Reklama

Polska

Bezrobotnych zawsze mieć będziecie...

- Sama działalność charytatywna, samo nakarmienie, danie pieniędzy na dłuższą metę do niczego nie prowadzi. To pozwala zaspokoić głód, ale ten wróci następnego dnia. Trzeba rozwiązań kompleksowych, które odwołują się do fundamentalnych wartości - mówi ks. Henryk Kowalski, proboszcz z Zawiercia, który od wielu lat pracuje z bezrobotnymi

Niedziela Ogólnopolska 19/2013, str. 40

[ TEMATY ]

bezrobotni

BOŻENA SZTAJNER

Nie oceniamy wypowiedzi innych. Nie przerywamy. Jesteśmy punktualni i nie wychodzimy podczas zajęć. Otwarcie dzielimy się doświadczeniami. Jesteśmy zaangażowani, aktywnie słuchamy i zachowujemy dyskrecję. Jesteśmy życzliwi i pomocni” - czytam zasady, jakie obowiązują podczas spotkań Arcybiskupiego Klubu Wspierania Bezrobotnych, działającego w zawierciańskiej parafii Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Klub powołał w 2002 r. metropolita częstochowski abp Stanisław Nowak jako organizację ogólnodiecezjalną.

Parafia znajduje się w centrum zawierciańskiej dzielnicy, zwanej Argentyną, robotniczej, wielkozakładowej, zabiedzonej i zagubionej w nowej rzeczywistości. Tutejsza parafia to najbardziej energetyczne miejsce.

- Mamy Klub Wspierania Bezrobotnych, Klub Młodego Bezrobotnego, Fundację św. Rity i promujący pracoterapię projekt „Od ziarna do plonu”. Wszystkie nastawione są na wspieranie ludzi walczących z brakiem zatrudnienia - wymienia jednym tchem Krystyna Lach z Fundacji św. Rity.

Reklama

- Głównym zadaniem ludzi Kościoła nie jest znajdywanie pracy bezrobotnym. Do tego powołane są wyspecjalizowane instytucje, które mają lepszych fachowców i większe możliwości. Zadaniem zaś Kościoła jest odbudowywanie warstwy ludzkiej w człowieku bezrobotnym, a więc pobudzanie go do aktywności. Wyjaśnienie sensu pracy, ale też pracy nad sobą, własnym dokształcaniem i poszerzaniem możliwości. Kościół uczy, że istnieje „dobro wspólne”, do którego każdy ma się przyczyniać, że trzeba sobie nawzajem pomagać, w myśl zasady pomocniczości, subsydiarności i solidarności - tłumaczy ks. Henryk Kowalski z Arcybiskupiego Klubu Wspierania Bezrobotnych.

- Na nasze spotkania przychodzi zazwyczaj ok. 50 osób - opowiada Krystyna Lach. - Urządzamy warsztaty, jak znaleźć i utrzymać pracę, uczymy pisania CV, tego, jak przygotować się do rozmowy o pracę, jak wejść do zakładu czy instytucji i zapytać o możliwości zatrudnienia. Uczymy korzystania z komputera.

Katolicka metoda wspierania bezrobotnych zakłada, że obok wszelkich działań charakterystycznych dla rozmaitych przedsięwzięć zwalczających bezrobocie ważna jest modlitwa i ufność pokładana w Bogu.

Reklama

- Obok modlitwy stawiamy na konkret. Dajemy szansę wykazania się, zaangażowania w jakiś projekt. Opowiem o naszych doświadczeniach w pracoterapii. Znajomy proboszcz zaproponował bezrobotnym z Zawiercia zbiórkę pszenicy z pola. Znalazło się 40 chętnych, którzy zebrali ziarno, kupili 400 worków i poworkowali je, następnie zawieźli do młyna i oddali do piekarni.

Choć efekty materialne były niewielkie, bo „zjadały” nas koszty, to zauważyłem, że duchowo był to olbrzymi zysk. Potem ci sami ludzie wystarali się od władz miasta o kawałek ziemi, dostali pas pod rurociągiem. Posiali warzywa i kwiaty. Z wielkim mozołem czyścili ziemię ze śmieci, chwastów i kamieni. Na dzień przed zbiorami ktoś nocą zerwał w ogrodzie wszystko, do jednej roślinki. Kompletna klęska! No teraz to ja tych ludzi do niczego już nie namówię, tak myślałem. A oni, mimo rozgoryczenia, nie poddali się - sprzątają teraz za darmo swoją dzielnicę, rozbierają stare domy i w ten sposób zbierają cegły na wymarzony Dom Pomocy Bliźniemu - opowiada ks. Kowalski. - Nauczyć się przegrywać, upadać i znajdować siłę, by wstać...

Pod gablotą

Przepycham się mozolnie. Wokół tłum faluje, drepcze i pokasłuje. Młode panie i poszarzali panowie w wieku 50+ ściśnięci w ciasnym korytarzu. Rozmaitość figur, twarzy i odzienia. Popycha mnie platynowa blondynka w kozaczkach za kolana. Rozchodzi się zapach mocnych perfum. Natychmiast tarasuje jej drogę barczysty mężczyzna w kurtce ze startym napisem „Adidas”.

- Co pan tak - prycha Blondynka. - Ja tylko do gabloty...

- Jak wszystkie tu - mruczy niskim głosem „Adidas”.

Stoimy przed gablotą w powiatowym urzędzie pracy miasta średniej wielkości w centralnej Polsce. Poniedziałkowy poranek, duszny od zapachów niedzielnych obiadów i wieczornych biesiad. Patrzymy smętnie na kartki powpinane luzem na korkowym tle.

- Szukam pracy, ale nie mogę przystać na każdą - tłumaczy się Blondynka. - Mam w domu dwoje dzieci. Odpada praca na zmiany albo taka, że mam czekać pod telefonem. Wobec tego bieda…

Poszukują fryzjerek i kosmetyczek. Robotników niewykwalifikowanych oraz operatorów maszyn widłowych. Jest też zapotrzebowanie na inżyniera ds. analiz protokołów radiowych i programistę C/C++ w projektach Research...

- Co to u licha jest... - zastanawia się „Adidas”.

- Kobieta weźmie każdą pracę, bo ma dzieci do wykarmienia. Mężczyzna nie. Mój ślubny powtarza za Ferdkiem Kiepskim, że dla ludzi z jego wykształceniem nie ma w tym kraju pracy. Kobieta jest niewysoka, chudzieńka, spod czapki wystają kosmyki z resztkami farby. Paznokcie obgryzione, oczy w czarnej obwódce. Wnosi w naszą grupkę bezradność, zmęczenie i jakąś gorycz. - Ostatnio trafiło się odśnieżanie ulic. Od 5 rano. Nie dawałam rady, bo sypało i sypało. A koło 7 przychodziła straż miejska, takie młode silne chłopaki, i z uśmiechem mandat wypisywali. Szef mnie przepraszał, jak zwalniał, ale jak to się mówi… - zastanawia się Smutna - „generuję koszty”. I tak od 7 lat generuję.

- Gdzie tutaj są jakieś szkolenia? - pyta młodzian, którego od dobrej chwili obserwujemy, jak krąży bez ładu po naszym piętrze. Za nim koleżanka, zagubiona, zbyt mocno umalowana i jakaś apatyczna.

Smutna natychmiast wpada w gniew: - A dajcie spokój z tymi szkoleniami. Zawracanie głowy! Kiedyś kazali, to poszłam na kilka szkoleń. A potem co? I tak pracy nie dali...

- Złodzieje! Wie pani, ile taki poseł zarabia? - pyta mnie „Adidas”, jak się okazuje na bezrobociu od dekady. - A nie podzieli się taki, grosza nie odda...

Większość z obecnych ma za sobą kilka lat bezrobocia i nie ceni już szkoleń.

- Młodym łatwiej się przebranżowić - tłumaczy mi „Adidas”. - Ale tacy jak ja… Niech pani patrzy na moje łapy. Paluchy grube, twarde, zegnąć nie mogę. Jak mnie w te klawiszki od komputera pukać? One przywykłe do kielni, do styla od łopaty… Jak człowiek 25 lat pracuje na budowie w deszcz i skwar, to do innej roboty nie będzie się już nadawał.

- Aplikacja? Co to znaczy aplikacja? - przerywa nam za mocno umalowana koleżanka. - Każą mi aplikować... - zerka bezradnie na swojego i-fona ze stroną: pracuj.pl.

- No nieźle - mruczy Blondynka. - Jak cię stać na taki gadżet, to co tu jeszcze robisz...

- Masakra - wzdycha Smutna.

Wykreować siebie na nowo

Kursy zawodowe dla tych, którzy jeszcze nie rezygnują. Anka twierdzi, że tam spotkam ludzi, którzy przeszli przez piekło bezrobocia i wygrali z własnymi ograniczeniami, lękami i apatią.

Kurs aktywizujący, zmieniający widzenie świata. Tak napisali w ulotce. Przytulna sala, rząd krzeseł, tablica i grupka ludzi. Inni niż ci z poranka w urzędzie pracy. Nie od razu potrafię opisać różnicę. Może chodzi o nadzieję…

- Najgorszy jest „syndrom ślimaka”. Chowanie się w sobie, zamykanie na świat, na ludzi - tłumaczy p. Jarek, z dyplomem renomowanej uczelni i od 3 lat bez zajęcia. - Nas zabija apatia, rezygnacja, załamywanie rąk. A tymczasem trzeba iść do ludzi. Tam łapie się rozmaite kontakty, informacje. Ktoś kogoś zna, ktoś potrzebuje na kilka dni pracownika. Ktoś inny widział ogłoszenie na mieście, jemu nie odpowiada, ale tobie jak najbardziej... Jest się w obiegu, rozumiesz?

Przypominam sobie dane pochodzące z opracowań nt. rynku pracy: - co 3. bezrobotny nie szuka pracy, bo albo nie ma zamiaru jej podjąć, albo pracuje na czarno. Nawet jeśli tak jest naprawdę, to i tak bezrobocie w Polsce jest dużo większe niż w Austrii czy Holandii.

- Idźcie do klubu pracy, zapiszcie się na bezpłatne kursy, na warsztaty, cokolwiek. Wolontariat jest doskonałą formą walki z poczuciem niemocy - pracujesz za darmo, ale nie na zawsze. Może za jakiś czas ktoś zaproponuje pracę... Oto moja historia: ze schroniska dla zwierząt, gdzie działam od lat jako wolontariusz, trafiłam do prywatnego hotelu dla zwierząt, już na etat - przekonuje Zosia. Pokazuje nam teczkę pełną dokumentów i formularzy o dofinansowanie unijne. Chodzi na kurs, który - ma nadzieję - pozwoli jej uruchomić własną firmę.

Anna, która mnie tu sprowadziła - do niedawna pracownik administracji w dużym przedsiębiorstwie, jest przekonana, że pozbyli się jej, bo miała 50 lat i nie pasowała do wizerunku firmy. Nie pomogło doświadczenie zawodowe i znajomość branży.

- Odeszłam bez żalu. Z moim doświadczeniem będę przebierać w ofertach, myślałam. Po roku - już bez złudzeń, ale za to z załamaniem nerwowym - byłam gotowa wziąć każdą pracę. Nie dostawałam wsparcia ani od rodziny, ani od malejącej błyskawicznie grupy przyjaciół. Na marginesie, niektórzy zachowywali się tak, jakby bezrobocie było zaraźliwe. Po ponad roku pojawiła się myśl, że skoro nikt nie da mi pracy, to dam ją sobie sama...

Maria, przychodzi ostatnia, zabiegana, gdzieś już spóźniona, dawniej nauczycielka rysunku, dziś „pani od wszystkiego”. - Moja rada? Zaczepić się gdzie bądź - byle płacili ubezpieczenie. Może być nawet 1/5 etatu albo mniej. Reszta to kwestia tzw. obrotności. Sporo jest na rynku rzeczy, których ludzie pozbywają się za darmo. Z niewielkim zyskiem sprzedaję je na portalu Tablica.pl i Allegro. Znam angielski, więc trafiają się korepetycje, opieka nad dziećmi czy staruszkami. Bywa, że niemal nieprzytomna padam na łóżko. Zarabiam połowę mniej niż w poprzedniej pracy w korporacji, ale przetrwałam...

Anna: - Mam przesłanie do kobiet po 40. i 50. roku życia: łączcie się w nieformalne grupy i zakładajcie własne firmy. Nie proście się o pracę ludzi, którzy nie podejmują rozmowy, bo zobaczyli wasz PESEL. Słyszałam o rugowanych z pracy nauczycielkach, które otwierają świetlice dla dzieci z opcją douczania lub rozwijania talentów. W Polsce nadal mało jest przedszkoli i żłobków. Stajemy się powoli krajem seniorów - to wielki rynek pełen możliwości... Nie wolno się poddawać.

Rzeczywistość wymaga myślenia

- W niektórych krajach udało się złagodzić problem bezrobocia poprzez „dzielenie się pracą”. Zgadzam się trochę krócej pracować, aby kogoś nie zwolniono lub aby ktoś z bezrobocia otrzymał choćby pół etatu. W jednym z miast w urzędzie w ten sposób znaleziono i uratowano 10 etatów, ale tego nie da się zrobić bez odwołania się do solidarności, do dobra wspólnego, do formacji ludzkiej - przekonuje ks. Kowalski. - Bezrobocie będzie, niezależnie od tej czy innej władzy. Ono istnieje w każdym społeczeństwie. Jest ok. 3 proc. ludzi, którzy nigdy nie podejmą pracy. Tragedia jest wtedy, gdy bezrobocie przekroczy 12 proc. (najnowsze dane mówią o 14,4 proc. bezrobotnych w Polsce - przyp. red.).

2013-05-06 14:33

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Nowe oblicze bezrobocia

Niedziela Ogólnopolska 49/2016, str. 38-39

[ TEMATY ]

praca

bezrobotni

Production Perig/fotolia.com

Tak niskiego bezrobocia nie było w Polsce od 25 lat, czyli od 1991 r. Oznacza to, że zbliżyliśmy się do modelu bezrobocia naturalnego. Równocześnie niemal 50 proc. Polaków przyznaje, że najbardziej obawia się utraty pracy. Boimy się bezrobocia bardziej niż kiepskiej służby zdrowia, korupcji czy zagrożeń ekologicznych

W firmach specjalizujących się w doradztwie personalnym mawia się, że im więcej Polaków emigruje za pracą, tym trudniej w Polsce o dobrego pracownika. I rzeczywiście – coraz częściej pracodawcy narzekają na kłopoty ze znalezieniem ludzi do pracy. Czyżbyśmy doczekali czasów, kiedy to pracownik, a nie pracodawca, dyktuje warunki na rynku pracy? – Ten stan oznacza w perspektywie kłopoty dla polskich firm z pozyskiwaniem pracowników. Już dziś problem ten dostrzega co trzeci pracodawca. Ta sytuacja sprzyjać będzie wzrostowi presji płacowej, mocniejszej pozycji pracownika, wreszcie oznacza szanse sięgnięcia po dotychczas „niewykorzystane” osoby. Ze względu na brak rąk do pracy pracodawcy są bardziej skłonni do zatrudniania osób długotrwale bezrobotnych, nawet z niepełnymi kwalifikacjami, są bardziej otwarci na zatrudnianie absolwentów, osób starszych, niepełnosprawnych. To szansa na aktywizację tych grup, którą bezwzględnie trzeba wykorzystać. To nowe zadanie dla urzędów pracy, Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i agencji zatrudnienia – komentuje dla wirtualnemedia.pl prof. Jacek Męcina, wykładowca UW, zajmujący się zagadnieniami prawa pracy i rynku pracy.

Nowe szanse

Elżbieta Rafalska, minister rodziny, pracy i polityki społecznej, wyjaśnia: – Naszym celem jest nie tylko zmniejszenie skali bezrobocia i wzrost liczby pracujących, ale także podniesienie jakości pracy. Działania na rzecz większej stabilności zatrudnienia i dochodów osób pracujących są więc priorytetem. Podniesienie wynagrodzeń oraz wzmocnienie ochrony praw pracowniczych powinny korzystnie wpłynąć także na gospodarkę.

Spadek bezrobocia nie jest jeszcze powszechnie odczuwalny. I choć wielu z nas zauważyło zapewne ogłoszenia o pracy wywieszone np. w witrynach sklepów czy restauracji, to spora część szukających zatrudnienia nadal nie może znaleźć satysfakcjonującego zajęcia. Osoby poszukujące twierdzą, że choć ofert jest sporo, to pracy ciągle mało.

Tymczasem w pośredniaku...

W urzędach pracy oferty zatrudnienia zapisane na karteczkach wiesza się na tablicach dawniej nazywanych „ścianami płaczu”. W dużych pośredniakach tych tablic jest dziś kilkanaście i zazwyczaj nie gromadzi się przed nimi tłum bezrobotnych. Pani Ewa rejestruje się w urzędzie pracy regularnie od 3 lat. Nauczycielka z zawodu, pracuje dorywczo i często – jak sama mówi – na własną rękę. Nie interesuje jej jakakolwiek praca, ale tylko ta w zawodzie albo w solidnej firmie z dużym pakietem socjalnym. Nie uważa się za osobę wybredną, chodzi o poczucie własnej wartości. W tej chwili rodzinę utrzymuje mąż.

– Mimo że bezrobocie jest coraz mniejsze, w najtrudniejszej sytuacji nadal są kobiety w wieku 45+, które jakiś czas temu wypadły z rynku pracy, albo gospodynie domowe szukające zajęcia pierwszy raz – mówi Aldona Midek, ekonomistka z wykształcenia. Straciła pracę 5 lat temu na skutek plajty firmy, w której przepracowała prawie 30 lat. – Byłam energiczna, wygadana i pracowita. Chcieli mnie wszyscy, dopóki mnie nie zobaczyli. Wreszcie jakaś wystrojona bizneswoman rzuciła mi w twarz, że dyskwalifikuje mnie wiek. Zdarzyło mi się więc pracować przy rozdawaniu ulotek i targać worki w magazynie. Dziś mówię kobietom 50+ tylko jedno słowo: samozatrudnienie. Musisz wymyślić samą siebie raz jeszcze. Niech nikt ci nie wmawia, że jesteś gorsza, mniej umiesz, boś niemłoda...

– Na rynku jest pełno ofert pracy, ale głównie dla mężczyzn – przyznaje pan po czterdziestce, kierowca po wypadku. Nie może siedzieć za kółkiem, więc szuka czegoś innego. Jak do tej pory bezskutecznie. – Tylko, moim zdaniem, niektórym nie chce się pracować. Bo jeśli ktoś jest pod kreską, bieda zagląda mu w oczy, to bierze, co mu wpadnie. A jeśli ktoś kombinuje, że na bezrobociu i tak wyciśnie jakieś pieniądze z systemu, to będzie tylko udawał, że szuka roboty. Według mnie, lekiem na bezrobocie jest likwidacja składki zdrowotnej. Wtedy okazałoby się, ilu ludzi jest naprawdę bez pracy. Uważam, że większość „klientów” pośredniaków pracuje na czarno lub w ogóle nie jest zainteresowana pracą, a rejestrują się tylko po to, żeby państwo opłaciło im składkę...

O takich ludziach mawia się, że to bezrobotni z zawodu. Często jest to bezrobocie wieloletnie, a nawet pokoleniowe. Żyją z zasiłku, ze wsparcia pomocy społecznej, Kościoła i dorywczych prac w szarej strefie. – Proszę się tak nie oburzać – zwraca mi uwagę pan Stanisław, były pracownik huty. – Niektórzy pracodawcy płacą naprawdę grosze, a wymagają pracy na okrągło, nawet w weekendy. Czasem jak człowiek doliczy koszty dojazdu, to w kieszeni zostaje niewiele.

Specjaliści, którzy werbują pracowników dla dużych azjatyckich firm na Dolnym Śląsku, opowiadają, jak bezskutecznie próbowali namówić bezrobotnych z terenów popegeerowskich do podjęcia pracy. Nakłaniali, tłumaczyli, przekonywali i napotykali mur obojętności. Odsyłano ich z kwitkiem i komentarzem: „Nam się to nie opłaca”.

Dokładnie po przeciwnej stronie rynku pracy lokuje się pokolenie flexi. Oni nie będą biegać za pracą. Nie dla nich wyścig szczurów i mozolne pięcie się po szczebelkach kariery. Praca musi dawać satysfakcję, także tę finansową, ale nie przeszkadzać w dobrym, wygodnym życiu, które wiodą. Sporo podróżują, mają kontakty, pracują dorywczo za granicą, a potem wracają do kraju. Zmuszanie się do pracy traktują jak formę wyzysku człowieka. Kiedy w jednym z pośredniaków spotykam dwie dziewczyny, za chwilę absolwentki miejscowego gastronomika, dowiaduję się, że szukają pracy tylko w centrum miasta. Dłuższe dojazdy nie wchodzą w grę, bo rodzice chcą je widzieć w domu najpóźniej o 18. Usatysfakcjonuje je zarobek od 1500 zł na rękę. Co mogą robić? Praktycznie wszystko, mówią chórem, ale najbardziej kusi je modeling.

Pracuj u nas

Nowa sytuacja na rynku pracy spowodowała, że pracodawcy niemal konkurują ze sobą w zabieganiu o pracownika. Wielkopolska fabryka mebli ze Swarzędza wyprodukowała np. hip-hopowy spot pt. „Era tapicera”. Jeden ze znanych fast foodów regularnie emituje w mediach filmik przedstawiający zalety pracy w tej firmie. Duże zakłady oferują spore dodatki socjalne, coraz częściej opiekę nad dzieckiem, tanie obiady czy darmowe dowozy do pracy.

To, jak zmienia się obraz współczesnego polskiego bezrobotnego, ukazują najcelniej badania, które rok temu przeprowadził CBOS. Ankieterzy pytali bezrobotnych o ich osobistą sytuację – jak długo nie mają zatrudnienia, czy są zarejestrowani w urzędzie pracy, z czego się obecnie utrzymują, czy poszukują pracy, czy gotowi są podjąć ją w najbliższym czasie. Wreszcie – do jakich wyrzeczeń są skłonni, by zdobyć zatrudnienie. Efekty ankiety są chwilami zaskakujące. Dowodzą, jak bardzo w ciągu ostatnich lat zmienił się profil bezrobotnego, jak różnie wygląda sytuacja tych ludzi w zależności od regionu, zawodu, wykształcenia. Jak wiele dzieli wieś od miasta.

Zgodnie z raportem, problem bezrobocia dotyczy obecnie 23 proc. gospodarstw domowych, mianem bezrobotnych określa się 12 proc. dorosłych Polaków. Bardziej znaczące zmiany zaszły w ostatnim czasie w charakterystyce osób bezrobotnych. Obecnie większość z nich deklaruje pozostawanie bez pracy dłużej niż rok; rzadziej niż jeszcze rok temu przyznają, że poszukują pracy oraz że są gotowi do szybkiego jej podjęcia. Postępujący w ostatnim czasie spadek stopy bezrobocia w Polsce wpłynął również w pewnym stopniu, jak się wydaje, na spadek gotowości osób bezrobotnych do niektórych poświęceń w celu podjęcia zatrudnienia. Rzadziej niż przed rokiem skłonne są one m.in. do zmiany miejsca zamieszkania oraz do wyjazdu za granicę w poszukiwaniu pracy – czytamy w dokumencie.

* * *

W jakich zawodach najłatwiej dziś o pracę?

Na czele listy są budowlańcy – na ich brak narzeka się w całej Polsce. Kłopotów ze znalezieniem pracy nie powinni mieć także kierowcy, zwłaszcza ciągników siodłowych, samochodów ciężarowych i dostawczych. W całym kraju brakuje pielęgniarek. Skutecznie jednak odstrasza je poziom zarobków, podobnie jak lekarzy specjalistów, którym nieporównanie lepsze warunki pracy oferuje się za granicą. Mimo że w Polsce jest nadwyżka pracowników biurowo-administracyjnych, to samodzielny księgowy ciągle nie powinien mieć kłopotów ze znalezieniem pracy. Poszukuje się też nieustannie wykwalifikowanych informatyków – to niewątpliwie zawód z przyszłością. W gastronomii ciągle narzeka się na brak szefów kuchni, ale i chętnych do pracy na mniej odpowiedzialnych stanowiskach – kelnerów czy kuchcików. W całym kraju brakuje spawaczy, a w niektórych województwach także mechaników samochodowych. Znów mogą zarobić piekarz, cukiernik, rymarz, kołodziej, zdun, kowal, tkacz, kamieniarz czy dekarz, zwłaszcza taki, który potrafi kłaść strzechę.

* * *

Które zawody przeżywają kryzys?

Niełatwo o pracę dla nauczycieli, ekonomistów, politologów czy filozofów. Występuje też nadwyżka pracowników biur podróży i organizatorów obsługi turystycznej. Podobna sytuacja panuje w rolnictwie i leśnictwie. Za dużo jest też pracowników biurowych – przerost administracji powoduje, że w tej dziedzinie niemal nie ma ofert pracy.

CZYTAJ DALEJ

5 pytań do… Pana Marcina Horały

2020-07-05 21:44

[ TEMATY ]

wywiad

polityka

5 pytań do...

Archiwum Marcina Horały

Marcin Horała

Centralny Port Komunikacyjny będzie nie tylko hubem przesiadkowym w skali Europy, ale będzie też ogromnym impulsem rozwojowym dla polskiej gospodarki - przekonywał prezydent Andrzej Duda. O tej ogromnej inwestycji Piotr Grzybowski rozmawia z min. Marcinem Horałą, sekretarzem stanu, pełnomocnikiem rządu ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego dla RP.

Piotr Grzybowski: Panie Ministrze, czy może Pan przybliżyć naszym czytelnikom, czym ma być Centralny Port Komunikacyjny?

Marcin Horała: Centralny Port Komunikacyjny to program inwestycyjny, który ma stworzyć praktycznie nowy system komunikacyjny w Polsce. Jego sercem będzie duże, międzynarodowe lotnisko przesiadkowe, hubowe, port lotniczy oraz nowe inwestycje kolejowe, tzw. Szprychy, bo to nawiązuje do koncepcji organizacji komunikacji tzw. piasta- szprychy. Połączą one całą Polskę z CPK, a przez CPK z Warszawą, Łodzią, z rejonem centralnym Polski. W trochę w mniejszej skali przewidziane są inwestycje drogowe - w sumie taki wieloletni program, który można oszacować z grubsza na około 100 mld. złotych. W wyniku tego programu będziemy mieli znacznie lepszy system połączeń między różnymi częściami Polski, a dzięki lotnisku również z całym światem.

PG: Czy w Polsce ta inwestycja jest konieczna ?

MH: Jest bardzo potrzebna i bardzo korzystna. Czy niezbędna ? Oczywiście teraz żyjemy bez takich inwestycji i pewnie dalej jakoś tam byśmy żyli, ale tracimy bardzo dużo szans i możliwości rozwoju naszego kraju. Po pierwsze w całym regionie Europy Środkowo- Wschodniej nie ma dużego hubu przesiadkowego, lotniczego. Te połączenia są obsługiwane przez inne linie lotnicze. Zdarza się (kto leciał na Daleki Wschód, ten wie), że czasem się leci najpierw na zachód, żeby polecieć na wschód, żeby już tam się przesiąść na lot bezpośrednio dalekowschodni. To chociażby jeden z przykładów obecnej nieefektywności. Po drugie, już przed kryzysem koronawirusowym wyczerpywała się przepustowość portów lotniczych środkowego Mazowsza, przede wszystkim port „Okęcie” w Warszawie, który jest niemożliwy do rozbudowy, bo jest w środku miasta, więc tam za chwile po prostu zabrakłoby fizycznie możliwości obsługi rosnącego ruchu pasażerskiego w Polsce. Kolejna sprawa to kwestia naszych połączeń komunikacyjnych. Nie są one zaprojektowane na współczesną Polskę, są wynikiem pozostałości pozaborowych, planów Układu Warszawskiego – tam, gdzie sowiecka armia miała nacierać na zachód, na linii natarcia była szykowana dobra infrastruktura, dobry transport. Teraz to są połączenia często zupełnie abstrahujące od współczesnych potrzeb. Na przykład Płock- miasto mazowieckie, nie tak bardzo oddalone od Warszawy, ma jedno połączenie kolejowe dziennie - 2,5 godziny bezpośrednio, a z przesiadką ponad 3 godziny. Dzięki naszemu programowi kolejowemu przewidywane jest 45 minutowe połączenie z Warszawą prawie co godzinę, a 30 minutowe z CPK. To pokazuje skalę przełomu. Mamy duże miasta takie, jak Łomża, czy Jastrzębie Zdrój, które w ogóle są odcięte i nie mają komunikacji kolejowej, a więc jest to kolejna potrzeba, a z drugiej strony - jak to się mówi w ekonomii - nisko wiszący owoc do zerwania, korzyści łatwe do osiągnięcia, ponieważ przyspieszenie czasów przejazdu, nieraz dwu, trzykrotne, albo co najmniej o godzinę, od razu otwiera możliwości rozwoju gospodarki, tego, żeby sobie ludzie po Polsce podróżowali, studiowali, korzystali turystycznie. Mówimy o kilku godzinach przejazdu z południa Polski nad morze, albo z północy Polski w góry. To wszystko są korzyści, które możemy osiągnąć dzięki programowi inwestycyjnemu CPK.

PG: Jak ta inwestycja ma być finansowana?

MH: Wspomniane 100 mld. to bardzo orientacyjny szacunek całego programu inwestycyjnego, z czego samo lotnisko to około 25 mld. złotych. Tu w założeniu większość kwoty będzie pozyskana od inwestorów prywatnych, z budżetu państwa będzie tylko taki zaczyn na początek, dla uruchomienia projektu. Samo lotnisko jest po prostu opłacalną inwestycją, mamy analizy biznesplanu lotniska przez renomowaną światową firmę audytorską, która pokazała stopę zwrotu prawie 10% rocznie, więc to jest po prostu atrakcyjna inwestycja. Planujemy inwestora branżowego, duże, międzynarodowe lotnisko, które mogłoby objąć udziały, aczkolwiek nie więcej niż 49%, bo w założeniu jest zachowanie kontroli w rękach polskich. Drugie źródło finansowania pochodzi z rynku, po prostu od banków, instytucji finansowych: czy to linie kredytowe, czy obligacje komercyjne, czy inne instrumenty pochodne - to już będzie zależało od tego, co w danym momencie na rynkach finansowych będzie najkorzystniejszą, najbardziej dostępną formą finansowania. Mówimy o samym lotnisku. Jeżeli natomiast mówmy o inwestycjach infrastrukturalnych, zwłaszcza kolejowych, to tu w sposób oczywisty źródłem finansowania będą środki unijne, trochę środków z budżetu państwa, ale ze wsparciem środków unijnych.

W najbliższych perspektywach Unia Europejska zapowiada duży nacisk na transport szynowy, na rozwój kolei, jako bardziej ekologicznego, bardziej przyjaznego środowisku sposobu transportu. Tu nawet jest już pierwsza jaskółka, bo już w tej perspektywie spółce CPK udało się na jeden projekt na zaprojektowanie odcinka linii kolejowej przez Jastrzębie Zdrój do granicy państwa pozyskać w instrumencie „cechowskim”, czyli gdzie nie ma koszyków narodowych, gdzie konkuruje się też z projektami innych państw UE o pieniądze. Udało się taką konkurencję wygrać i pierwszą transzę finansowania na zaprojektowanie tej linii pozyskać. Tak będzie w kolejnych perspektywach unijnych, żeby zwłaszcza na połączenia kolejowe, być może też drogowe, ale głównie kolejowe pozyskiwać unijne środki. W sumie więc z tych 100 mld. na pewno zdecydowana większość to będą środki zewnętrzne, które dzięki programowi CPK pozyskamy do Polski. Będzie on narzędziem przyciągania kapitału miliardów, które będą inwestowane w Polsce.

PG: Czy znany jest już kalendarz prac?

MH: Tak, oczywiście. Harmonogram został ustalony, zasadniczo się go trzymamy i nie notujemy na ten moment opóźnień. Takie główne „kamienie milowe” to: w roku 2023 pierwsze „wbijanie łopat”, pierwsze prace budowlane na lotnisku i na pierwszych pięciu odcinkach linii kolejowych (mówię tu o nowych liniach kolejowych, bo oczywiście w skład tej szprychy będą wchodziły czasami linie już istniejące, które będą modernizowane, a niekiedy już są zmodernizowane) i rok 2027 - moment, kiedy planujemy pierwszy lot z lotniska i otwarcie pierwszych fragmentów linii kolejowych. Docelowo spójny, kompletny system, to są dwie najbliższe perspektywy unijne do roku 2030/34. Mówiąc bardziej szczegółowo, w najbliższym czasie, w tym roku finalizujemy szereg rozmów, negocjacji biznesowych i przetargów, które wyłonią kilku kluczowych partnerów.

Po pierwsze, przede wszystkim doradcę strategicznego, który w przyszłości ma zostać partnerem strategicznym, czyli właśnie duże, międzynarodowe lotnisko, z którym będziemy współpracować przy projekcie. Na tej ostatniej prostej zostały dwa lotniska konkurujące ze sobą: Incheon w Seulu i Narita z Tokio, obydwa z pierwszej dziesiątki lotnisk na świecie, obsługujące właśnie kilkadziesiąt milionów pasażerów rocznie. Takiego know-how nie mamy teraz w Polsce, nie mamy hubowego lotniska, więc chcemy we współpracy z tym partnerem pozyskać wiedzę i technologie, jak takim lotniskiem operować oraz zaprosić go też do późniejszej współpracy. Mówiąc krótko, żeby doradzał i budował, jak dla siebie. W tym roku wybierzemy również wykonawcę master planu lotniska. To jest taki powiedzmy plan-matka, zarówno w sensie budowlanym, jak i biznesowym.

On będzie zawierał rozwiązania dotyczące szczegółowego modelu biznesowego i tego, co brzydko się nazywa „montażem finansowym” dla sfinansowania projektu, ale też przede wszystkim sam projekt lotniska, z którego później - jak spod parasola - będą wyjmowane poszczególne elementy: pas startowy, terminal, etc. i będą już traktowane jako projekty budowlane. W tym roku wyłonimy wykonawcę, rozpoczną się te prace, w pierwszej połowie przyszłego roku będą zakończone i master plan będzie gotowy. Lada moment ruszają już inwentaryzacje środowiskowe na pierwszych pięciu odcinkach linii kolejowych, bo żeby dokonać ostatecznego wyboru przebiegów, trzeba dokonać (poza oczywiście konsultacjami społecznymi na miejscu, które też cały czas prowadzimy) również inwentaryzację środowiskową. Moment decyzji środowiskowej to jest już ostateczne ustalenie przebiegu dla danej inwestycji, więc te inwentaryzacje środowiskowe już w lipcu się rozpoczną. To ten krótki harmonogram na najbliższy czas.

PG: Czy wiemy już, ile miejsc pracy wygeneruje budowa, później obsługa i jak to wpłynie na rozwój gospodarki, podatki etc. ?

MH: Można szacować, że sama budowa to kilkanaście tysięcy miejsc pracy. Przy analogicznej wielkości lotniskach na świecie sama budowa generowała od kilkunastu, do 30 tysięcy miejsc pracy. Później działające lotnisko w raz z towarzyszącymi biznesami w bezpośrednim otoczeniu lotniczym szacujemy na 40 tysięcy nowych miejsc pracy, a razem z branżami pokrewnymi - taka całkowita wygenerowana liczba nowych miejsc pracy to 150 tysięcy. Tak, jak mówiliśmy o projekcie finansowym, że z tych 100 miliardów większość stanowił będzie kapitał zewnętrzny, co oznacza przyciągnięcie do Polski 60, 70, 80 miliardów złotych bezpośrednich inwestycji, których w innym wypadku w Polsce by nie było. Całkowity wpływ na gospodarkę Polski, niewątpliwie bardzo pozytywny, jest jednak praktycznie trudny i niemożliwy do oszacowania.

Wrócę jeszcze do tego Płocka, choć takich miast jest wiele, wiele więcej: Łomża, Włocławek, Sieradz, Jastrzębie Zdrój, itd.. Jeżeli np. przedsiębiorca z Płocka będzie mógł w ciągu 1,5 godziny obrócić do Warszawy i z powrotem, załatwić swoje sprawy w Warszawie w 2 godziny, co nie będzie zajmowało mu całego dnia, to dla jednoosobowej działalności gospodarczej będzie to ogromna korzyść i wzrost możliwości. Załatwienie jakiejś sprawy urzędowej nie będzie już powodowało konieczności zamknięcia biznesu na jeden dzień zamknąć. To są korzyści związane z tym, co po angielsku nazywa się conectivity , co trudno jednym polskim słowem zastąpić, ale chodzi o łatwość, możliwość, szybkość i dostępność połączeń, szybkość przemieszczania się, która pozytywnie wpływa na całą gospodarkę.

Chodzi również o walkę z bezrobociem, które jest zjawiskiem powszechnym na prowincji, odciętej i pozbawionej szybkiego transportu, podczas gdy w stosunkowo w nieodległej metropolii jest brak rąk do pracy. Tak jest przecież i w Warszawie, i w Trójmieście, gdzie brakuje rąk do pracy w wielu zawodach. Ogromna korzyść wynika z tego, że ktoś nie będzie musiał podejmować życiowej decyzji o wyprowadzeniu się ze swojego rodzinnego miasta w poszukiwaniu pracy, tylko nadal tam mieszkając będzie w stanie codziennie do niej dojechać i wrócić do domu. To jest również korzyść dla firm szukających pracowników. Poza tym ludzie mający pracę zarobią więcej, to też więcej kupią, więcej wydadzą u siebie. Może powstanie jakiś nowy sklep, nowa restauracja, nowe miejsca pracy… To w tej chwili jest bardzo trudne do zmierzenia, ale można z góry powiedzieć, że płyną ogromne, dodatkowe korzyści gospodarcze, a najłatwiej policzalne jest tych 150 tysięcy nowych miejsc pracy.

CZYTAJ DALEJ

Portugalia: harcerze wesprą sanktuarium w Fatimie w przyjmowaniu pielgrzymów

2020-07-06 20:11

[ TEMATY ]

Fatima

Portugalia

Ks. Krzysztof Hawro

Przed Bazyliką w Fatimie

Władze katolickiego harcerstwa Portugalii porozumiały się z rektoratem Sanktuarium Matki Boskiej Różańcowej w Fatimie w sprawie współpracy podczas miesięcy wakacyjnych. Kooperacja ma dotyczyć wykonywanych przez harcerzy prac w charakterze wolontariuszy na terenie portugalskiego miejsca kultu.

Głównym ich zadaniem będzie pomoc władzom sanktuarium w przyjmowaniu docierających do Fatimy pielgrzymów w okresie lipiec-sierpień 2020 r. Wsparcie udzielone przez harcerzy wynika z konieczności zapewnienia na terenie sanktuarium bezpieczeństwa sanitarno-epidemiologicznego w okresie epidemii koronawirusa.

23 czerwca rektorat fatimski poinformował, że wśród ponad 300 pracowników sanktuarium wykryto 24 przypadki zakażenia koronawirusem. Władze portugalskiego miejsca kultu utrzymują, że żadna z zainfekowanych osób nie miała kontaktu z pielgrzymami. Potwierdziły, że nie planują zamknięcia dla wiernych sanktuarium. Pielgrzymi nie mogli go odwiedzać od połowy marca z powodu epidemii koronawirusa.

Wprawdzie nabożeństwa w sanktuarium w Fatimie przywrócono 30 maja, ale utrzymano restrykcje, polegające m.in. na zachowaniu dwumetrowego odstępu pomiędzy wiernymi, a także na obowiązku korzystania z masek ochronnych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję