzieć przy łóżku chłopca, zostawiała go więc pod opieką starszego brata Michele. Któregoś dnia przygotowała na obiad peperonatę. Zapach rozchodził się po całym domu, gdy w wielkim rondlu dusiły się warzywa. Wychodząc w pole, Giuseppa zabrała sporą część potrawy dla pracujących, a resztę zostawiła domownikom. Francesco błagał brata, aby przyniósł mu choć odrobinę. Gdy Michele wyszedł z domu, Francesco wyskoczył z łóżka i dojadł resztę ostrej potrawy, która „paliła w żołądku i we wszystkich wnętrznościach” – jak opowiadał po latach. Zabójczą porcję Francesco popił butelką mleka. Po trwającej miesiąc diecie musiała to być dla żołądka spora niespodzianka! Po tym epizodzie chłopiec od razu wyzdrowiał, wprawiając wszystkich w osłupienie. Tak się działo przez resztę jego życia: często zapadał na zdrowiu, lekarstwa nie pomagały i zazwyczaj choroba nagle ustępowała.

Teologia z kuchni

Przez 15 lat Francesco mieszkał w Pietrelcinie. Potem przyjeżdżał tam jako kleryk i kapłan. Atmosfera rodzinnego domu, prostota życia rodziców, zmagania z codziennością i ciężka praca pozostawiły w nim trwałe ślady. Nie był łatwym dzieckiem, ale rodzicom, mimo braku wykształcenia, nie brakło odwagi i mądrości w wychowywaniu go. Na swój sposób towarzyszyli mu we wszystkim. Nawet wybór zgromadzenia omawiany był na szczeblu tej licznej rodziny. A on, Francesco, późniejszy Ojciec Pio, niezwykle obdarowany Święty Kościoła, podglądał ich prace, modlitwy, sprzeczki i troskę. Czerpał z tych obrazów dzieciństwa w dojrzałym życiu. „Dlaczego zło jest na świecie? – pytał kiedyś retorycznie. – Słuchaj dobrze: Jest mama, która haftuje. Jej dziecko siedzące poniżej na małym stołeczku przygląda się jej pracy, ale widzi haft z odwrotnej strony. Widzi węzełki haftu i poplątane nitki. Mówi: «Mamo, dlaczego taka niewyraźna jest twoja praca?». Wówczas mama zniża płótno i pokazuje właściwą stronę haftu. Każdy kolor jest na swoim miejscu, a różne nitki są ułożone w harmonijną całość. Otóż to! My widzimy lewą stronę haftu. Siedzimy na niskim stołku”.

Artykuł powstał na podstawie książek: G. F. Majka OFMCap, „Życie Ojca Pio”; L. Peroni, „Ojciec Pio. Pełna biografia w 40. rocznicę śmierci”; E. Augustyn, „Pietrelcina”.

* * *

Ogólnopolskie spotkanie grup modlitwy św. Ojca Pio

Apostołowie Jezusa Ukrzyżowanego serdecznie zapraszają wszystkich Czcicieli i Sympatyków św. Ojca Pio na Spotkanie Modlitewne w sanktuarium św. Ojca Pio na Świętej Górce Przeprośnej. W liturgiczne wspomnienie św. Ojca Pio – 23 września (wtorek) o godz. 16.30 zostanie odprawiona Droga Krzyżowa, a o godz. 18.00 – Msza św., której będzie przewodniczył bp Stanisław Jamrozek.

27 września (sobota) o godz. 15.00, w ramach Ogólnopolskiego Spotkania Grup Modlitwy św. Ojca Pio, modlitwy rozpoczną się Koronką do Bożego Miłosierdzia i przywitaniem przybyłych grup. Mszy św. o godz. 18.00 będzie przewodniczył arcybiskup senior Stanisław Nowak.

Apelem Jasnogórskim w Kaplicy Matki Bożej na Jasnej Górze o godz. 21.00 rozpocznie się nocne czuwanie Grup Modlitwy, trwające do godz. 5.00.

W święto świętych Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała – 29 września o godz. 18.00 Mszy św. na Górce Przeprośnej będzie przewodniczył o. Eugeniusz Maria Lorek, założyciel „Dzieła w służbie Bożego Miłosierdzia” w Polsce.

CZYTAJ DALEJ

Dzieło Ojca Pio ma 16 lat!

2020-09-23 21:27

archiwum

23 września – liturgiczne wspomnienie świętego z Pietrelciny to dzień wyjątkowy dla krakowskiego Dzieła Pomocy św. Ojca Pio.

To dzień 16 urodzin Dzieła! Dwa Centra Pomocy, 9 mieszkań wspieranych dla osób bezdomnych, dziesiątki tysięcy konsultacji specjalistycznych, kąpieli i wizyt w garderobie, a nade wszystko setki historii osób bez domu, które udało się zmienić na lepsze – to krótki bilans szesnastolecia działalności organizacji.

Dróg prowadzących do życia na ulicy jest wiele…

W fabryce przepracowałam kilkadziesiąt lat. W pewnym momencie mój zakład pracy przekształcono, a potem zamknięto. Pani w średnim wieku trudno było odnaleźć się w nowej rzeczywistości, nowego zatrudnienia nie było, a rachunki same nie chciały się opłacić. I tak w 2015 r. zostałam bez dachu nad głową.

Hela, bez domu

Trudno powiedzieć, które z moich przeżyć było najgorsze… śmierć mojego 18-letniego syna, który miał raka… wypadek samochodowy, który spowodował trwały uszczerbek na moim zdrowiu i wyglądzie, śmierć mamy czy rozwód z żoną po kilkunastu latach małżeństwa. Może to za dużo jak na jednego człowieka?

Robert, bez domu

…wszystkie jednak splatają się w Dziele Pomocy św. Ojca Pio, które 16 lat temu powstało z myślą o Heli, Robercie i wielu, wielu innych, którzy domu nie mają.

I w dniu urodzin nie może być inaczej – Dzieło w centrum stawia swoich podopiecznych i ich marzenia i… ogłasza urodzinową zbiórkę na ich spełnienie.

Na facebookowym profilu organizacji i stronie www Dzieła czytamy: Dziś wspomnienie św. Ojca Pio i… 16 urodziny Dzieła Pomocy! Z wdzięcznością patrzymy na każdy miniony dzień z osobami bez domu. Zapraszamy do wspólnego świętowania! Niech to będzie wyjątkowy dzień również dla każdego z Was. Pewnie zapytacie o prezenty… chętnie je przyjmiemy :) i przekażemy osobom bezdomnym. Ogłaszamy urodzinową zbiórkę dla osób potrzebujących, by spełniać ich marzenia. Jakie? Na przykład takie jak pani Teresy:

„Mam proste marzenia, aby mieć gdzie się umyć, uprać i wyprasować swoje ubrania. Chciałabym bardzo, aby na nowym miejscu odwiedzał mnie mój najmłodszy syn – to moja największa duma!”

Cel – 6 tysięcy złotych

Start – 23 września 2020

Meta – 30 września 2020

Każdego, który chciałby podarować urodzinowy prezent osobom bez domu, zapraszamy: https://www.facebook.com/donate/644690076441587/

DZIEŁO POMOCY ŚW. OJCA PIO jest organizacją pożytku publicznego, która powstała szesnaście lat temu z myślą o ludziach, którzy utracili swój dom. W miejscu tym w prawdzie i równości pracownicy, bracia kapucyni i wolontariusze towarzyszą osobom bezdomnym w ich drodze do samodzielnego życia. Fachowe i wszechstronne wsparcie udzielane ponad 2000 podopiecznym odbywa się w prowadzonych przez Dzieło Centrach Pomocy – przy ul. Loretańskiej 11 i ul. Smoleńsk 4 w Krakowie. Oprócz pomocy doraźnej – możliwości kąpieli, wymiany i wyprania odzieży – w Centrach udzielane jest również wsparcie specjalistyczne: socjalne, zawodowe, prawne i duchowe. Dodatkowo Dzieło Pomocy św. Ojca Pio prowadzi 9 mieszkań wspieranych, w których schronienie i profesjonalną pomoc otrzymuje ponad trzydzieści osób bezdomnych.

Dzieło Pomocy św. Ojca Pio od wielu lat angażuje się również w akcje społeczne mające na celu zwrócenie uwagi otoczenia na problem, jakim jest bezdomność. Staje się tym samym głosem zapomnianych, zepchniętych na margines i uwięzionych w krzywdzących stereotypach osób bez domu.


CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję